W 2026 roku ukazała się książka dr hab. Dagmary Drzazgi, prof. UŚ pt. Śląsk. Texas. Roots. Korzenie. 10 portretów ze Śląskiem w tle. Autorka publikacji, wykładowczyni Szkoły Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego, dziennikarka i reżyserka filmów dokumentalnych, dzieli się wspomnieniami z pracy nad książką oraz opowiada o niezwykłych spotkaniach i rozmowach, do których doszło podczas trzech wizyt w Teksasie.
Ile razy była Pani Profesor w śląskim Teksasie?
Trzy. Za każdym razem przywoziłam stamtąd materiał: najpierw dla telewizji, a teraz do książki. Pierwszy wyjazd, w 2004 roku, był związany ze 150. rocznicą przybycia Ślązaków do Teksasu. Pojechałam wtedy z niewielką ekipą i realizowaliśmy reportaże dla TVP Polonia oraz TVP Katowice. Poznałam ludzi, miejsca i historie, ale przede wszystkim zachwyciłam się tym światem. W 2019 roku wróciłam, by nakręcić film dokumentalny Pokolenia. Chciałam pogłębić temat i sprawdzić, jak żyją potomkowie dawnych emigrantów: czy czują się jeszcze Ślązakami, Polakami, kim są dla samych siebie i czy korzenie pozostają dla nich ważne? Ten film nadal mnie wzrusza. Potem dzięki grantowi Uniwersytetu Śląskiego pojawiła się możliwość przygotowania książki. Jestem z tego powodu szczęśliwa i wdzięczna.
Planuje Pani tam wrócić?
Oczywiście. Kiedy człowiek przywiąże się do ludzi i miejsc, chce wracać. Ja mogłabym tam jeździć bez przerwy.
Co Panią tak przyciąga do śląskiego Teksasu?
Bardzo lubię tamtą atmosferę. To piękny, ogromny i wolny kraj. Fascynuje mnie też, że ludzie żyjący tak daleko od Śląska wciąż chcą wiedzieć, skąd pochodzą. Jedna z bohaterek książki, Elaine Mazurek, przez 40 lat szukała rodzinnych śladów. To nie było łatwe, bo zmieniały się granice i nazwiska, a miejscowości w dokumentach były zapisywane po niemiecku. Rodziny wyjeżdżały z Guttentag albo Klein Paniow, które dziś znamy jako Dobrodzień i Paniówki.
W Teksasie najbardziej urzekli mnie ludzie. Prawi, serdeczni, otwarci. Wielu z nich to milionerzy, bo pod ich ziemią znajdują się spore złoża ropy naftowej, a jednak zachowali śląski kult pracy. Mogliby siedzieć na Hawajach i tylko na odległość zarządzać pracą innych, tymczasem oni codziennie wkładają te wywinięte kapelusze, koszule w kratę, dżinsy i buty kowbojki, po czym idą pracować na farmie. Są przywiązani do ojczyzny, rodziny i Kościoła. Bardzo dobrze się tam czuję i dlatego chcę o nich opowiadać.
Na pierwszy rzut oka Teksas i Śląsk wydają się światami odległymi, a jednak w książce rzuca się w oczy wiele podobieństw między nimi: etos pracy, przemysł, a nawet krajobraz.
Rzeczywiście, kiedy jedzie się z San Antonio w stronę Karnes City i na horyzoncie widać Pannę Marię, pola naprawdę przypominają śląski pejzaż. Są łagodnie pofalowane i pocięte w długie, wąskie pasy, bo każdy gospodarz musiał mieć dostęp do wody. Tam panuje susza, a jeśli ktoś posiada setki krów na ogromnym obszarze, zwierzęta muszą gdzieś pić. Dziś wszystko wygląda nowocześniej. Właściciele wielkich farm i rancz nie poruszają się już wyłącznie konno – zdarza się, że latają helikopterami, żeby ogarnąć cały teren. Historia tego krajobrazu nadal jest jednak czytelna.
Jest też przemysł. W okolicach Panny Marii widać płomienie, które są efektem spalania metanu. Przez miejscowość mkną wielkie ciężarówki, trochę ją rozjeżdżają. To znak czasu – wszystko się zmienia.
Pisze Pani Profesor również o skażeniu środowiska.
