Rozmowa z Bogdanem Kalusem, aktorem teatru Korez

GRAM ZAWSZE NA 100%

Foto: Agnieszka Piotrowska Aleksandra Musialik: Czy aktor powinien być niepokorny?

Bogdan Kalus: Na pewno powinien być niespokojną duszą. Ale jednocześnie powinien być bardzo pokorny. Pokorny dla sztuki, dla reżysera, i przede wszystkim aktor powinien mieć wiele pokory wobec własnego zawodu. Oczywiście, każdy gdzieś tam jest megalomanem, bo to taki właśnie zawód. Trzeba mieć dużo pokory, bo w tym zawodzie raz się jest na wozie, a raz pod wozem.

A. M. Czy w takim razie, każdy aktor musi być też buntownikiem? Musi zostać co najmniej 5 razy wyrzucony ze szkoły aktorskiej?

B. K. [śmiech] Nie, czy buntownikiem? Raczej nie. Aktor powinien mieć własną osobowość i swoje własne zdanie.

A. M. Kim jest dla ciebie aktor?

B. K. Ja w ogóle podzieliłbym aktorów na 3 kategorie. Pierwsza grupa aktorów to ci, którzy za wszelką cenę starają się robić karierę i zagrać w filmie, wyjechać do Warszawy, zarobić dużo pieniędzy.
Druga grupa to taka, gdzie aktorzy próbują się gdzieś tam rozwijać, kształcić, pogłębiać swój warsztat i grać wyłącznie w teatrze, a nie przepraszam, szmacić się w reklamach za kilka złotych.

A. M. Za kilka dobrych złotych!

B. K. Tak, oczywiście, ale chciałbym tu przytoczyć przykład jednego z aktorów, dla mnie bardzo dobrego, który kiedyś w wywiadzie stwierdził, że zagra w reklamie dopiero wtedy, gdy mu zabraknie na chleb. I chyba mu brakło, bo właśnie ostatnio zagrał.

A. M. O kim mowa?

B. K. Wolałbym nie zdradzać nazwiska. A trzecia kategoria aktorów to ci, którzy po prostu siedzą w bufecie i narzekają, że jest źle, piją wódkę i gdzieś tam tkwią w Grudziądzu, Elblągu czy w Gorzowie Wielkopolskim. Oczywiście, najlepiej mieć sławę i pieniądze, i do tego być jeszcze bardzo dobrym aktorem, ale to nie zawsze idzie w parze. A moim ideałem jest aktor, który po prostu kocha to, co robi i ja właśnie jestem takim facetem, bo sprawia mi to wiele przyjemności i jeszcze mi za to płacą. Rewelacja. A że nie jeźdzę jaguarem i nie mam 4 domów na Mazurach, to akurat mi nie przeszkadza.

A. M. A nie mógłbyś mi coś powiedzieć o swoim wykształceniu aktorskim?

B. K. Moje wykształcenie aktorskie polega na tym, że po skończeniu szkoły średniej, a potem po kilku latach pracy w teatrze, a wcześniej jeszcze w kabarecie, bo od tego właściwie zaczęła się moja przygoda ze sceną, zrobiłem tzw. weryfikację przed Państwową Komisją Weryfikacyjną przy ZASPiE w Warszawie, zdałem egzamin kwalifikacyjny i... to jest moje wykształcenie. Taki "papier", niby nie jest potrzebny, ale na wszelki wypadek, gdyby kiedyś przyszła mi nagła ochota zaangażować się w teatrze państwowym, to ten "papier" na to mi pozwala. I bardzo wielu aktorów, wbrew pozorom, posiada takie właśnie wykształcenie, a nie to faktyczne - aktorskie. Przykłady można mnożyć, ot chociażby: Beata Tyszkiewicz, Daniel Olbrychski czy Zbyszek Buczkowski, z którym właśnie ostatnio miałem przyjemność współpracować przy okazji pewnego serialu.

A. M. Wszystkie Twoje role, które grasz w Korezie, może z wyjątkiem roli X. X. w "Emigrantach", są to role komediowe. Czy aktor powinien być śmieszny?

