Czy w dzisiejszych czasach czytamy jeszcze artykuły, czy już tylko ich streszczenia? A może ograniczamy się do ich wizualnych lub dźwiękowych odpowiedników? Współczesne media coraz częściej podpowiadają nam, ile czasu zajmie lektura tekstu i co jest w nim najważniejsze. „Szacowany czas czytania: 8 minut” – tyle wystarczy, by dowiedzieć się, jak grafizacja, parateksty i algorytmy zmieniają nasz sposób odbioru treści.
Tekst przestał być liniową narracją, a stał się wielopoziomowym układem wizualnych i znaczeniowych drogowskazów. Badaniem tego zjawiska zajmuje się dr hab. Magdalena Ślawska, prof. UŚ z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, która podkreśla, że grafizacja dyskursu medialnego nie jest jedynie estetycznym dodatkiem do treści, lecz jednym z podstawowych mechanizmów organizowania i interpretowania tekstu w mediach.
Jak media sterują naszą uwagą
Współczesna prasa i portale internetowe coraz rzadziej operują jedynie słowem. Stają się wielokodowe, łącząc obraz, dźwięk, typografię i hiperteksty w jeden multimodalny komunikat. Tekst przestaje być dziś rozumiany przez mediolingwistów jedynie przez pryzmat warstwy werbalnej. Jak zauważa prof. Ślawska, zwłaszcza w nurcie germanistycznym dobrze już opracowywane są teorie wokół multimodalności.
– Samo słowo tekst nie niesie już w sobie wyłącznie pierwiastka językowego. Tekst tworzy dziś wiele modusów. Medialne treści funkcjonują w „splotach” słowa, obrazu, dźwięku, układu graficznego, interfejsu – wyjaśnia naukowczyni.
Grafizacja to nie tylko ilustracje, infografiki, ale też tytuły, lidy, typografia, czyli układ strony, a także różnego rodzaju wyróżnienia fragmentów tekstu (wyimki tekstowe). Za pomocą tych elementów nadawcy prowadzą czytelnika po tekście, proponują mu określoną ścieżkę odbiorczą.
– W tekście istnieją tzw. miejsca strategiczne, np. tytuł, lid, śródtytuły. Działają one podobnie jak znaki drogowe – dodaje badaczka.
W praktyce oznacza to, że nie tyle czytamy tekst, co jesteśmy przez niego prowadzeni. To, co wyróżnione kolorem lub większym fontem, automatycznie staje się ważniejsze.
Podczas zajęć prof. Magdalena Ślawska wraz ze studentami dziennikarstwa przeprowadziła eksperyment naukowy, który miał zbadać relacje między tekstem a jego wizualnym opracowaniem. Studenci najpierw przez cały semestr pracowali na tekstach reportażowych, a następnie zostali poproszeni o dopasowanie ich treści do materiałów graficznych. Oceniali także „najlepsze” współwystępowanie strony werbalnej i wizualnej.
– Ich zadaniem było rozpoznanie, który obraz odpowiada danemu tekstowi. Nie mieli z tym żadnych problemów. Eksperyment odwracał jednak naturalny porządek odbioru: studenci na początku dostawali wersję tekstową, a dopiero później wizualną. W rzeczywistości nie czytamy najpierw tekstu, a potem obrazu, tylko wszystko dzieje się w tym samym czasie, a nawet często to obraz jest pierwszy – tłumaczy naukowczyni.
Grafizacja z jednej strony ułatwia zrozumienie treści, z drugiej zaś może prowadzić do uproszczeń. Cytat wyróżniony z tekstu czy „clickbaitowy” nagłówek potrafią narzucić sposób interpretacji treści, zanim się z nią dokładnie zapoznamy.
– Grafizacja pełni zatem nie tylko funkcję porządkującą, ale również pragmatyczną, ponieważ jej celem jest przyciągnięcie naszej uwagi – mówi prof. Ślawska.
Paradoks nadmiaru
Grafizacja dyskursu medialnego wiąże się bezpośrednio z doświadczeniem nadmiaru informacji. Współcześnie funkcjonujemy w środowisku nieustannego przepływu komunikatów, powiadomień i bodźców. Ten nadmiar wynika z cech współczesnych mediów. Ponadto odbiorca może stać się również nadawcą.