Tak. Niewiele osób wie, że w latach 70. w tych okolicach składowano odpady radioaktywne z całego południowego Teksasu. Pojawiły się choroby, ludzie protestowali. Dziś już nikt nie zwozi śmieci radioaktywnych, ale hałda pozostała. Jest zabezpieczona, trzeba ją jednak nieustannie nadzorować. To nie są proste sprawy, dlatego cieszę się, że mogłam je opisać i pokazać czytelnikom mniej znany wymiar tej historii. Śląski Teksas nie jest wyłącznie nostalgiczną opowieścią o dzielnych osadnikach. To także miejsce podlegające gwałtownym przemianom gospodarczym i środowiskowym.
Skąd w ogóle wzięli się Ślązacy w tej części Teksasu?
Najkrócej mówiąc: za sprawą księdza Leopolda Moczygemby, który jest nawet nazywany śląskim Mojżeszem. Pochodził z Płużnicy koło Toszka. W 1852 roku wyjechał do Teksasu, gdzie posługiwał wśród niemieckich kolonistów. Tam zobaczył, że ziemia daje plony kilka razy w roku, a ludziom powodzi się całkiem dobrze. Tymczasem jego rodzinie i sąsiadom na Śląsku żyło się ciężko. Pamiętajmy, że był to czas Królestwa Prus. Ślązaków powoływano do pruskiego wojska, do tego dochodziły powodzie i epidemia cholery. Pojawiali się również emisariusze zachęcający do wyjazdu i zagospodarowania Teksasu. W końcu około 150 osób z Płużnicy Wielkiej zdecydowało się ruszyć w drogę. Dziś łatwo powiedzieć: „pojechali”, ale to była naprawdę bardzo trudna, długa i dramatyczna podróż: najpierw pociągiem do Wrocławia, potem dalej na północ do Bremy albo Hamburga. Płynęli przez dziewięć tygodni na najniższym pokładzie przeznaczonym dla najbiedniejszych, w zaduchu i ciemnościach. Po dotarciu do Zatoki Meksykańskiej szli pieszo albo wynajmowali wozy. Według przekazów po trzech miesiącach dotarli do miejsca, w którym stał rozłożysty dąb. Tam się zatrzymali. W grudniu 1854 roku ks. Moczygemba odprawił dla nich pierwszą pasterkę. Od tego zaczęła się historia Panny Marii, najstarszej polskiej osady w Stanach Zjednoczonych.
Ponad 170 lat później związki ze Śląskiem nadal są żywe. Jednym z najważniejszych jest język.
Niestety śląska gwara w Teksasie stopniowo zanika. Bohaterki, z którymi rozmawiałam po śląsku bez używania angielskiego, należą do ostatniego pokolenia znającego ten język w tak dobrym stopniu i posługują się nim płynnie. Kiedy byłam tam kilkanaście lat temu, takich osób było więcej. Dziś odchodzą, a ich dzieci nie mają już tej umiejętności. Rozumieją pojedyncze słowa, potrafią powiedzieć kilka zdań, ale język ginie, dlatego miałam silne poczucie odpowiedzialności: to jest ostatni moment, żeby ten świat zarejestrować. Jedna z bohaterek mojej książki, Sally Sekula-Schaefer, stworzyła Ślōnsko-Teksōnski Dykcjōnōrz. Ksiądz Franciszek Kurzaj, duszpasterz Ślązaków w Teksasie, powiedział jej: „Jak ty tego nie napiszesz, to żołden tego nie zrobi”. Zaczęła więc zbierać „słowa moje”, jak sama mówiła. Zapisywała je na karteczkach, aż powstał cały karton fiszek. W wieku ponad osiemdziesięciu lat nauczyła się obsługiwać komputer, żeby opracować słownik. Do publikacji dołączono nagrania, aby można było usłyszeć brzmienie słów. Mam dla niej wielki podziw i szacunek.
Czym dla śląskich Teksańczyków jest dzisiaj Śląsk?