B. K. Nie. Aktor nie powinien być śmieszny, bo to w łatwy sposób prowadzi do błazenady. Zasadą bycia śmiesznym na scenie jest to, żeby jak najbardziej śmieszny czy też głupi dowcip, jeżeli jest podawany z kamienną twarzą, to, nie wiem czy zauważyłaś, staje się o wiele zabawniejszy od dowcipu, który ktoś kiedyś opowiedział śmiejąc się przy tym, robiąc głupie miny czy puszczają oko do widowni.
Aktor, który posiada wewnętrzne poczucie humoru, co jest ważne dla aktora komediowego, powinien też posiadać duże poczucie autoironii. Czy ja jestem śmieszny? Pewnie tak, bo takie gram role, i gdzieś tam już jestem zaszufladkowany. Kiedyś mnie to martwiło, teraz już nie, bo wszyscy wiedzą, na co mnie stać i wiedzą, co mogę zagrać. Mam akurat taką fizjonomię twarzy, więc nie zagram amanta. Po prostu jestem, jaki jestem, a daj Bóg, żeby to kiedyś ktoś zauważył i stwierdził, że jest taki facet w Katowicach, Bogdan Kalus, który ma ryja komicznego i trzeba go gdzieś tam obsadzić.

A. M. Czy od Bogdana Kalusa wymaga się, żeby w towarzystwie opowiadał dowcipy i wręcz tryskał dowcipem?

B. K. Nie. Bogdan Kalus sam czasami coś opowie, ponieważ pojemność mojej głowy, jeżeli chodzi o dowcipy, jest dość duża. Naturalnie trzeba wiedzieć, w jakim towarzystwie i co można opowiedzieć. Ja to lubię po prostu.

A. M. Lubisz bywać na bankietach?

B. K. Tak, choć ostatnio coraz częściej zauważam, że powoli zaczynam unikać bankietów, przyjęć po premierach itp. Ot, na przykład po premierze "Homleta" był bankiet i uciekłem po godzinie, bo już nie lubię poklepywania po plecach i mówienia, że jest świetnie, rzucanych ukradkiem spojrzeń, poszeptywania po kątach i fałszywych uśmiechów.

A. M. Czy aktorowi w życiu prywatnym jest łatwiej? Wykorzystujesz swoje umiejętności w innych okolicznościach, do innych celów aniżeli scena teatralna?

B. K. Hmm..., bywa, że tak. Od jakiegoś czasu jesteśmy z kolegami rozpoznawalni w różnych miejscach, w sklepie czy w restauracji, jest taka stacja benzynowa, gdzie myją nam za darmo samochody, ponieważ właściciel chodzi na nasze spektakle. To oczywiście jest sympatyczne i miłe. I tyle.
Ja wbrew pozorom, jestem osobą bardzo nieśmiałą i zawieranie nowych znajomości jakoś specjalnie łatwo mi nie przychodzi. Kiedyś mi to strasznie imponowało, jakieś 10 lat temu, jeśli mnie ktoś rozpoznawał na ulicy czy też prosił o autograf, szczerze mówiąc, ja to wykorzystywałem. Przemilczmy, w jaki sposób.

A. M. Powiedz proszę, coś o swojej roli X. X. w "Emigrantach".

B. K. Dla mnie zagranie roli X. X. w tym spektaklu to był siedmiomilowy krok w karierze, w warsztacie aktorskim i pod każdym innym względem. Bo jak wiesz, zrobiliśmy "Emigrantów" po dwóch tylko realizacjach Schaeffera, gdzie margines improwizacji oraz nazwijmy to "wygłupów" na scenie był bardzo duży. Teraz przyszła kolej na sztukę zupełnie inną niż te, które robiłem do tej pory, tutaj po prostu nie można zaimprowizować. To jest jedno ze spełnionych moich marzeń teatralnych, a zrodziło się ono wtedy, kiedy zobaczyłem w roku 1990 "Emigrantów" na festiwalu mrożkowskim, w wykonaniu jednego z najlepszych teatrów w Europie, moskiewskiego teatru MCHAT.
Marzenie się spełniło po 3 latach. Oczywiście, mam parę jeszcze innych marzeń, ale do tego trzeba czasu i pogłębienia warsztatu, wiedzy etc.

A. M. Sskoro powiedziałeś "a", to musisz powiedzieć "b". Jakie to są marzenia?

B. K. Jest taka sztuka, którą mam w szufladzie od kilku lat. Nazywa się "Kolacja na cztery ręce" - jest to sztuka o spotkaniu Haendla z Bachem, które nigdy się nie odbyło, bo nie mogło się odbyć. Dotychczas w Polsce zrobiono tylko 2 realizacje, i to w dodatku telewizyjne, w teatrze jeszcze nikt tego nie zrobił, ponieważ koszty spektaklu, jednego tylko, są niebywałe. Spektakl trwa około 2 godziny, tam non stop się je, potrawy w dodatku bardzo wyszukane, które muszą być: pulardy, przepiórki, pije się szampana, wino itd.
Tu trzeba mieć też odpowiednie umiejętności i dobrego sponsora, najlepiej w postaci hurtowni spożywczej.

