Przeczytajmy tę książkę

„Życie człowieka pierwotnego było mniej bezpieczne, nieporównanie trudniejsze i groźniejsze od naszego, ale znajdował się on nieporównanie bliżej rzeczywi s tości” (s. 83). Pytanie, co to znaczy być bliżej rzeczywistości, przewija się przez tę książkę. Słyszymy je, gdy autor przygląda się z czułością figurce Wenus Eskwilińskiej z V wieku przed naszą erą, naczyniom peruwiańskim czy osobliwym, nieobrobionym głazom tajemniczego Stonehenge będącego „świętym miejscem unoszących się kamieni, tańczącej materii (…), która stała się wolnym duchem” (s. 145). Widać wyraźnie choćby z tego ostatniego cytatu, że chodzi o inne ukierunkowanie spojrzenia, a co za tym idzie – i myślenia. Wszelkie fakty i rzeczowe informacje (zresztą w przypadku sztuki prehistorycznej niepewne, a więc dyskusyjne), choć niezbędne, nie zapewniają dostępu do rzeczywistości. Mówią nam coś o danym zjawisku lub przedmiocie, i to coś jest bez wątpienia zajmujące, a droga prowadząca do tych informacji jest godna szacunku i podziwu; zostajemy poinformowani, ale sama rzecz niejako gubi się w kurtynie owych wiadomości oraz ustaleń i na pierwszy plan wysuwamy się my, wiedzący, poznający, klasyfikujący. A nasz świat, mimo całej bezmyślności, nierzadko okrucieństwa, z jakim go sobie urządzamy, jest obłaskawiony, swojski, opisany, bez białych plam; najczęściej spotykamy się nie ze światem, lecz z samymi sobą. Okrucieństwo świata jest już właściwie głównie ludzkim okrucieństwem, bo człowiek umieścił się w centrum misternie skatalogowanego porządku. Tymczasem „porzucenie klasyfikacji, typologizacji jest pierwszym krokiem, ku logice natury” (s. 91). Wtedy możliwy stanie się „inny sposób myślenia”, który, jeśli wprawiać się w nim odpowiednio, może nas przywieść bliżej rzeczywistości, to znaczy bliżej „życia pełniejszego życia” (s. 84). Znajdziemy się w pobliżu tego, co starożytni greccy filozofowie również szukający odpowiedzi na pytanie, czym jest rzeczywistość, nazywali arche, pierwotnym żywiołem, budzącą grozę i niemy podziw siłą życia pełnego życia i rodzącego wciąż nowe życie. A ponieważ musieli ująć to w słowa, zwracali się ku temu, co najbliższe i nieodzowne, a zarazem niepochwytne, chociaż dostępne w codziennym doświadczeniu: Tales mówił o wodzie, Heraklit o ogniu, Anaksymenes o powietrzu, a Empedokles o czterech żywiołach kontrolowanych przez miłość lub konflikt.

Dlatego książka, którą czytamy, nosi tytuł Archai, czyli początki, autor bowiem podejmuje w jedenastu esejach wysiłek przedstawienia nam pierwszego momentu, pierwotnego impulsu sprawiającego, że oto powstaje rzecz, rodzi się jakieś zjawisko, na skale pojawia się rysunek w czasie tak zamierzchłym, że sprawia kłopot ludzkiej chronologii. Zadaniem Béli Hamvasa jest więc próba przywrócenia człowiekowi zmysłu „sytuacji prymarnych”, takich, których doświadczamy, zanim włączymy klasyfikacje i kategorie nieodzownego dla nas kalkulującego rozumu. Pytanie, jakie stawia, jest tym samym, które pojawiło się na początku Waldena Henry’ego Davida Thoreau: co nam jest istotnie potrzebne, by życie było pełne życia i nie było życiem „w cichej rozpaczy” (to fraza Thoreau). Dla Hamvasa być bliżej rzeczywistości to doceniać i szanować wspólnotę człowieczego z nie-człowieczym, czyli z konieczności cofnąć się ku źródłom, ku archai. To znaczy ku temu, co jeszcze nieobrobione przez człowieka, nieukształtowane ludzką ręką, nieoswojone żadnym prawem czy przepisem. A to, co nieobrobione, jest właśnie tym, czego unikamy w coraz bardziej opływowym i wysmuklonym życiu. Taka elementarna niekształtność objawia się w indiańskim śpiewie żałobnym będącym „kosmicznie monumentalnym, nieociosanym wołaniem (…). Człowiek cywilizowany płacze lub szlocha (…). Z Indianina zawodząca lamentacja wydobywa się bezpośrednio i bez żadnych hamulców” (s. 123). Podobnie Stonehenge, „dzikie i elementarne bloki skalne”, bramy do nieznanych nam światów, w których odnajdujemy istotę każdej świątyni: „ekstazę kamienia” (s. 144) pokonującego własny ciężar i płomieniście unoszącego się w niebo.

Świętuje więc Hamvas „plenność” i „bujność życia”, ale kreśli też przewiny historii człowieka i jej nieludzkości: dzieje to nie zanik ducha, lecz jego metamorfoza w demona, czyli triumf nienawiści wyzwalającej radość z cierpienia drugiego człowieka. Jakże słuszna jest diagnoza węgierskiego mędrca mówiącego, iż „demoniczność nie oznacza zniszczenia czegoś, tylko radość z powodu tego zniszczenia” (s. 153). Czy to właśnie nie „triumfalny rechot na widok cierpienia” (s. 154) dochodzi nas dzisiaj z Kremla? Sięgajmy więc do początków, by zrozumieć. A zrozumieć to „przełknąć umysłem, dotknąć i ujrzeć umysłem” (s. 39).

Béla Hamvas, Archai, czyli początki, tłum. Teresa Worowska, Wydawnictwo Próby, Warszawa 2025, 165 ss.