Karol Wójcicki – pasjonat i fotograf nocnego nieba, popularyzator astronomii, dziennikarz naukowy i podróżnik. Swoją fascynacją astronomią zaraża tysiące ludzi w Polsce i na świecie. Pokazuje, że aby doznać kosmicznych wrażeń, wystarczy czasem tylko podnieść głowę. Inspiruje i dzieli się pasją oraz wiedzą. Jest twórcą astronomicznego fanpage’a Z głową w gwiazdach. Przemierza tysiące kilometrów, by zobaczyć całkowite zaćmienie Słońca. Jego szczególną miłością są zorze polarne. Jest laureatem nagrody Popularyzatora Nauki przyznawanej przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Polską Agencję Prasową, Nagrody POP Science przyznawanej przez Śląski Festiwal Nauki Katowice (na którym kilkukrotnie gościł), a także odznaki Złote Logo Polska przyznawanej przez Polską Organizację Turystyczną.
Jak zaczęła się Twoja droga do popularyzacji nauki? Czy był to moment przełomowy, konkretne wydarzenie lub inspiracja, czy raczej proces stopniowego dojrzewania tej pasji?
O, to jest ciekawe pytanie, bo zwykle pytają mnie, kiedy zacząłem się interesować astronomią, a tutaj pytanie, kiedy zacząłem się interesować popularyzacją (śmiech). Jeszcze zabawniejsze jest pewnie to, że odpowiedzi są w zasadzie bardzo podobne, bo był to prawie równoległy proces. Bardzo wcześnie okazało się, że trudno mi utrzymać język za zębami, kiedy widzę na niebie różne zjawiska i doświadczam ich niezwykłości. Odkąd pamiętam, bardzo chętnie dzieliłem się moimi spostrzeżeniami z innymi. Miałem ogromną frajdę z możliwości opowiedzenia komuś tego wszystkiego – czy to najpierw rodzicom, czy później kolegom i koleżankom, a nawet nauczycielowi w szkole. Czasami zdarzały się też zabawne sytuacje, gdy stojąc na przystanku autobusowym i widząc wczesnym wieczorem przylatującą gdzieś nad Polską stację kosmiczną, opowiadałem o tym przypadkowym ludziom stojącym na tym przystanku. To zresztą robię do dzisiaj, bo uważam, że trochę taka jest moja rola – aby zwracać uwagę na te wszystkie niesamowitości, które dzieją się nad naszymi głowami. Gdy miałem 12, 13 lat, a zwykłe dziecięce zainteresowanie kosmosem coraz bardziej przeradzało się w obserwację konkretnych zjawisk astronomicznych, równocześnie zaczęła się moja przygoda z popularyzacją astronomii.
Jak z perspektywy Twoich doświadczeń szkolnych oceniasz edukację kosmiczną w polskiej szkole? Czy nie odnosisz wrażenia, że szkoła, a raczej system edukacji, zakłada, że kosmos nie jest interesujący?
Próbuję sobie to jakoś racjonalizować. Można oczywiście powiedzieć, że przecież dzieci uczą się przyrody i pewnie dużo łatwiej jest nauczycielom w ciągu dnia wyjść do parku, lasu czy zoo albo jeszcze gdzie indziej, gdzie z przyrodą można w namacalny sposób obcować, niż wyjechać nocą za miasto. Niestety, żyjemy obecnie w czasach, w których trudno jest zobaczyć nocą gwiazdy na niebie. To przykre, ale dziś rozgwieżdżone niebo jest pewnego rodzaju dobrem luksusowym. Większość mieszkańców Europy nie jest w stanie zobaczyć wstęgi Drogi Mlecznej. Wszechobecne światła odebrały nam widok na nocne niebo, sprawiając, że może zeszło nam ono trochę z radaru. Niebo nad dużym miastem to raptem kilka jasnych kropek na raczej ciemnopomarańczowym niż czarnym tle – a to raczej nikogo nie pociąga. Z drugiej strony kosmos przestał być dzisiaj czymś niesamowitym i nieco nam spowszedniał. Technologie kosmiczne weszły do codziennego użytku, nawet nie zauważamy rzeczy, których używamy na co dzień, a ich źródeł należy upatrywać w dawnych misjach kosmicznych. Może więc dlatego nie poświęcamy tej konkretnej dziedzinie nauki wystarczającej uwagi. I tak sobie zadaję pytanie: czy rzeczywiście dzisiaj potrzebujemy edukować kogokolwiek o astronomii?
Mam poczucie, że dyskusje na temat tego, czy popularyzować, czy uczyć astronomii w szkołach, raczej powinniśmy odłożyć na bok, a zacząć się zastanawiać, czy nie należy więcej mówić o technologiach kosmicznych, satelitarnych. To jest coś, co rzeczywiście będzie w dużo większym stopniu decydowało o naszej codzienności i przyszłości. Może więc lepiej pokazywać, jak te technologie działają, w jaki sposób z nich korzystamy i co dzięki nim mamy.
