Relacja z VIII Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Operatorskiej

Zdjęcia są najważniejsze

W dniach 2 - 9 grudnia 2000 roku odbył się festiwal filmowy CAMERIMAGE. To jedyna impreza w skali światowej, gdzie wrażliwość wizualna, technika filmowania, kompozycja kadru oraz autorski styl operatora świadczą o jakości filmu i jego ostatecznej ocenie. Wizualną wrażliwością popisali się m.in. dwaj studenci Wydziału Radia i Telewizji UŚ: Artur Sochan z etiudą „Antidotum’’ oraz Tomasz Augustynek z „Wtorkiem’’. Filmy nie dostały niestety nagród w konkursie etiud, ale z rozmów wiemy, że zostały bardzo dobrze przyjęte. Wiele osób uważało, że drugi z nich winien otrzymać pierwsze miejsce.

Camerimage Camerimage

Zwycięzcą kategorii filmów długometrażowych okazał się meksykański obraz pod znamiennym tytułem „Love is a Bitch” - film nie tylko w Polsce nie znany, ale nie posiadający nawet dystrybutora. Możliwość obejrzenia takich właśnie filmów to jedna z cech charakterystycznych tego festiwalu. Srebrną Żabę otrzymał „Vatel” Rolanda Joffe, a Brązową Żabą uhonorowano „Aberdeen” Hansa Petera Molanda.

Festiwal po raz pierwszy zorganizowano w Łodzi, wcześniej odbywał się w Toruniu. Wielu uczestników nie popierało tej zmiany, ponieważ impreza na przestrzeni kilku lat zdążyła wpisać się w bajkowość tego miasta, jego specyficzny klimat, urok tamtejszych zabytków, zwłaszcza pięknego rynku. W efekcie CAMERIMAGE stał się niemal wizytówką Torunia. Miasto nie było niestety w stanie podźwignąć finansowych obciążeń organizacji, tym bardziej, że z roku na rok przyjeżdżają coraz to większe gwiazdy, oraz więcej uczestników. Impreza, początkowo elitarna i mało znana w naszym kraju, zaczęła się komercjalizować. Toruń musiał pogodzić się z tym stanem rzeczy.

Dyrektor festiwalu Marek Żydowicz stwierdził, że zmiana lokalizacji jest jak najbardziej odpowiednia, gdyż Łódź jest miastem z filmowymi tradycjami. Wielokrotnie nazywano nawet miasto „europejską stolicą kina”. Wystarczyło jednak wejść do szatni, by przekonać się, że jest to określenie lekko na wyrost. Królowały tu niepodzielnie panie szatniarki, które terrorystyczną postawą potrafiły wymusić niesamowicie szybkie tempo odbioru skafandrów, palt i parasoli. Część papierków po jedzeniu mamy do dzisiaj w kieszeniach, bo jedyne kosze znajdowały się w toaletach i były przeznaczone na papierowe ręczniczki. Swoistym fenomenem okazała się zwłaszcza salka (zbyt mała), w której odbywały się konferencje prasowe i warsztaty. Najpierw wchodzili widzowie, wypełniając pomieszczenie po brzegi. Gdy zjawiał się w końcu zaproszony gość, można było odnieść wrażenie, iż nie starczy już dla niego miejsca.

O europejskości Łodzi świadczyły natomiast ceny w restauracji Teatru Wielkiego, w którym odbywały się pokazy konkursowe. Można było się tu napić orzeźwiającej kawy (od 8 zł wzwyż), czy skonsumować pożywnego pączka (5 zł). Europejskość Łodzi uznają także wielcy artyści kina (Wim Wenders), czy też wschodzące dopiero gwiazdy kina (np. Nana Djordjadze, reżyserka hitu "Lato albo 27 straconych pocałunków" - tegorocznego zwycięzcy Warszawskiego Festiwalu Filmowego). Potwierdzili oni swój przyjazd, a nawet prawie przyjechali do Łodzi - prawie, bowiem Wendersa nieszczęśliwie dopadła choroba, a Djordjadze w niewyjaśnionych okolicznościach uciekł samolot.

