18 stycznia 2026 roku zmarł profesor Wojciech Kalaga, wybitny teoretyk literatury, anglista, wieloletni dyrektor Instytutu Kultur i Literatur Anglojęzycznych Uniwersytetu Śląskiego (1995–2012). Twórca i redaktor naczelny jednego z najważniejszych czasopism literaturoznawczych w Polsce „Er(r)go: Teoria | Literatura | Kultura”. W naszej pamięci pozostanie jako ceniony badacz, znakomity nauczyciel akademicki i wychowawca wielu pokoleń młodzieży studenckiej. Swoimi wspomnieniami o profesorze Wojciechu Kaladze dzieli się dr hab. Paweł Jędrzejko, prof. UŚ, zastępca redaktora naczelnego „Er(r)go | Teoria | Literatura | Kultura”
Uświadomił mi kiedyś Tomek Sapota, przyjaciel z lat licealnych, wybitny literaturoznawca latynista, że oczywisty z pozoru wyraz errare znaczy nie tylko ‘mylić się’ czy ‘popełniać błędy’, ale także ‘błądzić’ w rozumieniu czasoprzestrzennym: ‘wędrować’ czy ‘oddalać się od właściwej drogi’. W tym jednym słowie mieści się więc i ruch, i pomyłka, i podróż, i ryzyko zagubienia. A kiedy myśli się o nim w kontekście kultury Zachodu – a szczególnie tradycji śródziemnomorskiej – nie sposób nie powrócić do Odyseusza, człowieka dotkniętego nostalgią, który nie wraca do Itaki prostym kursem, lecz przez lata błądzi w chronotopowej rzeczywistości. Niesiony wiatrem i prądem, przemieszcza się od wyspy do wyspy, od języka do języka, od pokusy do pokusy, od katastrofy do katastrofy, wchodząc w relacje z ludzkimi i nieludzkimi podmiotami i mierząc się z kolejnymi wersjami samego siebie. I właśnie przy okazji rozmowy o Odysei inny mój przyjaciel, Darek Kubok, filozof zetetycyzmu, wskazał mi, że grecki νόστος nie jest pojęciem niewinnym. Nóstos to jednocześnie ‘powrót do domu’, ‘powrót z wyprawy’, a w kontekście wojny trojańskiej ‘szczęśliwe ocalenie’ – jednocześnie akt, stan i ruch – motywowany całym amalgamatem emocji, wśród których dominują ‘ból’ (także ten egzystencjalny), ‘cierpienie’ i w końcu ‘tęsknota’, zamknięte w jednym greckim wyrazie ἄλγος (álgos). Złożeniem tych dwóch wyrazów, ale także całego ich hermeneutycznego potencjału, jest właśnie νοσταλγία (nostalgía), nieoczywista przypadłość, dotknięty którą człowiek boryka się z bólem powrotu albo, jak w przypadku Odyseusza, doznaje cierpienia wynikającego z niemożności powrotu do domu.