To trochę paradoksalna sytuacja, że w czasach, gdy dysponujemy już tak rozwiniętymi technologiami i latamy w kosmos, wciąż, a może właśnie teraz, panoszą się dezinformacja i pseudonauki. Czy nie odbiera Ci mowy, gdy kolejny raz słyszysz lub czytasz o płaskoziemcach, negacji lądowania na Księżycu i innych teoriach spiskowych? Bo jak kolejny raz tłumaczyć ludziom te bzdury? Dodam: ludziom, którzy nie uznają logicznej, naukowej wykładni.
To jest paradoksalne. 50 parę lat temu nikt nie negował lądowania na Księżycu, co więcej: wówczas ze względów technicznych i technologicznych łatwiej było zanegować ten fakt i głosić, że to było oszustwo. Były też strony, którym najbardziej zależało na tym, żeby Amerykanom nie udało się lądowanie, choćby Rosjanie, a potem Chińczycy. A jednak te państwa nigdy tego nie negowały. Tak naprawdę trochę nie wiem, co z tym problemem zrobić. Był czas, kiedy jak wielu innych popularyzatorów, próbowałem tłumaczyć, przekonywać, dyskutować, dostarczać dowodów naukowych, badań czy obserwacji, które potwierdzają to, że ludzie w kosmos latają, że Ziemia nie jest płaska, że odbyło się lądowanie człowieka na Księżycu. Teraz jednak zaczynam myśleć, że to chyba nie ma sensu. My wszyscy, popularyzatorzy nauki, mamy jakąś skończoną energię i powinniśmy ją spożytkować na ważniejsze sprawy. Zaczynam odczuwać, że lepiej jest tę energię wykorzystywać na edukację młodych ludzi, na dzielenie się nauką, a niekoniecznie na przekonywanie kogoś, że białe jest białe, podczas gdy on w to nie chce wierzyć, z naciskiem na słowo wierzyć. Niestety, często w tych dyskusjach nie ma mowy o merytorycznej, naukowej debacie, dzieleniu się argumentami i tak dalej. To często jest po prostu dyskusja bardziej na poziomie już nawet religijnym, pewnych dogmatów, które ktoś sobie gdzieś przyjął za pewnik i będzie bronił ich jak niepodległości. To jest rzeczywiście trudne, bo z tym tak naprawdę walczyć się nie da. To trochę tak, jakby próbować przekabacić kogoś na inną religię. Trzeba robić swoje najlepiej, jak to możliwe, i liczyć, że ta robota będzie wystarczająca, aby przyszły świat był lepszy.
Może kiedyś tym ludziom zabrakło w ich otoczeniu dobrych edukatorów albo nauczycieli? Ale jeśli nie mamy w szkole takiego przedmiotu jak astronomia (oczywiście raczej w liceum niż szkole podstawowej), to jak zachęcić młodzież do studiowania nie tyle astronomii, co wspomnianych przez Ciebie kierunków związanych z technologiami kosmicznymi czy biznesem kosmicznym? Samo Centrum Nauki Kopernik czy festiwale nauki nie wystarczą…
Nie wystarczą, jasne, ale mają ogromne znaczenie dla całego społeczeństwa. Odgrywają kolosalną rolę wśród tych, którzy nauką się rzeczywiście interesują. Do tego niezwykle istotna jest rola popularyzatorów, bo to oni właśnie robią tę robotę, której nie robią nauczyciele. Dzieciaki często zadają sobie pytania: A po co mi te sinusy i cosinusy? Czy ja kiedykolwiek będę tego w życiu używał? Czy wiedza, jakie jest pole trójkąta, kiedykolwiek mi się do czegoś przyda? A podczas takich wydarzeń jak festiwale nauki dostają coś, czego nie ma w szkołach: narrację. I to właśnie ta narracja pokazuje im, jak zdobyta wiedza przekłada się na współczesny świat. Małe dzieci mają taką zaletę, że ich nie trzeba przekonywać do tego, że Ziemia nie jest płaska, bo one przyjmują tę wiedzę i akceptują bez negacji. Gdy im się ta wiedza ugruntuje, to może będą bardziej odporni na bzdury wylewające się z internetu. Kłopot polega na tym, że treści, na które tam trafiają, w ogromnym stopniu karmią się wyrzutami dopaminy – przedstawiają pewną wizję świata, który nie jest prosty, ale podsuwają na tacy łatwe wyjaśnienia. A nauka nie zawsze daje łatwe odpowiedzi i dlatego często przegrywa z pseudonauką i teoriami spiskowymi. Łatwiej jest je „łyknąć” i poczuć się z tym dobrze, że nagle coś zrozumieliśmy. Dlatego kolosalne znaczenie ma edukowanie dzieciaków już od najmłodszych lat. Nie o tym, że Ziemia nie jest płaska albo że lądowanie człowieka na Księżycu miało miejsce, tylko o tym, jak weryfikować informacje, jak zrozumieć, co jest prawdą, a co prawdą nie jest, kiedy ktoś próbuje nas oszukać, a kiedy ktoś nas naprawdę edukuje. To są umiejętności i kompetencje, których nam dzisiaj bardzo w społeczeństwie brakuje.