A. M. Jak wedługg Ciebie powinien wyglądać teatr? Jaka jest Twoja wizja czy idea teatru?

B. K. Dla mnie idealny teatr wygląda tak: jest to zespół ludzi, którzy bardzo dobrze się rozumieją, wymagają od siebie bardzo wiele i tego samego oczekują. Chodzi o to, aby jak najmniej było niesnasek, intryg, najlepiej żeby ich w ogóle nie było, ale to jest chyba niemożliwe.

A. M. Mam zatem rozumieć, że aktorzy, twórcy teatru Korez są przyjaciółmi, również poza sceną? Dobrze rozumieją się na scenie jak w życiu prywatnym?

B. K. Oczywiście, że tak. Nikt nikomu nie zazdrości, nie unosi się pychą, nie szuka poklasku. Żyjemy jak jedna wielka rodzina. Zresztą, tak naprawdę mamy niewiele czasu. Piotrek Warszawski sporo czasu spędza w Warszawie, gdyż "złapał" tam kilka ról w filmie (m. in. "Historiach miłosnych" Stuhra i w "Pamiętniku znalezionym w garbie" Kidawy-Błońskiego - A. M. ), Mirek Neinert nakręcił spektakl w reż. Filipa Bajona w teatrze telewizji, a teraz kręci drugi, Darek zagrał w reklamie, Ela Okupska robi całą masę innych artystycznych rzeczy, np. ostatnio zagrała w filmie Lecha Majewskiego "Wojaczek", ja gram w takim czy innym serialu. Nikogo z nas nie interesuje, co kto robi poza teatrem.

A. M. Teatr Korez jest teatrem prywatnym. Czy prywatny teatr to dobry interes?

B. K. Żaden z nas nie ma willi, nie jeździmy mercedesami, ale myślę, że nie jesteśmy najgorzej zarabiającymi aktorami w Polsce.
Różnica między teatrem instytucjonalnym a naszym polega na tym, że nam wszystkim zależy na tym, aby grać jak najwięcej, bo my zarabiamy "od widza", my nie dostajemy pensji bez względu na to, czy na widowni siedzi sześciu czy sześć tysięcy widzów. A widzowie chcą nas oglądać i chwała im za to.
Ostatnio jeden z naszych wiernych widzów, pani w średnim wieku, przyznała się, że chodzi na nasze spektakle po kilka razy, bo zbiera nasze bilety. Czytelnicy, którzy przychodzą do nas, wiedzą, że nasze bilety są jak najbardziej oryginalne i żaden teatr w Polsce nie ma takich biletów. Nasze bilety ą drukowane na papierze kredowym ze zdjęciem wszystkich aktorów teatru Korez. Ludzie dziękują nam za to, że jesteśmy oryginalni i niebanalni.

A. M. Skąd pomysł na teatr Korez?

B. K. O, to już prehistoria. Korez to był kiedyś taki amatorski teatr, działający przy Domu Kultury w Chorzowie, który jeździł na różne festiwale i nawet odnosił pewne sukcesy, ale w połowie lat - 80 wszystko umarło śmiercią naturalną. Został tylko jeden człowiek, który chciał robić to dalej i wskrzesić ideę tego teatru. W ten sposób powstał "Scenariusz dla 3 aktorów", którego premiera odbyła się w maju 1990 roku. Ale naprawdę nikt wtedy nie podejrzewał, co będzie dalej. Teraz, kiedy patrzę na to wszystko z perspektywy 10 lat, myślę, że to jest zjawisko niebywałe. Dostaliśmy w międzyczasie Złotą Maskę, zrobiliśmy następną sztukę, i następną, i tak to trwa do dzisiaj.
Teraz, od ponad 2 lat mamy swoją siedzibę, za co serdecznie dziękujemy władzom miasta Katowic, Urzędowi Wojewódzkiemu oraz Górnośląskiemu Centrum Kultury, bo dzięki nim publiczność ma gdzie przychodzić i nas oglądać. Ale publiczność przychodzi też dlatego, bo wie, że nie jest przez nas oszukiwana. My na każdym spektaklu dajemy z siebie wszystko, bez względu na to, czy gramy dla młodzieży licealnej, czy dla publiczności, która przychodzi wieczorem. Zawsze gramy na 100 % własnych możliwości.

