Kieruj się na naukę!

Dorobek popularyzatorski Jarosława Juszkiewicza jest imponujący – prowadzone od lat liczne audycje radiowe, tytuł ambasadora Śląskiego Festiwalu Nauki KATOWICE czy współpraca z Uniwersytetem Śląskim przy Scenie Premier Naukowych, a to tylko część z aktywności. O tym, jak humanista popularyzuje nauki ścisłe oraz jaki użytek edukacja może zrobić z nowoczesnych technologii, rozmawialiśmy w zmodernizowanym budynku Planetarium – Śląskiego Parku Nauki.

Jarosław Juszkiewicz
Jarosław Juszkiewicz

Zacznę dość sztampowo. Parafrazując cytat z jednego filmu: Jak to jest być głosem Google’a? Dobrze?

Tak, to rola, która zdefiniowała moje życie (śmiech). Ale nie wściekam się na to, bo pozwoliło mi zrealizować wiele innych planów i dojść w miejsca, o których bym nigdy nie pomyślał. Dzięki temu mogłem otworzyć kanał na YouTubie, gdzie realizuję swoje pasje i opowiadam o tym, co robię i co mnie kręci. Już się do tego przyzwyczaiłem. To prawie 11 lat.

Jak to się stało, że został Pan ambasadorem Śląskiego Festiwalu Nauki KATOWICE, jednego z największych tego typu wydarzeń w Polsce i w Europie?

Zaproszono mnie do bycia ambasadorem festiwalu kilka lat temu i bardzo się z tego ucieszyłem. To było dla mnie ważne, bo Uniwersytet Śląski jest bliski memu życiu. Co prawda pracę magisterską napisałem na konkurencyjnej uczelni – na Uniwersytecie Warszawskiem, ale byłem wieloletnim studentem UŚ. Kilka lat (więcej niż jako student) spędziłem tutaj jako wykładowca prowadzący zajęcia z dziennikarstwa. W pobliżu ŚFN cały czas się gdzieś kręciłem. Właściwie od drugiej edycji byłem prowadzącym, miewałem też różne prezentacje. Kiedy więc padła taka propozycja, bardzo się ucieszyłem. To chyba jeden z najbardziej honorowych tytułów, jakie mam.

Na koncie ma Pan wiele projektów popularyzatorskich, ale skąd w ogóle wzięła się pasja do nauki?

Myślę, że – jak całe moje pokolenie – zostałem naznaczony pewnym programem telewizyjnym. Była to Sonda, prowadzona przez Zdzisława Kamińskiego i Andrzeja Kurka. Seria, która spowodowała, że już jako dzieciak zainteresowałem się nauką. Chociaż, jeśli chodzi o naukę w sensie uczenia się, nigdy nie byłem orłem. Szczególnie fizyka nigdy mi nie leżała i pewnie dlatego poszedłem do pracy w Planetarium Śląskim, gdzie jestem otoczony fizykami (śmiech). Drugim programem telewizyjnym było Laboratorium Wiktora Niedzickiego. Bardzo się ucieszyłem i był to dla mnie wielki zaszczyt, gdy po latach znalazłem się z nim w jednej grupie – on też jest przecież ambasadorem Śląskiego Festiwalu Nauki. Wspólnie zrobiliśmy również podcast Radio, którego już nie ma. To są osoby, które mnie naznaczyły i zainspirowały do tego, by się zainteresować nauką. Poza tym w życiu każdego dziennikarza przychodzi taki moment, kiedy chce się specjalizować. U mnie to nastąpiło w drugiej połowie lat 90., kiedy zainteresowałem się kosmosem i astronautyką. Zresztą moja praca magisterska była z dziedziny astronautyki i dotyczyła programu Apollo w ujęciu prasoznawczym. Wtedy zaczynałem dokonywać zwrotu. Dużą rolę w moim życiu zawodowym odegrały też książki Bogusława Wołoszańskiego, jego programy i sposób narracji, który od czasów dzieciństwa bardzo mi odpowiadał.

Rozmawiamy w Planetarium Śląskim, którego jest Pan rzecznikiem. Jak do tego doszło, że związał się Pan zawodowo właśnie z tym miejscem?

