Kogo karze polski system ewaluacji działalności naukowej?

„Robimy cuda, biorąc pod uwagę budżet przeznaczony na badania, a obecny system promuje głównie wybijających się średniaków” – mówi prof. dr hab. Robert Musioł, ekspert Komisji Ewaluacji Nauki i dyrektor Instytutu Chemii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. W szczerej rozmowie o kondycji polskiej nauki w 2026 roku ekspert pokazuje mechanizmy, które zmuszają uczelnie i instytuty do „gonitwy za punktami” kosztem długofalowych strategii i międzynarodowej rozpoznawalności. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto zastanawia się, czy w ewaluacji działalności naukowej uczelni chodzi jeszcze o naukę, czy już tylko o przetrwanie przy zbyt małym „fi nansowym” torcie.

Prof. dr hab. Robert Musioł
Prof. dr hab. Robert Musioł

Czy podziela Pan opinię środowiska akademickiego, że choć ewaluacja działalności naukowej uczelni i instytutów badawczych jest potrzebna, to jej obecna forma ma zbyt wiele wad?

Zacznę od tego, dlaczego forma oceny, o której Pani Redaktor wspomina, jest niezbędna. Dzięki niej chcemy sprawdzić, jak wydawane są publiczne pieniądze przeznaczone na naukę. Jej potrzebę dostrzegają zarówno środowisko akademickie, jak również Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. To nie jedyny zgodny punkt. Obie strony sygnalizują także potrzebę zmian. Wiele wskazuje na to, że zaproponowana kilka lat temu metoda ma sporo wad. Nie można obok tej metody przejść obojętnie, ponieważ wyniki ewaluacji mają realny wpływ na fi nansowanie uczelni i instytutów badawczych. Jej wyniki wpływają też na uprawnienia: do prowadzenia studiów i szkół doktorskich oraz do nadawania stopni i tytułów. Są również ważne w kontekście przyznawanej kwoty subwencji, a więc pieniędzy otrzymywanych z budżetu państwa, dzięki którym uczelnie i instytuty mogą się rozwijać.

Może wobec tego ministerstwo mogłoby przychylić się do głosów, które mówią, że wyniki ewaluacji powinny mieć charakter wyłącznie informacyjny, bez realnego wpływu na subwencję czy przyznawane uprawnienia?

Zadałbym jednak pytanie, jakie informacje chcielibyśmy dzięki tej ocenie otrzymać. Faktem jest, że tam, gdzie na naukę przyznawane są wyższe środki fi nansowe, również efekty są bardziej znaczące i przesądzają o wysokim miejscu w rankingach, nie tylko polskich. To tam, mówiąc potocznie, dostajemy „lepszą naukę”, czyli publikacje w bardziej prestiżowych czasopismach naukowych, więcej znaczących grantów, ale też większą liczbę osób studiujących. Także wpływ na otoczenie społeczne okazuje się nagle bardziej zauważalny.

Zespół prof. Jarosława Polańskiego z Instytutu Chemii w ramach eksperymentu sprawdził kiedyś korelację pomiędzy liczbą publikacji w „Nature” a budżetami jednostek, z których pochodzili autorzy artykułów*. Nie jest zaskoczeniem, że im lepiej dofi - nansowana jednostka, tym bardziej znaczące efekty pracy naukowej. Kiedy przyjrzeliśmy się polskim zespołom, okazało się, że „robimy cuda”, biorąc pod uwagę budżet przeznaczony na badania. Ten tort, przy którym wszyscy stoimy, jest po prostu za mały.

Przeprowadzana w 2026 roku ewaluacja działalności naukowej obejmuje lata 2022–2025. Przygotowania do oceny poprzedziły konsultacje ministerstwa z przedstawicielami środowiska akademickiego oraz ekspertami. Rewolucji nie będzie?