Dla wielu miejscem pielgrzymek. Ksiądz Franciszek Kurzaj co roku przywozi ich na Śląsk, czasem nawet dwa razy do roku. Oni wolą zobaczyć Paniówki, Łubniany, Boronów i inne rodzinne miejscowości, niż zwiedzić Warszawę czy znane zabytki. Wchodzą do kościołów, w których chrzczono ich prapradziadków albo gdzie ich przodkowie brali ślub. Dotykają chrzcielnic, ambon i ławek, a potem płaczą. Podobnie jest na cmentarzach. Widzą nazwiska swoich rodzin – nazwiska, które przetrwały do dziś. To bardzo poruszające. W Ameryce ludziom zależy na tym, żeby wiedzieć, skąd są. Europejskie korzenie dają im poczucie ciągłości. To może być także lekcja dla nas: żebyśmy z większą czułością i zainteresowaniem próbowali spojrzeć na własnych przodków, zanim rodzinne historie znikną.
Książka jest dwujęzyczna. Czy od początku było dla Pani Profesor ważne, by mogli ją przeczytać także potomkowie emigrantów?
Tak, bo ta opowieść należy również do nich. Każdy portret ukazuje się po polsku i po angielsku, dzięki czemu bohaterki, ich dzieci i wnuki mogą odnaleźć w książce własną historię. Zależało mi, żeby publikacja nie była wyłącznie spojrzeniem z Polski na „egzotyczną” społeczność za oceanem. Chciałam stworzyć rodzaj mostu między Śląskiem a Teksasem i oddać bohaterkom coś z tego, czym podzieliły się ze mną podczas rozmów. Dwujęzyczność była też ważna ze względu na młodsze pokolenia. One często nie mówią już po polsku ani po śląsku, nadal jednak interesują się genealogią, przeglądają rodzinne albumy i pytają o miejsca, z których przybyli przodkowie. Dzięki angielskiej wersji mogą poznać nie tylko fakty, lecz także emocje, pamięć i sposób myślenia swoich babć oraz prababć. Mam nadzieję, że dla części z nich książka stanie się początkiem dalszych poszukiwań.
Książka ma formę dziesięciu portretów kobiet. Dlaczego właśnie kobiet?
Jestem reżyserką filmów dokumentalnych i zawsze najważniejszy jest dla mnie człowiek. Chciałam opowiedzieć tę historię za pośrednictwem konkretnych bohaterek, które będą się od siebie różnić. Jest tu więc kobieta pracująca na farmie, są siostry zakonne z różnych zgromadzeń, jest bohaterka związana z nauczaniem, jest wreszcie Sally, autorka słownika. Dziesięć portretów to oczywiście mój wybór, bo takich kobiet mogłoby być więcej, ale potrzebna była pewna rama. Zależało mi także na różnorodności języka. Dorothy Polok-Pawelek mówi po polsku, wtrącając śląskie słowa. Sally posługuje się pięknym, starym śląskim. Dla mnie było to ogromne wyzwanie, bo nie jestem rodowitą Ślązaczką. Jestem „krzokiem” – dobrze mi na Śląsku, zakorzeniłam się tutaj, ale w moim rodzinnym domu nie mówiło się po śląsku. Każde śląskie słowo w książce było więc wielokrotnie sprawdzane przez ludzi, dla których jest to „mowa serca”. Kobiety wybrałam również dlatego, że miały po prostu trudniej. Mężczyźni byli bardziej widoczni, znajdowali się na pierwszej linii frontu, pracując poza domem. Kobiety tymczasem pozostawały w domu, ale musiały jednocześnie być matkami, żonami, gospodyniami, lekarkami, nauczycielkami, położnymi, krawcowymi i Bóg jeden wie, kim jeszcze! Wyjechały ze stosunkowo rozwiniętej cywilizacji pruskiego Śląska na pustkowie, gdzie czekał na nie step, busz, jadowite skorpiony, grzechotniki, napady Indian i bandytów. To było jak western, tylko prawdziwy. Mężczyzna mógł zatrudnić się jako poganiacz bydła i wyjechać na wiele tygodni. Kobieta zostawała z sześciorgiem dzieci. Musiała umieć strzelać, odpędzać dzikie zwierzęta, jeździć konno, prowadzić ogród podczas wieloletniej suszy i leczyć. Bardzo je podziwiam. Dzisiejsze bohaterki same przyznają, że ani one, ani ich córki już nie poradziłyby sobie w takich warunkach.
Czy Pani bohaterki były współtwórczyniami tej książki?
