Erozja dawnych autorytetów

Rozwój nauki nabrał kosmicznego tempa. Domowe drukarki 3D, kapsuły endoskopowe, sztuczna trzustka, bioniczne soczewki kontaktowe, samochody elektryczne i wodorowe, grafen – nikt nie kwestionuje tych osiągnięć naukowych, jednocześnie jednak rośnie zjawisko podważania wiarygodności badań, osiągnięć naukowców czy obiektywizmu metod naukowych. O kryzysie autorytetu nauki rozmawiamy z dr. hab. inż. Jackiem Nyczem, prof. UŚ z Instytutu Chemii Uniwersytetu Śląskiego, wybitnym chemikiem, stypendystą renomowanych ośrodków europejskich.

Dr hab. inż. Jacek Nycz, prof. UŚ
Dr hab. inż. Jacek Nycz, prof. UŚ

Czy w dobie nieograniczonego dostępu do wiedzy społeczeństwo wciąż potrzebuje autorytetów?

Podobnie jak sto lat temu obecnie obserwujemy głębokie przemiany cywilizacyjne i kształtowanie się nowego porządku świata. Nie chodzi już wyłącznie o przetasowania między globalnymi mocarstwami, ale o erozję dawnych autorytetów: religijnych, a także – co warto szczególnie podkreślić – naukowych. Na scenę wkracza nowy konkurent: sztuczna inteligencja (AI), która dla wielu osób, zwłaszcza młodych – w tym studentów – staje się punktem odniesienia bardziej wiarygodnym niż nauczyciel szkolny czy akademicki. Od dawna obserwujemy proces deprecjacji zawodu nauczyciela, który jest postrzegany jako osoba niedoceniana zarówno pod względem prestiżu, jak i finansów, a nawet życiowo niespełniona. Trudno bowiem w dzisiejszych realiach uznać za symbol sukcesu kogoś, kto otrzymuje jedną z najniższych pensji w kraju. Dziś naukowcy z ich zarobkami w opinii większości ludzi postrzegani są jako sfrustrowani dziwacy, którym marzą się super wyposażone pracownie. Nasze społeczeństwo zdaje się nie rozumieć, że dobre wykształcenie jest kluczem do globalnej rywalizacji. Inaczej wygląda to chociażby w Finlandii, gdzie wysoki status nauczyciela jest fundamentem hierarchii społecznej. W społeczeństwie konsumpcyjnym, w którym miarą sukcesu staje się stan konta bankowego, trudno oczekiwać odmiennego podejścia. A przecież nie da się podważyć zależności gospodarki od poziomu nauki, nie można oczekiwać rewelacyjnych osiągnięć gospodarczych bez posiadania własnego, dążącego do najwyższego poziomu zaplecza naukowego. Bez tej determinacji pozostać możemy jedynie tanią siłą roboczą. Tak, społeczeństwo potrzebuje autorytetów opartych nie tylko na doświadczeniu, lecz także na sile charakteru.

Politechnika Gdańska, której jest Pan Profesor absolwentem, stała się kuźnią kadry inżynierskiej, która odegrała niebagatelną rolę w rozwoju miasta, regionu a także Rzeczypospolitej.

Uczelnia powstała 122 lata temu na mocy decyzji cesarza Wilhelma II. Jej budowa trwała zaledwie 5 lat i pociągnęła za sobą koszt 5,5 miliona marek niemieckich, co w obecnych czasach stanowiłoby równowartość około 200 milionów złotych. Była to jednak inwestycja, która przyniosła korzyści niewspółmierne z tą kwotą, stanowiła kluczowe zaplecze dla przyszłych kadr inżynieryjnych odrodzonej Polski. Absolwenci stali się fundamentem kadry rozwoju polskiej floty handlowej i wojennej oraz kluczowej dla kraju inwestycji, jaką był Port Gdynia. Profesor Alfons Hoffman, inżynier elektryk, był pionierem elektryfikacji Pomorza, stworzył nowoczesny system energetyczny regionu. Inwestycja w naukę okazała się podstawowym motorem prężnego rozwoju całego kraju. My dziś oburzamy się na wysokie zarobki lekarzy, a jednocześnie zbieramy miliony na ratujące życie operacje wykonywane za granicą, gdzie lekarze zarabiają znacznie więcej niż ta napiętnowana grupa polskich specjalistów. Nakłady na naukę są koniecznością, abyśmy w przyszłości nie musieli korzystać z bardzo wysoko wycenianych usług za granicą. Właściwe finansowanie nauki uniezależnia nas i usamodzielnia, ponieważ jest to inwestycja, która sama się napędza. W naszej mentalności zadomowił się stereotyp, że to, co najlepsze, pochodzi z zagranicy. To nie jest wyłącznie polskie doświadczenie, w wielu krajach Europy pokutuje to niechlubne przekonanie. Niestety jego efektem jest rosnące zapóźnienie zarówno naukowe, jak i technologiczne. Zakupy licencji nie rozwiązują problemu.

Nie doceniamy osiągnięć polskiej nauki, a jednocześnie propagatorzy pseudonauki zdobywają coraz większą popularność. Ich książki, w których ośmieszają dowody naukowe, zajmują wysokie miejsca wśród najlepiej sprzedających się pozycji.

