MYŚLI NA TRZECI SEMESTR

No i znów nadchodzi finis, który coronat opus, a jeśli kto prudenter działał i na koniec zważał, to teraz może wziąć udział w najprzyjemniejszym, trzecim semestrze, czyli udać się na wakacje. Na wakacje nie trzeba się zresztą udawać daleko. Nawet pozostając w murach uczelni, i tak przenosimy się w inne miejsce: wszyscy mają więcej czasu, nikt nie zadaje pytań profesorom, ani profesorowie nikogo nie pytają, można spokojnie pomyśleć o swoim rozwoju naukowym. Prawdę mówiąc, jeśli się tego rozwoju nie wymyśli w ciągu "trzeciego semestru", to potem już nie będzie łatwo. Dla stałych mieszkańców uczelni wakacje są okazją do prawdziwie egzotycznych podróży w gąszcz książek i czasopism, których nie było czasu przewertować wcześniej, do planów, które czekały na spokojniejsze dni, do ukochanego, , dłubania'' w rozpoczętych projektach.

"Zameldowani czasowo", czyli studenci wylatują tymczasem gdzieś daleko, niektórzy już na zawsze, unosząc ze sobą dyplomy. Teraz przekonują się, ile są one warte; oprócz oczywiście tych paru lat życia i niemałych pieniędzy, jeśli zdecydowali się na program pod hasłem "mniej godzin studiowania, więcej opłat". Ledwo jedni poszli, a tu już pukają nowi, i to od razu tysiącami. Jeszcze parę lat temu na powitanie musieli poddać się ostrej procedurze selekcyjnej: egzaminy z kilku przedmiotów, pisemne, ustne, różne punkty dodatkowe - raczej nieprzyjemne i ogłuszające przyjęcie. Być może według zasady, jaką podobno stosowano w postępowaniu procesowym za czasów Piotra I: świadka wchodzącego do sali sądowej należało spierwa wpierwych grubą pałą w łeb uderzyć, od czego on bardzo zdumionym bywał i zaraz prawdę mówił. Na uniwersytecie chodziło raczej o wywołanie uczucia głębokiej wdzięczności za to, że Wysoka Komisja raczyła była zakwalifikować kandydata oraz pokory, która znakomicie ułatwiała późniejsze relacje pomiędzy studentką (-em) a nauczycielką (-em) akademicką (-im) oraz pracownicą (-kiem) administracji. Niestety, albo na szczęście, te złote czasy, w których wszyscy wiedzieli jak się zachować, odchodzą coraz szybciej w przeszłość. Owszem, egzaminy wciąż się odbywają, lecz na wiele kierunków można się już dostać bez specjalnych tortur. Można wreszcie zapłacić za studia. Ponieważ zaś trudno przypuścić, aby w populacji studentów świadomość przemian rynkowych w naszym kraju była mniejsza niż w całym społeczeństwie, to prędzej czy później ci młodzi ludzie obok należytego szacunku wobec pracowników uniwersytetu będą okazywać kapitalistyczne poczucie siły własnych pieniędzy, a także coraz lepiej zdawać sobie sprawę z symbiozy, w jakiej tu żyjemy; z tego, że uniwersytet bez studentów nie może istnieć. W dodatku przychodzą oni coraz lepiej przygotowani do egzekwowania swoich uprawnień.

Może już w przyszłym roku, może za dwa lata, ale w końcu zaczną się domagać lepszych warunków studiowania, ciekawszych propozycji programowych. Zresztą, jeśli chodzi o to ostatnie, to pomysłów nie brakuje - oferta ze strony uczelni jest coraz bogatsza, bowiem czynnik ludzki, który jest za to odpowiedzialny wciąż nie narzeka na brak pomysłów. Gorzej z czynnikiem materialnym. Chciałbym zwrócić uwagę na jedną tylko kwestię. Uczelnia wyższa o charakterze humanistycznym, oparta na tradycjach poszukiwania prawdy i jej udostępniania oraz przesuwania barier ograniczających jednostkę i społeczeństwo nie powinna dłużej tolerować żenującej sytuacji, w której osoby niepełnosprawne są skazane na pokonywanie tysięcy i milionów stopni w ciągu studiów. Kretyńskie przepisy minionej epoki, w której nie wolno było instalować wind w budynkach czteropiętrowych, już (mam nadzieję) nie obowiązują. Zdaję sobie sprawę, że o pieniądze dziś bardzo trudno, ale otwierając coraz szerzej bramy Uniwersytetu, trzeba też umożliwić przejście przez jego progi. Choćby z powodu zwykłej ludzkiej solidarności z tymi, na razie nielicznymi, którzy pokonując nieznane dla większości przeszkody wypełniają wraz z nami uniwersytecką misję.