Jesteśmy oczywiście złośliwi i przekorni, bowiem całą imprezę, co podkreślali jej uczestnicy, należy uznać za niezwykle interesującą i udaną. Większość filmów była na całkiem wysokim poziomie. Z gośćmi też nie było tak źle - przybyła czołówka operatorów z całego świata. Poza tym, jeżeli przyjeżdżają takie sławy jak David Lynch...

David Lynch David Lynch, twórca „Miasteczka Twin Peaks” i „Prostej historii” (Foto: M. Krzyżowski) David Lynch

Również czysto organizacyjna strona była tak naprawdę bez zarzutu: darmowa komunikacja miejska, zniżki na taksówki, doskonałe zaplecze techniczne, umożliwiające symultaniczne tłumaczenie w trakcie seansu. Także szatniarki nie były wcale takie złe i denerwowały się tylko wtedy, gdy po ostatnim pokazie (po północy) spieszyły się na autobus...

CAMERIMAGE, czyli Międzynarodowy Festiwal Sztuki Operatorskiej to impreza branżowa. W odróżnieniu od, otwartych dla wszystkich, festiwali w Warszawie czy Kazimierzu Dolnym, tu większość uczestników była w jakiś sposób związana z kinem: studenci szkół filmowych z całego świata (w tym oczywiście nasi młodzi „filmowcy” z WRiTV UŚ), oraz filmoznawcy - dziennikarze i krytycy. Przede wszystkim jednak adepci wydziałów operatorskich i ich nauczyciele.

Główną atrakcją były oczywiście filmy. Organizatorom udało się sprowadzić dzieła na wysokim poziomie, z całego świata. Większość z nich była po raz pierwszy prezentowana w Polsce - istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że nie znajdą one dystrybutora w naszym kraju. Tak naprawdę zaledwie kilka filmów mogło być znanych widowni (np. „Tańcząc w ciemnościach” Larsa von Triera, oraz „The Million Dollar Hotel” Wima Wendersa). CAMERIMAGE daje jednak przede wszystkim możliwość zapoznania się z dokonaniami kinematograficznymi tak egzotycznych krajów, jak Japonia, Tajwan czy państwa skandynawskie.

Pracujący w Hollywood polski operator Janusz Kamiński był jednym z gości festiwalu   (Foto: M. Krzyżowski)
Pracujący w Hollywood polski operator Janusz Kamiński był jednym z gości festiwalu (Foto: M. Krzyżowski)

Filmy zostały podzielone na kilka sekcji. Największą oglądalnością cieszyły się pokazy konkursowe, do których zakwalifikowano 18 obrazów, ocenianych przez fachowe jury, któremu przewodniczył znany amerykański reżyser Michael Cimino, twórca m.in. fenomenalnego „Łowcy jeleni” (1978) oraz pokazywanego na festiwalu „Sycylijczyka” (1987). Paradoksalnie, ich twórca często podkreślał, że obraz wcale nie jest najważniejszy - że nabiera on siły dopiero wtedy, gdy w odpowiedni sposób wspiera fabułę.

Resztę komisji stanowili przede wszystkim operatorzy, wśród nich Alex Thomson (operator „Sycylijczyka”), oraz Paul Sarossy (autor zdjęć do filmów kanadyjskiego reżysera Atoma Egoyana).

Po obejrzeniu niemal wszystkich projekcji konkursowych mamy przekonanie, że dominowało w nich kilka kręgów tematycznych i rozwiązań estetycznych. Przede wszystkim cała sfera trudności we wzajemnych relacjach pomiędzy bliskimi sobie osobami. Charakterystyczny był tu zwłaszcza norweski obraz „Aberdeen” (reż. Hans Peter Moland). Film ten można w zasadzie zakwalifikować do nurtu „kina drogi”. Twórcy podjęli się nakreślenia skomplikowanych rysów psychologicznych bohaterów: ojca - alkoholika, nie uznającego żadnych norm społecznych, oraz jego pięknej córki - ambitnej, młodej prawniczki, zdobywającej kolejne szczeble kariery. Podróż do chorej na raka matki i żony pozwala im wreszcie dotrzeć do siebie. Przewrotnie jednak, gdy ojciec z córką godzą się, okazuje się, że nie łączą ich tak naprawdę żadne więzy pokrewieństwa.