Przyczyn tej niechlubnej tendencji należy szukać w systemie edukacji. Nas wychowywali nauczyciele, wykładowcy, których darzyliśmy poważaniem i respektem, to oni uczyli nas szacunku do wiedzy. Przede wszystkim jednak ufaliśmy im, można było udać się do nich z każdym problemem. Dzisiaj nauczyciel musi być przede wszystkim twardym i odważnym człowiekiem. Uczniowie mogą przecież włożyć mu kosz na śmieci na głowę, a ich rodzice – poniżyć, zwyzywać, a nawet doprowadzić do zwolnienia z pracy. Na uczelnie trafiają ludzie o bardzo zróżnicowanym poziomie wiedzy. Zniesienie egzaminów wstępnych powoduje, że przyjmujemy często abiturientów, którzy nie mają kwalifikacji, aby studiować. Zamiast uczyć, nadrabiamy zaległości. Pasjonaci to już rzadkość. Z tak obniżonym poziomem edukacji na szczeblu podstawowym i średnim nie mamy szans, aby konkurować z najlepszymi uczelniami na świecie i walczyć o dobre miejsce na tzw. liście szanghajskiej. Zwiedzałem niedawno muzeum w Schwarzwaldzie. Tam każdy minerał opatrzony był informacją o jego odkrywcy. To jest wyraz szacunku dla nauki, dla osób, które pomnożyły krajowy dochód narodowy. Czy u nas ktoś pamięta, kto był twórcą Żup Krakowskich, które odegrały tak ważną rolę w ówczesnej Rzeczypospolitej? Czy wspominamy Oskara Troplowitza, twórcę kremu Nivea? Czy w Chorzowie, w którym urodził się noblista, ludzie wiedzą, kim był Kurt Alder? I tu tkwi problem. Nie szanujemy ludzi, którzy dokonali wielkich odkryć naukowych, którym zawdzięczamy rozwój gospodarczy, nie upamiętniamy ich, nie doceniamy korzyści, jakie przyniosły ich wynalazki.

Wiele uczelni współpracuje z regionalnym przemysłem, ale rzadko słyszymy o spektakularnych sukcesach.

To jest bardzo poważny problem. Można prześledzić go na przykładzie naszego regionu, który miał kiedyś potężnie rozbudowany sektor przemysłowy. Niemal w każdej firmie, w każdym zakładzie przemysłowym działały znakomite laboratoria, funkcjonowały ośrodki badawcze i nie szczędzono wówczas środków na ich wyposażenie. Po transformacji z mapy gospodarczej regionu zniknęły setki firm, a te, które pozostały bądź się odradzają, wolą współpracować z ośrodkami zagranicznymi, czerpać od nich za bardzo duże pieniądze technologie, a nawet zamawiać u nich ekspertyzy. Z rodzimymi ośrodkami współpracują niechętnie.

Może dlatego młodym ludziom nie imponują już stopnie i tytuły naukowe, wybierają krótsze, intensywne kursy specjalistyczne, bootcampy technologiczne lub bezpośrednie, szybkie wejście na rynek pracy. Wydziały techniczne przeżywają spadek zainteresowania.

Wydziałów chemicznych też to nie ominęło. Przyszło nam funkcjonować w trudnej przestrzeni, wykreowanej w minionym systemie, który w spadku pozostawił nam przekonanie: chemia truje. To bardzo zniechęca młodych do wyboru tego kierunku, ponieważ z góry zakładają, że w przyszłości nie znajdą zatrudnienia. Nic bardziej mylnego! Jesteśmy chemią, jemy chemię, pijemy chemię, oddychamy chemią, leczymy się chemią. Tak więc zrozumienie funkcjonowania naszego organizmu to zrozumienie chemii. Tylko ludzie niekompetentni, którzy nie mają nic wspólnego z nauką, chcąc zaistnieć medialnie, bezmyślnie żonglują sloganami i czynią z chemii naukę bez przyszłości. Nauki ścisłe są najważniejsze, ponieważ są aplikacyjne, czyli ich głównym celem jest zastosowanie wiedzy teoretycznej w praktyce.

Czy sztuczna inteligencja zagraża autorytetowi naukowca?

Sztucznej inteligencji nie należy się bać, ją trzeba umiejętnie wykorzystać, bo jest przecież tylko narzędziem, z którego pomocy trzeba korzystać, ale z głową. Miałem szczęście spotkać na swojej drodze zawodowej znakomitych nauczycieli akademickich. Począwszy od Politechniki Gdańskiej, gdzie trafiłem pod skrzydła takich uczonych, jak prof. Janusz Rachoń, były rektor, znakomity dydaktyk i organizator pracy zespołowej, czy prof. Andrzej Chimiak, uczony, który swoją wiedzą i postawą udowodnił, że człowiek może pokonać niebywałe wręcz trudności, aby osiągnąć cel. Mimo że od drugiego roku życia cierpiał na skutki choroby Heinego-Medina, nie przeszkodziło mu to w imponującej karierze naukowej. Kierował się zasadą, że chce kształcić ludzi lepszych od siebie. Naukowcy, pod kierunkiem których pracowałem, dzielili się nie tylko swoją ogromną wiedzą specjalistyczną, ale byli także wzorem postaw etycznych, bez buty, arogancji, pychy. Nominowany do Nagrody Nobla prof. Michael Lappert z Uniwersytetu Sussex potrafił publicznie przyznać się do błędu. Autorytety nie rodzą się z pozycji ani wynagrodzenia, lecz z charakteru, odwagi i konsekwencji w działaniu. Czy z takimi wzorcami etycznymi może konkurować sztuczna inteligencja?

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

 

Autorzy: Maria Sztuka
Fotografie: Małgorzata Dymowska