A. M. Powiedz mi, czym kierujecie się przy doborze repertuaru?

B. K. Nie ma tutaj reguły, chociaż dobieramy repertuar bardzo starannie.

A. M. Może mniej ogólnikowo?

B. K. No zaraz, nie dałaś mi skończyć. To była tzw. pauza teatralna. Otóż kolejne przedstawienia dobieramy w ten sposób, aby mieściły się w konwencji, poetyce naszego teatru, bo "teatr Korez to teatr dla ludzi, który bawi, a nie nudzi"..
Bardzo chcielibyśmy do maja zdążyć z premierą nowego spektaklu, gdyż w maju będziemy obchodzić 10-lecie naszego teatru i planujemy uświetnić to wydarzenie premierą właśnie, a także, jak to miało miejsce 5 lat temu, wielkim koncertem kabaretowo - aktorsko - muzyczno - estradowym na deskach Teatru Rozrywki w Chorzowie.

A. M. Zawsze intrygowała mnie jedna sprawa, a mianowicie: czy dla aktora ma znaczenie to, jak ubrani są widzowie?

B. K. Żadnego. Przynajmniej dla mnie. Dla mnie widz, niezależnie od tego, czy przychodzi w garniturze, czy w dżinsach, jest takim samym widzem. Dla mnie ważne jest to, że chciał zapłacić za bilet i nas oglądać.
Pewnie, że kiedyś funkcjonował stereotyp, że teatr to świątynia sztuki i trzeba przychodzić w smokingu lub w sukni wieczorowej, ale teraz... czasy się zmieniają.

A. M. Ale jeżeli jest premiera, wielkie wydarzenie, czy to faktycznie nie ma znaczenia dla Ciebie, jak są ubrani widzowie? Przecież to jakiś konwenans, czyż nie?

B. K. No niby jest jakiś konwenans, wszyscy są tacy eleganccy, ale ja łamię ten konwenans. Mnie denerwuje to, że ludzie podczas spektaklu rozmawiają albo komuś zadzwoni telefon komórkowy, a nie, że są w swetrach.

A. M. Słyszałam, że Bogdan Kalus gra obecnie w filmie. Czy mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy i opowiedzieć, co to za film?

B. K. Cóż, film to za dużo powiedziane, to taki serial, na razie zagrałem w odcinku pilotażowym. Serial nazywa się "Święta wojna" i realizowany jest dla programu II Telewizji Polskiej. W roli głównej gra Zbigniew Buczkowski. Podobno spodobałem się reżyserowi i producentowi, a warto dodać, że jest to serial kręcony na Śląsku i o Śląsku.

A. M. Czy dla Ciebie gra w filmie to większe wyzwanie warsztatowe od gry w teatrze?

B. K. Zdecydowanie. Różnica między kinem a teatrem polega na tym, że w teatrze widz widzi aktora na żywo, a w kinie tylko na taśmie. Ale tak poważnie - jeśli w teatrze gra się pewną scenę, to nie można jej powtórzyć, natomiast w filmie sceny powtarza się tak długo, aż wszyscy będą usatysfakcjonowani.

A. M. To dla Ciebie ma jakieś istotne znaczenie?

B. K. Dla aktora doświadczonego filmowo, którym nie jestem, chyba nie ma. Ale jest to pewna sztuka, którą trzeba opanować, skoncentrować wzrok na kamerze czy na partnerze.

A. M. teraz zasadnicze pytanie: Jak długo teatr Korez będzie funkcjonował?

B. K. Posłużę się cytatem Jurka Owsiaka: "Oby do końca świata i jeden dzień dłużej".

Rozmawiała Aleksandra Musialik

Bogdan Kalus, ur. 15. 06. 1965 w Chorzowie. Z teatrem Korez związany od 1990 roku, choć karierę artystyczną rozpoczynał od kabaretów. W latach 1987 - 92 współpracował m. in. z Kabaretem Długi, Jackiem Pietrzakiem, Marcinem Dańcem. W latach 1988 - 92 współtwórca programu kabaretowego "Zakręt".

Zagrał w następujących spektaklach Koreza:
"Scenariusz dla 3 aktorów" - Złota Maska'92
"Kwartet dla 4 aktorów"
"Emigranci"
"Niedźwiedź. Oświadczyny"
"Konopielka"
"Homlet"

IV miejsce w plebiscycie dla najpopularniejszego aktora Śląska i Zagłębia w 1998 roku.

Występował z Korezem m. in. w Budapeszcie, Wiedniu, Berlinie, Kolonii, Essen. Obecnie kreuje również rolę Dyndalskiego w music-hallu Katarzyny Gaertner i Mariana Makuli pt. "Pomsta".