Trzeba być ostrożnym. Aby działalność naukowa w ogóle była mierzalna, potrzebne są kryteria i parametry, ale w obecnej formie one nie są, mówiąc delikatnie, idealne. Pojawia się tu słowo klucz: bodziec, który sprawia, że jednostki podejmują działania, aby uprawiać jeszcze lepszą naukę. Tylko czym jest ta „lepsza” nauka? Z jednej strony ewaluacja powinna być przewidywalna, z drugiej – jeśli znany jest algorytm – na uczelniach mogą być podejmowane nie zawsze etyczne działania, które służą wyłącznie otrzymaniu określonej oceny. Można chociażby manipulować składami zespołów, sztucznie zwiększać liczbę publikacji. Dlatego w mojej ocenie ewaluacja w obecnym kształcie promuje przeciętność, wspiera osoby o mocno średnich wynikach.

Jeśli miałby Pan Profesor opisać uniwersytet, który spełnia kryteria ewaluacji w obecnej formie, jakich słów by Pan użył?

To wybijający się „średniak”. Gdybym był bezdusznym menadżerem, sprawdziłbym wyniki i zaczął od… zwolnienia 30% osób, bo taka decyzja pozwoliłaby osiągnąć lepsze miejsce w rankingu. Wydaje mi się, że zmiany, które przybliżałyby nas do wizji uczelni spełniającej kryteria ewaluacji w obecnej formie, oddalają nas od Humboldtowskiego modelu uniwersytetu, gdzie uczy się poprzez uprawianie nauki. To nie tylko ścisłe powiązanie badań z nauczaniem, lecz także świadomość czasu potrzebnego na rozwiązywanie problemów. To, co dzieje się dziś, może przynieść wymierne efekty dopiero za parę lat. Tymczasem w obecnej formie oceny chcemy dobrej nauki, ale po równo od każdego w określonym, krótkim czasie. To mi się bardzo nie podoba.

Dlaczego wysiłki, które podejmujemy, aby zadbać o wysoki wynik ewaluacji, nie powodują przesuwania się polskich uczelni w rankingach międzynarodowych?

Próbując spełnić określone kryteria, przestajemy wspierać osoby wybitne, a to ich osiągnięcia premiowane są w międzynarodowych rankingach. Nobliści miewali długie przerwy w publikacjach. Jeśli przyjrzymy się laureatom Nagrody Nobla z chemii w 2024 roku, zauważymy, że nie zawsze publikowali w czasopismach chemicznych i mam wątpliwości, czy wypełniliby wszystkie sloty. W efekcie w Polsce zatrudniająca ich uczelnia mogłaby dostać… karę. Nie tędy droga. Spójrzmy na historię najwybitniejszych postaci nauki – ile czasu potrzeba na badania prowadzące do przełomowych odkryć? Jak to mierzyć? Jaką rolę odgrywa tu przypadek? A jaką pieniądze przeznaczone na badania?

Czy przy planowaniu długofalowej strategii uczelni to właśnie ewaluacja powinna być głównym punktem odniesienia, czy może jednak ważniejsze są prestiżowe rankingi międzynarodowe?

Odpowiem z perspektywy dyrektora Instytutu Chemii. Kryteria ewaluacji są ważne, ale nie można zaniedbywać długofalowej strategii rozwoju dyscypliny. Sprawdzaliśmy, jaką wartość w ewaluacji mają topowe czasopisma. Ciekawym przykładem jest „Nature Reviews Chemistry”, za które można otrzymać „tylko” 70 pkt. Tymczasem w naszym Instytucie publikacja we wspomnianym czasopiśmie zdarza się raz na kilka lat! W takich przypadkach mówię pracownikom, że jeśli mają wypełnione sloty, powinni skoncentrować się na własnej karierze naukowej i publikować tam, gdzie uznają za słuszne. Tym samym pracujemy nie tylko na kategorię przyznawaną w ramach ewaluacji działalności naukowej, ale też na to, aby nasz instytut był rozpoznawalny na arenie międzynarodowej. Liczy się jakość. Powtarzam więc pracownikom: starajmy się robić to, co potrafi my najlepiej. A wynik oceny? Cóż, będzie sprawiedliwy, ponieważ odzwierciedli to, co rzeczywiście zrobiliśmy. Moja fi lozofi a jest więc bardzo prosta: róbmy naukę najlepiej, jak umiemy, wtedy będziemy w niej dobrzy, niezależnie od rankingów.