W pewnym sensie tak. Otworzyły się i chciały mówić. Przygotowały zdjęcia dziadków i pradziadków, fotografie z dzieciństwa, rodzinne dokumenty, drzewa genealogiczne. W pracy dokumentalistki najważniejsze jest znalezienie porozumienia ze swoim bohaterem. Trzeba czuć, że to, co się robi i opowiada, jest ważne. Ogromnie pomógł mi ksiądz Franciszek Kurzaj, bez którego wiele drzwi pozostałoby zamkniętych. Śmiał się, bo kiedyś zobaczył, że jedna z bohaterek trzyma w domu trzy najważniejsze dla niej obrazy: Pana Jezusa, Matki Boskiej i zdjęcie księdza Franka. Jeśli więc on mówił: „Porozmawiaj z Dagmarą, ona robi coś dobrego”, bohaterki nabierały do mnie zaufania.
Pani książka to właściwie więcej niż książka – ma też wymiar multimedialny.
Na końcu książki znajduje się link i kod QR prowadzący do dziesięciu krótkich filmów, po jednym o każdej bohaterce. Tekst i zdjęcia to jedno, ale zobaczyć uśmiech, łzę w oku, usłyszeć głos – to wszystko dla mnie jako reżyserki ma ogromną wartość. Pojechał ze mną operator Mieczysław Chudzik z Telewizji Katowice, z którym zrealizowałam wiele filmów i przyjaźnię się od lat. Dzięki tym dołączonym krótkim metrażom czytelnik może nie tylko przeczytać poszczególne portrety kobiet, lecz także spotkać je na ekranie.
W książce ważną rolę odgrywają archiwalia: fotografie, pamiątki, książeczki do nabożeństwa. Czy któryś z tych artefaktów szczególnie zapadł Pani w pamięć?
Nie był to jeden przedmiot, a raczej całość. Stuletnie książeczki do nabożeństwa, święte obrazy, domowe kąciki religijne – to wszystko bardzo mnie poruszało. Niezwykłe jest też muzeum w Pannie Marii, mieszczące się w pierwszej polskiej szkole w Ameryce – Szkole św. Józefa. Na ścianach wiszą zdjęcia ofiarowane przez śląskich Teksańczyków, na których widać ludzi z końca XIX i początku XX wieku: ich pracę, dzieci, domy i uroczystości rodzinne. Patrząc na te osoby, ma się nieodparte wrażenie, że pochodzą ze Śląska. I nie chodzi tylko o stroje. To twarze naszych starek i starzyków. Przypomina mi się sytuacja, gdy ksiądz Franciszek przywoził Teksańczyków na Śląsk i pytał ich, z jakiej rodziny może pochodzić napotkany mężczyzna. Patrzyli i mówili: „On może być Kiełbasa”. I rzeczywiście, nosił nazwisko Kiełbasa. W filmie z 2019 roku mam też taką scenę z Jemielnicy: dwóch Teksańczyków spotkało tam dalekiego kuzyna i zaczęli porównywać – rozmiar kapelusza ten sam, kształt nóg podobny, dłonie takie same. Wszyscy się śmiali, ale ta scena pokazuje, że więzi rodzinne są dla nich czymś konkretnym, widocznym, niemal namacalnym.
Wspólnota nadal pozostaje dla śląskich Teksańczyków ważna?
Bardzo. Do dziś pomagają sobie wzajemnie, angażują się w życie Kościoła i lokalnej społeczności. Może w większych miastach, takich jak San Antonio, wygląda to inaczej, ale w Cestohowie, Kościusko czy Pannie Marii ludzie wiedzą, skąd są, znają się i czują się częścią wspólnoty. Zresztą same nazwy miejscowości wiele mówią. To już nie polska Częstochowa i Kościuszko. Kiedyś pewien ksiądz chciał poprawić tę ostatnią nazwę tłumacząc, że to błąd. Mieszkańcy przedyskutowali sprawę i powiedzieli: „My mamy swoje Kościusko i ma zostać Kościusko”. I zostało.
Jakie to uczucie – wziąć do ręki pierwszą autorską książkę?
Mam na swoim koncie wiele filmów dokumentalnych i reportaży. To efekt ponad trzydziestu lat pracy w telewizji. Ale książka?! Czuję ogromną radość i dumę, tym bardziej, że Wydawnictwo Naukowe „Śląsk” przygotowało ją z wielką starannością. Jest po prostu piękna. I choć od premiery minęło już kilka miesięcy, nadal jestem pod wielkim wrażeniem i bardzo się nią cieszę.
Dziękuję za rozmowę.