– Każdy z nas może mieć własne media, co powoduje, że zaciera się granica między byciem odbiorcą a byciem nadawcą. Żyjemy w medialnym hałasie – zauważa prof. Ślawska.
To główny paradoks współczesnej komunikacji: im więcej możliwości nadawania i odbioru, tym większe poczucie przeciążenia i potrzeba ograniczenia kontaktu z bodźcami. Doświadczenie nadmiaru nie wynika jednak tylko z dużej liczby komunikatów, ale też z ich selekcji przez algorytmy. Treści są dziś filtrowane i dopasowywane do użytkownika, co sprawia, że często poruszamy się w tzw. bańce algorytmicznej, czyli zamkniętym obiegu podobnych informacji.
Kultura skrótu
We współczesnych mediach kluczową rolę odgrywają formy paratekstowe. Paratekst to termin wprowadzony na określenie tekstów okalających tekst główny. Francuski literaturoznawca Gérard Genette widział je metaforycznie jako przedsionek, próg tekstu. Tekstom medialnym towarzyszą najczęściej wizualne skróty, zapowiedzi, streszczenia czy zwiastuny. Również w gatunkach medialnych widoczna jest zmiana.
– Na jednych z zajęć poprosiłam studentów, żeby w rolkach, które oglądają w mediach społecznościowych, spróbowali odnaleźć tradycyjne schematy gatunkowe. Poradzili sobie z tym bez żadnych trudności – mówi prof. Ślawska.
Nawet pozornie nowe formy komunikacji, jak wspomniane rolki, czyli krótkie materiały wideo, są zakorzenione w znanych gatunkach dziennikarskich, choć są często skrócone i uproszczone.
– Funkcjonujemy dziś w dużej mierze na poziomie paratekstu. Oznacza to, że kontakt z treścią medialną czy popkulturalną zaczyna się i kończy na jej skróconej wersji, często pozostajemy zatem wyłącznie na poziomie „przedsionka”. We współczesnych mediach mamy do czynienia z konglomeratami paratekstów. „Wyborcza”, Onet, Netflix, YouTube, Instagram – każde z tych medialnych miejsc ma właściwe dla siebie szablonowe ułożenie paratekstów, które prowadzą do konkretnych tekstów. Można je traktować jak autopromocyjne makrostruktury – zauważa naukowczyni.
Strony głównych portali informacyjnych przypominają dziś zestaw wizualnych zapowiedzi – każdy element jest jednocześnie informacją i zachętą do kliknięcia. Nawet struktura treści została podporządkowana logice skrótu. Dominacja krótkich form medialnych wpływa także na sposób odbioru treści. Scrollowanie zastępuje lekturę, a kontakt z tekstem staje się fragmentaryczny.
– Kiedyś wystarczył lid. Dzisiaj mamy krótkie streszczenie, wersje audio, pewien rodzaj wypunktowania oraz informację, ile czasu zajmie czytanie tekstu. W efekcie nie czytamy już tekstu, lecz poruszamy się pomiędzy jego fragmentami – mówi badaczka.
Nie chodzi o odrzucenie nowych form medialnych, lecz o utrzymanie równowagi między szybkim odbiorem a dłuższą koncentracją. Współczesne media jednak nam w tym nie pomagają, coraz częściej nadawcy tak projektują treści, że sprzyja to rozproszeniu uwagi. I tak zaczynamy korzystać z wielu ekranów równocześnie – mówi prof. Ślawska.
Badaczka zwraca uwagę na konieczność powrotu do głębszego kontaktu z tekstem, kontaktu, który uczy wrażliwości i na tekst, i na to, co wokół.
– Namawiam swoich studentów do czytania dłuższych tekstów reportażowych i słuchania podcastów. Trenujemy czytanie, słuchanie, które wymaga większego zaangażowania. Coraz częściej konieczne staje się nazywanie tego, w czym funkcjonujemy. Pokazywanie studentom, co się dzieje, kiedy jednocześnie rozmawiamy i korzystamy z telefonu, stało się dziś elementem pracy dydaktycznej – uważa naukowczyni.
To, co obserwujemy we współczesnych mediach z perspektywy wizualności, audialności czy szeroko pojętej multimodalności, jest rodzajem dialogu między nadawcą a odbiorcą, między stroną wizualną a werbalną, między tekstem a jego paratekstem. Warto mieć świadomość tych mechanizmów oraz tego, jak prowadzą nas one przez współczesną kulturę.