Od grudnia 2025 roku pełni Pan Profesor rolę eksperta Komisji Ewaluacji Nauki w MNiSW. Będzie Pan miał więc wpływ na ocenę uczelni i instytutów badawczych w ramach ewaluacji jakości działalności naukowej za lata 2022–2025. Jak wygląda praca eksperta „od kuchni”?

Mówimy o procesie wieloetapowym. Najprostsze jest pierwsze kryterium, czyli dorobek publikacyjny, gdzie automatyka systemu wykonuje za nas większość pracy. My sprawdzamy tylko tematy sporne, budzące wątpliwości. Przykładem może być sprawdzenie, czy wykazane publikacje pokrywają się z okresem zatrudnienia pracownika na uczelni lub w instytucie badawczym. Kryterium drugie, czyli efekty fi nansowe badań naukowych i prac rozwojowych, również nie jest skomplikowane, bo przelicza na punkty pozyskane środki w ramach projektów fi nansowanych w trybie konkursowym, komercjalizacji wyników badań naukowych lub prac rozwojowych oraz usług badawczych. Choć w tym przypadku trzeba uważać na to, jakie przychody można uznać w tej kategorii. Nie wliczają się m.in. środki pozyskane ze zleceń wykonania ekspertyz przez jedną uczelnię dla drugiej.

Inaczej wygląda analiza trzeciego kryterium – wpływu społecznego. Ma ono charakter uznaniowy i budzi najwięcej pytań. Oceniamy, czy istnieją dowody wpływu i czy są one odpowiednio zdefi niowane. To czysta ocena ekspercka oparta na doświadczeniu i wiedzy. Przygotowując się do pełnieni tej roli, zapoznawałem się z ocenami innych ekspertów dokonanymi w ramach poprzedniego procesu ewaluacji. Nie ukrywam, że niektóre oceny były dla mnie zaskoczeniem. Taki system, przy niewielkiej liczbie działań, jakie można zgłosić w tym kryterium, może dawać niesprawiedliwie zero-jedynkowy wynik. W przypadku trzeciego kryterium mamy też wiele interesujących wątków. Na przykład w kontekście wpływu społecznego zadałbym sobie pytanie, czy większe znaczenie ma ogromny wpływ lokalny, czy może mniejszy, ale za to na skalę globalną? Kwestia ta wydaje się istotna w kontekście oceny badań prowadzonych w tak specyficznym regionie, jakim jest Śląsk – w miejscu ogromnych transformacji. Dla milionów mieszkających tu osób nasze badania mogą mieć znaczenie, ale niekoniecznie przekłada się to na wpływ światowy.

Myślę, że warto również dodać, że nasza praca jako ekspertów kończy się rekomendacjami. To nie my podejmujemy ostateczną decyzję, lecz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które może, choć nie musi zgodzić się z naszą oceną uczelni czy instytutu badawczego.

Nie milkną głosy środowiska akademickiego na temat ewaluacji. Są posiedzenia, spotkania, rozmowy, artykuły w mediach, punktuje się wady tej metody. Spytam przekornie: czy dostrzega Pan Profesor w obecnej formie ewaluacji jakieś zalety?