Zawsze mnie tutaj ciągnęło. Szczerze mówiąc, nie zdawałem sobie za bardzo sprawy, dlaczego. Pamiętam dokładnie swoją pierwszą wizytę, drugą też – niespecjalnie chcianą, bo nauczycielka fizyki nas tutaj przyciągnęła, a ja nie cierpiałem fizyki. Tak naprawdę pokochałem tę dziedzinę nauki dopiero, kiedy trafiłem do CERN-u i zobaczyłem Wielki Zderzacz Hadronów (LHC). Pierwsza duża rzecz, którą zrobiłem w Planetarium Śląskim, była kompletnie niezwiązana z kosmosem. Na dwa lata opuściłem radio i pracowałem w towarzystwie funduszy inwestycyjnych, przygotowywaliśmy imprezę dla największych inwestorów. Zastanawialiśmy się nad miejscem i wpadłem na pomysł planetarium. Impreza się udała, a ówczesny dyrektor śp. Henryk Chrupała wezwał mnie i powiedział: „A pan się interesuje kosmosem, kolego?” (zawsze tak się zwracał). Mówię: „Tak, obroniłem parę lat temu pracę magisterską właśnie z historii programu Apollo”. Padła propozycja: „To może pan napisze seans?”. I tak się zaczęło. Orbitowałem wokół tego planetarium przez wiele lat i w końcu trafiłem tutaj we wrześniu 2017 roku już jako PR-owiec. To jest miejsce, które mnie ściągnęło grawitacyjnie.

Planetarium – Śląski Park Nauki
Planetarium – Śląski Park Nauki

Jak ładnie powiedziane! Powróćmy jeszcze na moment do wspomnianej przez Pana wizyty w CERN-ie. Przy jakiej okazji udało się tam Panu wybrać?

CERN co kilka lat zaprasza grupę dziennikarzy z Polski. Udało mi się trafić do takiej grupy. Byliśmy wtedy z Tomkiem Rożkiem oraz przedstawicielami kilku mediów i mieliśmy szczęście. Właściwie podwójne. Po pierwsze, nie zawsze dziennikarzy wpuszcza się na dół do samego zderzacza – nam się to udało. Po drugie, trwał akurat remont LHC, więc mogliśmy zobaczyć otwarty detektor CMS. To właśnie tam m.in. potwierdzono istnienie cząstki Higgsa. Mogłem zobaczyć, jak wygląda to przepiękne urządzenie, i to był dla mnie moment, kiedy zrozumiałem, po co naprawdę jest fizyka. Uczą nas w szkole fizyki, matematyki, ale często nie mówią, w jakim celu. Tymczasem fizycy odpowiadają na fundamentalne pytania: skąd się wzięliśmy i dokąd zmierzamy. I tak zrodziła się w mojej głowie wielka inspiracja oraz powstał cykl Boskie równanie. Ale pewnie nie stałoby się to bez ludzi, w towarzystwie których już się poruszałem. Ja zresztą – w tym pokoju, w którym rozmawiamy – pracowałem przez prawie rok z astrofizykiem Jurkiem Kuczyńskim i on mi też sporo przekazał, jeżeli chodzi o naukę. Dzięki niemu zakochałem się w książkach Richarda Feynmana, słynnego fizyka, który miał dość niestandardowe podejście do fizyki.

Planetarium Śląskie z początkiem czerwca zostało otwarte po czterech latach modernizacji. Skala zmian jest imponująca. Jak wyglądały prace nad unowocześnieniem obiektu?

Przebudowa była bardziej skomplikowana z punktu widzenia inżynierskiego niż jego budowa w 1955 roku. To był potężny proces, który biorąc pod uwagę skalę, nie przeciągnął się tak bardzo, jak można się było tego obawiać. My, jako pracownicy, nie wyobrażaliśmy sobie w pełni skali tego przedsięwzięcia. Dopiero teraz to widać. Pomysł na park nauki zrodził się już wiele lat wcześniej w głowie obecnego dyrektora Stefana Janty i wiele z powstałych stanowisk to jego autorskie pomysły. Ale też podpatrywaliśmy, jak działają inne parki nauki. Myślę, że to, co powstało, jest interesujące. Nie jesteśmy wielkim parkiem nauki, takim jak na przykład Centrum Nauki Kopernik, ale też nie pretendujemy do tego. Chcieliśmy, aby Planetarium zachowało swój trochę tajemniczy charakter i robiło to, co przez długie lata od początku swojej działalności – inspirowało. Stąd te wszystkie zjawiska, które prezentujemy. Chodzi o to, aby doświadczać na sobie różnych rzeczy.