Problem wzajemnych relacji występuje także w duńskim „A Place Nearby” (reż. Kaspar Rostrup). Tu w centrum uwagi znajduje się nieszczęście matki samotnie wychowującej autystycznego syna. Jej zaborcza i patologiczna miłość, oraz kompletne niezrozumienie choroby syna doprowadzają do tragedii. Podobne, co w obu poprzednich filmach problemy, można dostrzec nawet w historycznym, kostiumowym utworze „Onegin” (reż. Martha Fiennes). Tym razem chodzi o niespełnioną miłość, której przyczyną jest właśnie wzajemne niezrozumienie, oraz lekkomyślne igranie z uczuciami innych osób.

W wielu filmach na plan pierwszy wysuwała się przemoc i brutalność - wskazywane przez wielu twórców jako podstawowa przyczyna rozpadu ludzkich interakcji. W biograficznym debiucie znanego amerykańskiego aktora Eda Harrisa (znany m.in. z filmu Agnieszki Holland pt. „Ksiądz”), „Pollock”, obserwujemy zmagania znanego awangardowego malarza z lat 40-tych i 50-tych, Jacksona Pollocka, oraz jego wiernej, oddanej żony, również malarki. Zmagania pełne twórczej fascynacji ale i brutalności w życiu prywatnym. Z kolei niemiecki „O! Warning” (w reż. Dominika Readinga) w tragikomiczny sposób pokazuje problemy subkultur młodzieżowych (skini, punky). Film podważa twierdzenie o etosie bohaterstwa i wzajemnej ufności w nieformalnych grupach młodzieżowych. Okazuje się, że młodych ludzi łączy jedynie nienawiść do innych. W znakomitym obrazie meksykańskim „Love is a Bitch” (reż. Alejandro Gonzales Inarritu) obserwujemy trzy historyjki, których punktem zbornym jest wypadek samochodowy. Brutalne, pełne krwi walki psów, mąż bijący żonę, brat przystawiający się do żony brata, brat zabijający brata, pusty i sztuczny świat pięknej modelki, dla której centrum świata stanowi długowłosy pudelek Ritchie. Wszystko to brzmi z pewnością jak tematy telenoweli (nb. film jest produkcji meksykańskiej). Jednak przedstawione wypadki są pokazane w sposób niekonwencjonalny i, co ważniejsze, realistyczny, trafiając bezpośrednio w czułe punkty widza. W niektórych momentach zdawało się nam wręcz, że reżyser inspirował się twórczością Krzysztofa Kieślowskiego, zwłaszcza słynnym „Przypadkiem”.

Struktura mozaikowa była też wizytówką filmu „Code Unknown” (reż. Michael Haneke) z Juliette Binoche w roli głównej. Jednak, w odróżnieniu od poprzedniego filmu, poszczególne historie nie łączą się ze sobą ściśle i precyzyjnie. Bohaterowie po prostu mijają się. W pamięć zapada zwłaszcza sekwencja finałowa, w której wypadki rozgrywają się na podkładzie rytmów wybijanych przez małe dzieci na wielkich murzyńskich bębnach. Trwa to około kilkunastu minut, podczas których obserwujemy, jak kończą się poszczególne historie.

Wracając do tematu brutalności - prawdziwą jatkę zgotowała nam Mary Harron, reżyserka filmu „American Psycho”. Film śmiało można zaliczyć do nurtu "trup ściele się gęsto". Sprawcą tego jest młody yuppie's, który zabija dla sportu, nie mając z tego często żadnych korzyści i nie odczuwając żadnej litości. W efekcie powstał film niepotrzebnie brutalny i wręcz karykaturalny.