Odyseja, co oczywiste, nie jest wyłącznie historią powrotu: jest historią człowieka, który staje się sobą poprzez bolesne błądzenie, wiedzionego tęsknotą za domem, który niegdyś opuścił, ale świadomego, że miejsce, do którego w końcu zabłądzi, nie będzie tym, które opuszczał – i że sam nie będzie tą osobą, którą niegdyś żegnali bliscy. I może właśnie dlatego Profesor Wojciech Kalaga nadał swojemu ukochanemu czasopismu tytuł Er(r)go: w samym centrum pola łacińskiego wyrazu ergo (‘więc’, ‘a zatem’), znaku logicznego, implikacyjnego porządku – umieścił error, ruch niepewności, semantyczne pęknięcie, prawo do intelektualnego dryfu. Oto i metafizyka u podłoża Wojtkowej filozofii: Er(r)go jest zawsze próbą odzyskania siebie po doświadczeniu świata, przemocy, obcości i czasu: tak jak Odyseusz, również i krytycznie myślący humanista dotknięty jest zawsze nostalgią – wie, a przynajmniej przeczuwa, że powrót do miejsca, z którego rozpoczęło się podróż, ani do jaźni, która tej podróży się podejmowała, nie będzie już nigdy możliwy. Paradoks naszej naukowej odysei, jak Wojtek zdaje się pokazywać w swoich rozsadzających binaryzmy pracach, polega na tym, że człowiek powracający do miejsc znajomych nigdy nie jest już tym samym człowiekiem, który kiedyś wypłynął. I dlatego nostalgia ma wymiar tragiczny: tęskniąc za niegdysiejszą niewinnością – nie tylko za miejscem, ale także za wersją siebie, która już nie istnieje – rozumiemy, że nasze błądzenie pośród różnych tropów jest warunkiem koniecznym świadomej egzystencji. W końcu navigare necesse est. A vivere… już niekoniecznie.
Dlatego Er(r)go to bez wątpienia tytuł „autobiograficzny”. Przez całe życie – i ciągle przez swoje teksty – Wojtek próbował nas uczulić na to, że człowiek nie istnieje „osobno”, że myślenie nie jest marszem ku pewności, lecz wspólną wędrówką przez znaczenia, relacje i cudze głosy, które stają się naszą substancją, co w przypadku wybitnego teoretyka literatury, semiotyka i filozofa języka, człowieka zanurzonego w myśli Hegla, Peirce’a, Heideggera, Derridy czy Lévinasa, nie wydaje się niczym zaskakującym. A jednak im dłużej o Jego metafizyce myślę, tym wyraźniej objawia mi się unikatowość etycznego podłoża tej refleksji. Wojtkowe „błądzenie” nigdy nie było wyłącznie projektem intelektualnym: ono było – i jest – formą obecności wobec ludzi.
Jako młodzi ludzie jesteśmy często przekonani, że świat da się elegancko uporządkować za pomocą odpowiedniego aparatu pojęciowego, że rzeczywistość – jeśli tylko człowiek będzie dostatecznie precyzyjny – podda się systematyzacji i „domknięciu”. Ale jeżeli ma się wybitne szczęście (a ja i wszyscy moi przyjaciele z redakcji „Er(r)go” okazaliśmy się niekwestionowanymi szczęściarzami) i trafi się na genialnego mentora – można wyzbyć się tych juwenilnych złudzeń w miarę bezboleśnie. Nasz mentor, Profesor Kalaga, zaprosił nas do swojego szczególnego uniwersum myślenia, w którym, ku naszemu zaskoczeniu, wszystko było ruchome. Tekst tracił granice, znaczenie przestawało stać w miejscu, a człowiek okazywał się istotą nieustannie uwikłaną w dyskursy i byty. Bardzo szybko zrozumiałem, że dla Wojtka to, co najciekawsze, nigdy nie jest „zlokalizowane”. Rzeczy dzieją się pomiędzy: pomiędzy ludźmi, pomiędzy dyscyplinami, pomiędzy doświadczeniem i interpretacją. Wszystko staje się „w podróży”.
Wojtek uosabiał gościnność: zapraszał, nie narzucając; wzmacniał innych, nie żądając niczego w zamian. Może dlatego tak wielu z nas czuło się przy nim odrobinę mądrzejszymi, niż byliśmy faktycznie. Nie dlatego, że kogokolwiek „ustawiał” intelektualnie – przeciwnie. Wojtek po mistrzowsku tworzył szczególny rodzaj przestrzeni bezpieczeństwa dla otwartego myślenia: przy nim można było szukać, mylić się, komplikować własne stanowisko, wracać do punktu wyjścia i zaczynać od nowa. W świecie akademickim, który coraz częściej premiuje pewność siebie graniczącą z narcystycznym performansem, była to umiejętność bezcenna. On naprawdę słuchał ludzi. Także młodszych, tych, którzy dopiero próbowali znaleźć własny język. Nie traktował studentów ani doktorantów jako dekoracji, nie potrzebował nigdy próżnych gestów czołobitności, by podkreślić istotność własnej profesorskiej pozycji. Przeciwnie – miał niezwykły dar otwierania przestrzeni, w której człowiek zaczynał wierzyć, że jego własny głos może mieć znaczenie.