Zaryzykuję twierdzenie, że ten system nie jest zły jako punkt wyjścia i prowokacja do dyskusji. Optymizmem napawa fakt, iż wyniki ewaluacji w dużej mierze znajdują odzwierciedlenie w faktycznej, wysokiej jakości naukowej jednostek uznawanych za wiodące. Trzeba jednak zmodyfikować metodę, wzbogacić ją o dodatkowe parametry, np. wskaźnik rozpoznawalności naukowców. Co więcej, należy na to wszystko raz jeszcze spojrzeć z perspektywy różnych dyscyplin, pamiętając, że manipulowanie kryteriami w celu wyrównywania szans prowadzi do skłócenia środowiska akademickiego. Wiele też powiedziano już o liście czasopism – że jest nieaktualna i że sposób jej przygotowania budził sporo wątpliwości. Mimo tak wielu głosów odnoszę wrażenie, że nie będzie łatwo sobie z tym wszystkim poradzić. Jak już Pani Redaktor wspomniała, komentarzy jest wiele, są uwagi KRUP, rekomendacje, konsultacje, a minister zapewnia, że nas słucha. Ja wierzę w to, że obie strony dążą do tego samego, a więc do lepszej jakości nauki w naszym kraju. Doceniam też, że nie wprowadzamy zmian „na już”, że nie ma kolejnej rewolucji, lecz jednocześnie z perspektywy osób zatrudnionych na uczelni można odnieść wrażenie, że tych zmian nie ma w ogóle…

Może poza tymi, które są efektem samego procesu ewaluacji. W jaki sposób wpłynęła ona na Pana Profesora jako naukowca i dyrektora jednostki, która przecież także zostanie poddana ocenie?

Na pewno dołożyła mi mnóstwo pracy. Nie ukrywam, że miałem momenty, gdy myślałem, że robimy to wszystko po nic. Z jednej strony „gonimy” punkciki, żeby osiągnąć pewien (jaki tak naprawdę?) poziom. Zadawałem sobie pytanie, czy w tej gonitwie chodzi jeszcze o naukę. Z drugiej – jak już wspomniałem, nie możemy zatrzymać się wyłącznie na funkcji informacyjnej. Poprzestalibyśmy wówczas na wniosku o korelacji budżetu z jakością nauki, a ja nie jestem pewny, czy to wystarczyłoby do utrzymania potencjału polskich jednostek. Bez konkurencyjności w nauce nie będzie rozwoju.

Realne skutki zapowiadanych reform będziemy mogli prawdopodobnie odczuć dopiero w kolejnym cyklu ewaluacyjnym obejmującym lata 2026–2030. W debacie publicznej coraz wyraźniej wybrzmiewają głosy o odejściu od zjawiska tzw. punktozy w stronę wzrostu znaczenia oceny eksperckiej, a także konieczności systemowego dowartościowania popularyzacji nauki. Jak z perspektywy dyrektora instytutu ocenia Pan ten kierunek zmian?

O odejściu od punktozy dyskutuje się, w tej czy innej formie, na całym świecie. Tracimy wszyscy powoli entuzjazm do korzystania z indeksu Hirsha czy współczynnika impact factor. Uważam, że to dobry kierunek. Pozostaje jednak pytanie: co w zamian? Zdecydowanie byłbym przeciwny zmianie paradygmatu oceny na wyłącznie ekspercki. Policzalne parametry nie są złe i pomimo swoich wad pozostają obiektywne. W końcu cytowalność pracy, choć jest wybitnie oceną jakości przez ilość, przekłada się na to, czy wpłynęliśmy na rozwój nauki. Odpowiednio ujęta i wspólnie z innymi parametrami może wymiernie określać jakość badań.

Pozostaje jeszcze kwestia dodawania innych kryteriów. Z jednej strony dołoży wszystkim pracy, z drugiej – dzięki temu ocena stanie się pełniejsza. Osobiście jestem gorącym zwolennikiem aktywności popularyzatorskiej i zżymam się, widząc, z jakim politowaniem czy otwartą wrogością bywa czasem postrzegana w środowisku. Czas najwyższy, aby naukowcy zeszli ze szklanej góry i przestali bać się pytań – między innymi po to, żeby przekonać społeczeństwo, iż warto nam płacić za naszą pracę i naukę, którą współtworzymy.

Dziękuję za rozmowę.


* J. Bogocz, A. Bąk, J. Polański, No free lunches in nature? An analysis of the regional distribution of the affiliations of Nature publications, „Scientometrics” 2024, nr 1, https://doi.org/10.1007/s11192-014-1252-4

Autorzy: Małgorzata Kłoskowicz
Fotografie: Małgorzata Dymowska