Niestety, polska szkoła i w ogóle system edukacji w dalszym ciągu opierają się na modelu zakorzenionym w kilkusetletniej tradycji, kiedy przed grupą uczniów czy studentów stawał ekspert, który mówił, jak jest – i to nie podlegało dyskusji. Taki wszechwiedzący wykładowca przedstawia nam pewne „prawdy objawione”, a uczniowie muszą je przyjąć i zapamiętać. Nie ma miejsca na dyskusję. Ten schemat dzisiaj wykorzystują ci, którzy chcą przekazać nieprawdę. Stają na agorze, w tym przypadku na jakimś kanale YouTube’a czy TikToka, i głoszą, jak jest. A my jesteśmy nauczeni, że jeśli ktoś nam mówi, jak jest, to pewnie tak jest. Musimy się zatem nauczyć, że ktoś może chcieć nas oszukać z różnych powodów: albo świadomie, albo nieświadomie, bo sam nie ma wystarczającej wiedzy. Dlatego umiejętność weryfikowania informacji jest jedną z najważniejszych kompetencji XXI wieku.
Zdobycie tej kompetencji nie jest proste, do tego dochodzi konfrontacja z „dziełami” sztucznej inteligencji, a to dopiero początek…
To prawda, jeszcze do niedawna szczyciłem się, że raczej bez większego trudu jestem w stanie rozpoznać, co jest, a co nie jest wytworem sztucznej inteligencji. Dziś z przerażeniem odkrywam, że nawet ja mam z tym coraz większy problem. To pokazuje, że zadanie, przed którym będziemy stawiali młodych ludzi, nie jest proste i wymaga naprawdę solidnych kompetencji, które trzeba opracować i wdrożyć do systemu edukacyjnego. Nie podam prostego przepisu, jak to zrobić. Są na szczęście eksperci, którzy opracowują już tego typu programy, i trzeba się wsłuchiwać w ich głosy.
Wróćmy do popularyzacji tematów astronomicznych. Są różne formy upowszechniania. Oczywiście można stanąć przed mikrofonem czy kamerą i opowiadać o różnych wydarzeniach dziejących się na niebie, ale Ty wybrałeś drogę polowania na zjawiska astronomiczne, jak zaćmienia Słońca czy zorze. Jak to się stało, że poszedłeś w tym kierunku?
Te polowania to moja pasja, ale na tę drogę osobistych przygód z astronomią wciągam też innych ludzi. Już dawno temu zdałem sobie sprawę, że we współczesnym świecie – niestety trochę nad tym ubolewam, ale musimy płynąć z tym prądem – bardzo ważne są emocje. To one przyciągają ludzi do różnego rodzaju tematów. Dlatego w mojej codziennej pracy staram się pokazywać, ile emocji astronomia mi daje, ile mam z tego frajdy, jakie niezwykłe rzeczy widzę, jakie zjawiska obserwuję, jakie mam przygody. Pokazuję ludziom, jak bawię się astronomią. Na pewno można to robić dużo lepiej merytorycznie, czasami poprawniej komunikować, ale ja jestem tą pierwszą linią, która ma za zadanie zwrócić uwagę ludzi na naukę, zafascynować, aby później sami poszukiwali odpowiedzi w salach wykładowych, na festiwalach nauki lub podczas lektury mądrych książek.
A jakie masz najbliższe plany?
Oczywiście całkowite zaćmienie Słońca, które będzie widoczne 12 sierpnia 2026 roku w Europie. Na zaćmienie poluję od 2008 roku, przez ostatnie lata podróżowałem w różne zakątki świata, żeby obserwować to zjawisko. Z różnych powodów techniczno-organizacyjnych nie zawsze miałem możliwość pokazywania ludziom tego wydarzenia tak, jak bym tego chciał, czyli na żywo, żeby brali w nim udział razem ze mną gdzieś na drugim końcu świata, z dala od cywilizacji, bo tak bywało podczas ostatnich zaćmień. W tym roku będzie dużo prościej. Zaćmienie będzie widoczne w Hiszpanii i już się do tego przygotowuję. Zabieramy ze sobą mnóstwo sprzętu, dysponujemy satelitarnymi, stabilnymi łączami, żeby mieć niezależne źródło internetu. Dzięki temu będę mógł dzielić się wrażeniami z pierwszej linii.
Życzę w takim razie dobrej pogody i bardzo dziękuję za rozmowę.