INFLACJA

Inflacja Po najdłuższej zimie w końcu następuje jednak wiosna, po najdłuższym marcu bez jednego święta przyszedł czas na kwiecień, który rozpoczyna nieustającą serię świąt państwowych, kościelnych i uczelnianych. Do drzwi uczelni dobijają się rzesze nowych adeptów, którzy przychodzą tutaj, do źródła wiedzy, aby jakoś w życiu się ustawić. Zresztą studenci na ogół mają wyobrażenia dalece przewyższające fantazję swoich nauczycieli - od czasu do czasu prasa publikuje wyniki badań studenckich oczekiwań: w niektórych szkołach wyższych życzenia dotyczące pierwszej pensji absolwenta przekraczają znacznie najśmielsze marzenia profesorskie wiązane z coroczną podwyżką. Podwyżka ta podobno ma rekompensować z nawiązką inflację: nikt tylko nie wie o jaką inflację chodzi - zapewne o tę, która śni się po nocach urzędnikom w Ministerstwie Finansów, ale jakoś nie chce stać się ciałem. Zapewne urzędnicy pragną zmienić sen w jawę i tylko dzięki nierealnym podwyżkom w pozarządowej sferze budżetowej udaje im się zbytnio nie oddalić od nierealistycznych prognoz.

Jeśli chodzi o formułowanie żądań płacowych, wiele mogliby się nauczyciele nauczyć od swoich uczniów. Ale nie tylko w tej kwestii uczeń przerasta mistrza. Nie wiem, czy tę wiedzę zdobyli w salach wykładowych, ale w każdym razie musieli bardzo twórczo rozwinąć pobrane w nich nauki. Otóż absolwenci uniwersytetów i innych szkół wyższych, niezależnie od tego, czy za naukę płacili czy nie, cenią sobie wiedzę bardzo wymiernie. Wielu z nich pilnuje tego skarbu jak oka w głowie i nie ma najmniejszego zamiaru dzielić się nim bez odpowiedniej opłaty. Weźmy takich prawników: korporacje adwokatów, notariuszy i radców, sędziowie i prokuratorzy bardzo zazdrośnie strzegą dostępu do wykonywanych przez siebie zawodów. W dobie przemian gospodarczych okazało się, że księgowy to ma klawe życie, a jeszcze,, klawsze" jest życie audytora. No i nic dziwnego, że aby zostać audytorem trzeba bardzo mocno się starać i przejść przez sito egzaminów, na których przeprowadzanie ustawową wyłączność uzyskała zawodowa organizacja księgowych. Liczne grupy profesjonalistów uczą się szybko sztuki uprawiania,, lobbyingu" i jak umieją, tak się domagają specjalnych przywilejów dla swoich. Coraz częściej są to przywileje o charakterze,, ekskluzywnym", zasadzające się na wyłączeniu osób nie posiadających odpowiednich papierów poza nawias rynkowej wolności. Konkurencja - owszem, ale umiarkowana i w granicach rozsądku. Tak się zachowują drobni kupcy, przywołujący naród do obrony przed supermarketami, ograniczenie konkurencji jest jednym z głównych celów rolniczych protestów. Zresztą natura ludzka jest dwoista również i pod tym względem. Dr Klient drzemiący w każdym z nas domaga się dzikich, nieregulowanych walk konkurentów o nasze względy. Czasem budzi się jednak Mr Producent, który z tęsknotą marzy o uzyskaniu wyłączności na swoją działalność.

Na tym tle uczelnie jawią się instytucjami nie z tej ziemi. Chociaż sięgają korzeniami do głębokiego średniowiecza, to przestały kierować się mentalnością cechową, regulującą ilość producentów na rynku oraz czuwającą nad jakością wykonywanych usług. Dodatkowym argumentem za tezą, iż uczelnie są nie z tej ziemi jest kompletna rozbieżność między popytem na usługi edukacyjne a mizernym statusem finansowym przeciętnego (w sensie statystyki dochodów) uczonego. Zazwyczaj potrojenie popytu na jakiś towar oznacza fortunę dla producenta tego towaru. U nas też można się na tym popycie dorobić, ale trzeba pracować w wielu miejscach. Jak podawała w marcu prasa, pewien rekordzista - stachanowiec kształcenia wędrownego - zarabiał (bo chyba nie pracował? ) na siedemnastu uczelniach. Założę się, że część z nich to mnożące się jak grzyby po deszczu szkoły prywatne, które wobec atrofii mentalności cechowej w środowisku akademickim hasają po rynku proponując łatwowiernym złote góry. Często uczelnie państwowe są oskarżane o brak elastyczności i nieruchawość, brak reakcji na wyzwania rynku. Z całą pewnością, jak to próbowałem wyżej uzasadnić, na biznesie akademicy się nie znają, bo w przeciwnym razie Sejm obradowałby teraz nad obcięciem kominów płacowych w rektoratach a nie w spółkach górniczych. Nawiasem mówiąc nie całkiem poważne traktowanie problemów nauki i edukacji przez polityków i biznesmenów może mieć pewien związek z relatywnie niskim uposażeniem władz rektorskich: gdyby rektor zajeżdżał na spotkania z elitami władzy polityczno-gospodarczej najnowszym modelem mercedesa, albo jeszcze lepiej: helikopterem, to mówiłby językiem zrozumiałym dla tychże elit. Każdy inny język apeluje do ich wrażliwości, a wiadomo, że nawet lewica odkłada do szafy wrażliwość, gdy już przesiądzie się z opozycji do rządu - czegóż więc wymagać od neofitów kapitalizmu?

Wróćmy do naszych baranów, czyli do kwitnącej edukacji wyższej drugiej świeżości - choć może to źle powiedziane, bo powstający bez kontroli produkt edukacyjny jest świeży, jak świeża jest woda dolewana do beczki starego wina. Tak więc szkoły prywatne domagają się coraz częściej równouprawnienia, czytaj: dotacji z budżetu do swej działalności. Aby spełnić szczątkowe wymagania, pozostawione dla przyzwoitości przez ustawodawców, kuszą profesorów wysokimi pensjami i brakiem jakichkolwiek obowiązków po przeniesieniu się na nowe pierwsze miejsce pracy. Trudno powiedzieć do czego to doprowadzi, ale warto przypomnieć, że Kopernik, polski uczony tysiąclecia, oprócz obrotów Ziemi odkrył też prawo wypierania lepszego pieniądza przez gorszy. Walka o utrzymanie jakości jest tym trudniejsza, że gorszy pieniądz jest w tym wypadku produkowany przez tych samych ludzi, którzy powinni gwarantować jego jakość. To przecież uniwersyteccy nauczyciele jeżdżą po Polsce i nobilitują różne podejrzane inicjatywy. Jest zresztą jeszcze gorzej. Mimo nieśmiałych protestów, środowisko akceptuje w większości płatne studia zaoczne, na których poziom z założenia jest niższy od standardów przyjętych na studiach dziennych. Czymże jest dyplom magisterski po takich studiach jeśli nie fałszywym banknotem? Wszyscy się na to godzą. My - dla pieniędzy, a oni - studenci - ponieważ zdają sobie sprawę, że tak naprawdę radość z edukacyjnego boomu przyćmiła realistyczną obserwację, że studia są elitarne i współczynnik scholaryzacji jest odwrotnie proporcjonalny do poziomu dyplomu, którego przy zachowaniu wysokich wymagań wielu studiujących nigdy by nie otrzymało.