Na tle powyższych zupełnie niewinnie jawią się dwa niezmiernie ciekawe obrazy: „Vatel” oraz „Lato albo 27 straconych pocałunków”. Pierwszy z nich, w reżyserii Rolanda Joffe („Misja”), ukazywał przygotowania oraz przebieg uczty, jaką książę Kondeusz zorganizował dla Ludwika XIV. Bohaterem filmu jest mistrz ceremonii, tytułowy Vatel (niezła rola Gerarda Depardieu), odpowiadający za całokształt organizacji. Początkowo wydaje się, że na pierwszym planie jest właśnie uczta - film przemawia ukazaniem wyszukanych dań, finezją i precyzją w kompozycji dekoracji, harmonią kolorów i symetrią w rozmieszczeniu detali. Dopiero z czasem, w obrębie tej barokowej otoczki wyłania się subtelnie zarysowana fabuła - miłość Vatela do jednej z panien dworu (Uma Thurman). Drugi ze wspomnianych filmów mówi o inicjacji seksualnej młodej dziewczyny (nimfetki), zakochanej w o wiele starszym od siebie mężczyźnie. Utwór ten przepełniony jest cierpkim, absurdalnym, ale w istocie rzeczy ciepłym humorem. Nie jest gorszący ani dla dorosłych, ani dzieci.

Jednocześnie z konkursem filmów pełnometrażowych toczyła się rywalizacja pomiędzy etiudami studenckimi ze szkół filmowych z całego świata. Należy przyznać, że poziom był dość wyrównany. Jednak najlepszymi okazali się studenci z łódzkiej „filmówki”. Złotą Kijankę (I Nagroda) otrzymał Bogusław Godfrejów za „Kręgi snu”. Być może jest on nowym wielkim talentem operatorskim, bowiem również w zeszłym roku był laureatem w konkursie studenckim. Srebrną Kijankę wywalczył Michał Popiel-Machnicki za „Wrzask” (student tej samej szkoły). Nam jednak przypadła do gustu zwłaszcza III Nagroda, którą otrzymał Duńczyk Sebastian Henriksen za „A Rare Bird” - historyjkę opowiedzianą w satyryczny sposób, z wieloma elementami surrealistycznymi. Oto pewne dziecko zostaje zaatakowane przez złośliwą gęś, w wyniku czego traci oko. Całe późniejsze życie poświęci na mszczeniu się na niewinnych małych zwierzątkach. Natura jednak ponownie da o osobie znać. W końcowej scenie mężczyzna zostaje pozbawiony życia, właśnie przez... gęś.

Urozmaiceniem festiwalu były liczne pokazy specjalne. Były to zarówno starsze i uznane już obrazy, jak np. znakomity „Ghandi” Richarda Attenborough (1982), jak i nowe filmy - np. świetny film Atoma Egoyana pt. „Podróż Felicji”, oraz reżyserski debiut polskiego operatora pracującego w Hollywood, Janusza Kamińskiego (współpracownik S. Spielberga), „Lost Souls”. Akcja filmu, utrzymanego w konwencji horroru satanistycznego (chodziło o nadejście Szatana w ludzkiej postaci), stanowiła mistyczną podróż, odkrywającą dobro i zło w naszym świecie i w nas samych.

Dodatkowo, w bloku programowym „Sztuka obrazu TV i nowych mediów” pokazano dokumentalne i fabularne filmy telewizyjne. Odrębną sferę stanowiły pokazy i prezentacje najwyższej jakości sprzętów do przetwarzania i obróbki filmów fotochemicznych. Sporo miejsca poświęcono tu wykorzystaniu technik cyfrowych w kinie współczesnym. Dla odreagowania po filmach, można było później obejrzeć obrazy Jerzego Skolimowskiego, inspirowane sztuką Japonii.

Oprócz projekcji filmowych uczestniczyliśmy w warsztatach operatorskich prowadzonych przez najwybitniejszych mistrzów tego zawodu. Podczas seminarium dany twórca opowiadał o swoim warsztacie, dokonaniach, współpracy z reżyserem. W tym roku przyjechali naprawdę znamienici operatorzy. Wśród nich przede wszystkim Billy Williams (autor zdjęć m.in. do „Ghandiego”), który odebrał Nagrodę Specjalną za całokształt twórczości. Sympatyczny, starszy już pan, który bez problemu nawiązał kontakt z przybyłymi (w większości młodymi) osobami, przez ok. godzinę opowiadał o swoim życiu i warsztacie filmowym i błędach, jakie popełnił w swej karierze. Swoje seminaria prowadzili również tacy nestorzy kina, jak Laszlo Kovacs (autor zdjęć do „Easy Rider”), Robby Muller (operator „Tańcząc w ciemnościach”), oraz Phedon Papamichael - młody i utalentowany autor zdjęć do aż dwóch filmów konkursowych: „The Million Dollar Hotel”, oraz „Lato albo 27 straconych pocałunków.