Jest tego rzeczywiście dużo. Gdyby jednak miał Pan wskazać tylko jedną atrakcję jako zachętę do odwiedzenia Planetarium, to co by to było i dlaczego?

Oj, trudno powiedzieć, bo jest strasznie dużo atrakcji do wyboru! Ja bym poszedł do planetarium i rzeczywiście wykorzystał to, że mamy najstarsze, największe i najnowocześniejsze planetarium w Polsce. Widok 100 milionów gwiazd naprawdę robi wrażenie, ale zaraz potem zbiegłbym po schodach do symulatora lotów kosmicznych. Miałem udział w pisaniu scenariusza tej symulacji, ale ciągle mi mało. Jak tylko mam możliwość, to się tam udaję. Przy symulatorze początkowo mieliśmy wykorzystać platformę Stewarta, na której siedzi kilka osób i się porusza, ale okazało się, że każdy uczestnik musiałby mieć inne oprogramowanie i to się komplikowało. Wtedy rozesłaliśmy zapytanie, a w efekcie dwie firmy połączyły siły. Motion Systems i SIM Factor stworzyły rzeczywiście coś, co nie ma swojego odpowiednika na świecie – ruchomą we wszystkie strony kapsułę. Wiedzieliśmy, że chcemy wsadzić kogoś do kapsuły, która będzie się poruszała, i żeby ten ktoś miał włożone gogle VR. Zajęli się tym inżynierowie, którzy na początku nie byli do końca przekonani, czy to się uda, ale wykazali bardzo dużo zapału i wygląda na to, że te kapsuły polecą do Stanów Zjednoczonych na przylądek Kennedy’ego, by w tamtejszym parku nauki też inspirować ludzi. Jest w Planetarium Śląskim wiele rozwiązań, których nie ma nigdzie indziej na świecie.

Na początku rozmowy pośród swoich inspiracji nauką wymienił Pan samych popularyzatorów, żadnego nauczyciela. To znaczy, że szkoła zniechęca do poszukiwania wiedzy?

Bardzo delikatnie to pani ujęła. Oczywiście, że zniechęca. Mamy archaiczny system edukacyjny, ale to nie jest też wina ludzi czy nauczycieli, że wałkują dany przedmiot tak, a nie inaczej. To są błędy systemowe. Uczniowie kończą np. fizykę w szkole i nie mają pojęcia, jak działają atomy albo gdy przychodzą tutaj, zastanawiają się, do czego służy detektor mionów i co to są miony. A to naprawdę da się opowiadać w ciekawy sposób i można również humanistów zainteresować naukami ścisłymi. Ja jestem tego najlepszym dowodem. Pamiętam piękny moment w tym pokoju. Chciałem pójść krok dalej i przeprosić się z matematyką w sposób dogłębny. Zacząłem czytać książkę Od zera do inżyniera i gdy za którymś razem przyszedłem do wspomnianego Jurka Kuczyńskiego z jakimś trywialnym problemem z cyklu „jak skracać ułamki”, on powiedział zdanie, które bardzo utkwiło mi w pamięci: „Słuchaj, tutaj każdy robi to, na czym się zna”. Mogę więc powiedzieć, że jestem fizykiem honoris causa, czyli kocham tę dziedzinę, tak samo jak astronomię, i chyba mam na ten temat jakiś poziom wiedzy, ale jeżeli miałbym obliczyć trajektorię lotu komety, to tego nie zrobię. Patrzę na nauki ścisłe jak humanista i wiem, że jestem trochę z zewnątrz. Mogę to podziwiać i mogę swoim podziwem zarażać ludzi, ale nigdy tak naprawdę nie dotknę tego świata jak fizycy. Bardzo im tego zazdroszczę! Mogę sobie wyobrażać atomy, które nie są małymi kuleczkami, bo są jednocześnie falą, ale nigdy nie zobaczę tego wyłaniającego się z równań. To wspaniałe. Ja się zawsze śmieję, że w planetarium spotkałem więcej humanistów niż w całym swoim życiu, bo są tutaj osoby, które potrafią przepięknie opowiadać o nauce, niekoniecznie wyprowadzając wielopoziomowe wzory. Mówią o rzeczach olbrzymich tak, jakby rozmawiali o pikniku na trawie, i to jest cudowne. Nauczyłem się też tutaj, że nie ma czegoś takiego, jak źle zadane pytanie. Można pytać o wszystko. Niewiedza nie jest powodem do wstydu. Arogancja jest powodem do wstydu. Chyba dlatego ludzkość posuwa się do przodu, że ciągle zadajemy pytania, choć nie zawsze otrzymujemy odpowiedź.