Dziś, kiedy wracam do Jego ostatniej książki Między Innymi. Tropy Trzeciego, mam momentami wrażenie, że jest ona czymś znacznie więcej niż wielką fi lozofi czną syntezą. Można ją też czytać jako bardzo osobiste, choć rygorystyczne metodologicznie, wyznanie wiary w relacyjność sensotwórczych procesów. W to, że człowiek konstytuuje się zawsze poprzez innych ludzi, poprzez rozmowy, pamięć, ślady cudzej obecności i doświadczenie wspólnoty. Wojtek intuicyjnie rozumiał coś, o czym współczesny świat coraz częściej zapomina – że nie jesteśmy samotnymi wyspami suwerennej świadomości, lecz istotami utkanymi z relacji i w związkach zawsze na nowo się „przepisującymi”. I że właśnie dlatego najważniejsze rzeczy w życiu człowieka nie wydarzą się nigdy w całkowitym domknięciu i pewności, w sztywnej ramie binarnych podziałów, ale raczej podczas wspólnego „błądzenia”.
Z czasem wielu z nas naturalnie przeszło od „Profesora Kalagi” do „Wojtka” – i była to progresja zupełnie niewymuszona. Nie było w tym przejściu ani naszej próby spoufalenia się z szanowanym i podziwianym mentorem, ani próby skracania dystansu na siłę z Jego strony. Nasze partnerstwo dojrzewało stopniowo, a Wojtek miał niezwykłą umiejętność przemieniania relacji mistrz – uczeń, opartej najpierw na zaufaniu i gościnności – w przyjaźń. A przyjaźń traktował bardzo serio, bez egzaltacji, bez wielkich deklaracji, podchodził do przyjaciół z ogromną lojalnością i uważnością. Potrafi ł jednym ironicznym zdaniem sprowadzić człowieka na ziemię, ale równie łatwo okazywał troskę wtedy, gdy była naprawdę potrzebna.
I chyba właśnie dlatego Jego odejście tak trudno opisać językiem ofi cjalnych pożegnań. Oczywiście można – i należy – przypominać światu Jego imponujący dorobek naukowy, stworzenie jednego z najważniejszych polskich czasopism humanistycznych, dziesiątki wypromowanych doktorantów, książki, wykłady i konferencje. Wszystko to pozostaje prawdą. A jednak mam coraz silniejsze poczucie, że najważniejsze rzeczy działy się gdzie indziej: w atmosferze rozmów, w cierpliwości wobec cudzej niedoskonałości, w tej szczególnej formie humanistycznej serdeczności, która nie potrzebowała wielkich słów, bo wyrażała się w codziennej obecności.
Dziś myślę, że właśnie to jest najtrwalszą formą Jego dziedzictwa. Nie tylko teksty, książki czy idee, ale „duch Er(r)go”: fi lozofi a bycia-wobec-innych ludzi. Sposób słuchania. Sposób budowania wspólnoty bez ideologicznego przymusu wspólnotowości. Sposób myślenia, który nie oddzielał intelektu od empatii. I może dlatego tak wielu z nas ma dziś poczucie, że kiedy Wojtek wybrał się w podróż ostateczną, ubyło w naszym środowisku wiele tego intelektualnego ciepła, które sprawiało, że człowiek „błądzący” powracał do Itaki nie tylko bogatszy o nowe idee, ale po prostu trochę bardziej ludzki, pogodny wbrew wszystkiemu.