Tradycją festiwalu stały się liczne konferencje prasowe (czasami nawet kilka dziennie). Do Łodzi przyjechali prawie wszyscy twórcy utworów konkursowych, którzy właśnie podczas konferencji prasowych prezentowali swoje filmy i opowiadali o swej pracy.

Absolutnym hitem okazała się jednak, w ostatni dzień festiwalu, konferencja Davida Lyncha, jednego z największych magów i osobowości kina autorskiego na świecie. Przyjechał odebrać aż dwie Nagrody Specjalne festiwalu. My „spotkaliśmy się” z nim jeszcze dzień wcześniej. Siedzieliśmy sobie spokojnie na sali rozmawiając dla odmiany o… filmach, kiedy to, w towarzystwie kilku goryli i dyrektora Żydowicza, pojawił się ON. Charakterystyczna, pofalowana siwiejąca czupryna i mistyczny spokój na twarzy wywołały w nas podniecenie. Tym bardziej, że jeden z najwybitniejszych ludzi kina był właściwie w zasięgu dłoni. Mistrz pojawił się tylko na kilka sekund, zlustrował okiem fachowca salę i to wystarczyło, by dostać oszałamiające brawa.

Na konferencji prasowej twórca „Zagubionej autostrady” przyrównywał film do projektu architektonicznego. Mówił, że w filmie oprócz głównej idei ważne są także poszczególne detale, które jednak trudno w całości przewidzieć w scenariuszu, a które wychodzą dopiero podczas realizacji. Dlatego tak ważne jest, by twórca wobec własnych pomysłów był elastyczny i otwarty na zmiany w pierwotnym zamyśle. Pytany o wspólny mianownik wszystkich swoich filmów, odpowiadał, że interesuje go zwłaszcza szukanie w człowieku jego niezmiennego „ja”.

Camerimage
Camerimage
Camerimage

Praktycznie wszyscy podkreślali znakomitą atmosferę festiwalu, dosłownie „żyliśmy” filmami. Projekcje rozpoczynały się już o 10.00 rano i trwały, w zasadzie nieprzerwanie, aż do północy. W efekcie, podczas całego festiwalu, przez zaledwie 7 dni obejrzeliśmy około 30 filmów. Widzowie spontanicznie reagowali na każdy szczegół. Rzęsiste brawa rozlegały się zwłaszcza, gdy na ekranie, w czołówce filmu, pojawiało się nazwisko operatora.

Swoisty folklor tworzyła para prowadzących: ładna, sympatyczna, zawsze uśmiechnięta, ale nie znająca się w ogóle na filmie modelka i Miss International, oraz charyzmatyczny piosenkarz country, niezmiennie od kilku lat przyodziany w klasyczny strój kowbojski (nie pomijając skórzanego kapelusza). Z kolei możliwość siedzenia tuż obok takich sław jak J. Kamiński, E. Harris czy M. Cimino wyzwalała w nas nerwowe ruchy i nieskoordynowane gesty. W efekcie jedna z naszych koleżanek wylała jogurt (truskawkowy, „Bakomy”) pod fotel, na którym siedział Cimino.

Wieczorem wszyscy „luzowali się” w knajpie „Łódź Fabryczna”, przy ulicy Piotrkowskiej. Ścisk był jednak tak wielki, że najczęściej jakiekolwiek przemieszczanie się stało pod dużym znakiem zapytania. Na szczęście, około 5.00 nad ranem tłum się zmniejszał i można już było bez problemu porozmawiać ze znajomymi, tak, by na 10.00 zdążyć ponownie do kina.

Wyjazd grupy z Uniwersytetu Śląskiego został zorganizowany przez Naukowe Koło Filmoznawcze, którego opiekunem naukowym jest dr Jakub Zajdel. Dziękujemy za pomoc.

Barbara Białowąs (ur. 1978) jest studentką IV roku kulturoznawstwa (specjalizacja: filmoznawstwo) na Wydziale Filologicznym UŚ.

Kamil Minkner (ur. 1976) jest doktorantem politologii Uniwersytetu Opolskiego.

Autorzy: Barbara Białowąs, Kamil Minkner, Foto: M. Krzyżowski