Czy od początku wiedział Pan, że zostanie dziennikarzem radiowym?

Zawsze mnie ciągnęło w stronę radia i wiedziałem, że będę dziennikarzem. Na pierwszą praktykę miałem pójść do „Gazety Wyborczej” i już nawet miałem to załatwione. Dosłownie jednak dwa tygodnie wcześniej pojawiłem się w radiu z kolegą, który przychodził do audycji Piotra Ornowskiego Moje radio, i wtedy na korytarzu spotkałem Krystynę Bochenek. Zaczęliśmy rozmawiać, a ona powiedziała: „Ma pan niezły głos, proszę przyjść do radia”. No i tak zostałem w nim przez następne 31 lat. Stworzenie podcastu czy audycji radiowej na tematy naukowe to jest podróż w trochę inny świat, która mnie samemu sprawia przyjemność. Jeżeli zostaje to również w słuchaczach, udaje się tę wyobraźnię uruchomić. Radio czy w ogóle tworzenie rzeczy dźwiękowych to cudowne tworzywo, bo jesteśmy w stanie skorzystać – przy użyciu relatywnie niewielu środków – z najpiękniejszego projektora, jaki stworzyła natura, czyli z wyobraźni słuchaczy. Ona się uruchamia sama i każdy wyświetla sobie w głowie ten film trochę inaczej, ale to jest fajne. Poza tym wydaje mi się, że radio potrafi lepiej dotrzeć do emocji. Wbrew pozorom seans w planetarium więcej ma dla mnie wspólnego z audycją radiową niż z filmem, bo to jest też pewna historia do opowiedzenia i oddziaływanie na emocje odbiorcy.

Zrealizował Pan mnóstwo różnych projektów popularyzatorskich, dziennikarskich. Z czego jest Pan najbardziej dumny?

Myślę, że z ostatniego cyklu dla Radia 357 pt. Pionierzy medycyny, ale chyba najbliższy memu sercu jest CERN, czyli cykl Boskie równanie, bo zmierzyłem się w nim z pewną traumą z dzieciństwa – fizyką, która była dla mnie koszmarem. Nigdy nie przypuszczałem, że spotkam się z tą dziedziną wiedzy w sposób praktyczny. Byłem w strasznym błędzie, bo dopiero w CERN-ie zobaczyłem, czym zajmują się fizycy. Trochę dotknąłem tam tego „absolutu”, zobaczyłem słynną stołówkę, w której nobliści jedzą ze studentami i doktorantami. Przedziwna atmosfera tego miejsca. Paradoksalnie zabrzmi to porównanie, ale podobne wrażenie ma się, wjeżdżając do Koszęcina i wchodząc do siedziby Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. To jest atmosfera pełna kreatywności. Ona istnieje również tutaj, w Planetarium. Jeżeli miałbym powiedzieć o rzeczach, z których się szczególnie cieszę, byłyby to również nasze seanse. Razem z dyrektorem Jantą napisaliśmy około trzynastu z nich i to też zawsze była duża radość. Teraz czasem chodzę na seans, który napisaliśmy na otwarcie Planetarium, czyli Miriady parseków kosmicznej podróży (właśnie nie miliardy, tylko miriady – dawno zapomniany grecki liczebnik oznaczający dziesięć tysięcy). Jest tam taka scena, gdy już lądujemy w morzu i widzimy rafę koralową, którą pięknie przedstawiła Asia Saleta – nasza graficzka. Kiedy kamera płynie przez dno morskie, widzę, że wiele dzieci usiłuje płynąć żabką, i to jest nagroda! Bo oznacza, że ktoś wszedł w tę opowieść i poddał się tej narracji.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Autorzy: Weronika Cygan
Fotografie: Kacper Trzeciak, Matylda Klos