Wspomnienia zza drzwi szopienickich domów

Tuż przed premierą serialu Netflixa Ołowiane dzieci wzrosło medialne zainteresowanie Jolantą Wadowską-Król, lekarką, której poświęcona została produkcja. Wśród osób zapraszanych do udzielenia wywiadu w związku z premierą była dr hab. Lucyna Sadzikowska, prof. UŚ – dyrektorka Centrum Badań nad Środowiskiem Poprzemysłowym im. Jolanty Wadowskiej- Król przy Uniwersytecie Śląskim. Badaczka znała się z Doktórką (jak była nazywana), a przez ostatnich kilka lat (do śmierci lekarki w 2023 roku) korzystała z jej wsparcia – wspólnie odwiedzały mieszkańców Szopienic, którzy w latach 70. XX wieku chorowali na ołowicę, aby spisać ich wspomnienia. Kiedy spotykam się z prof. Lucyną Sadzikowską w jej gabinecie na Wydziale Humanistycznym, naukowczyni ma już za sobą kilka spotkań z dziennikarzami, ale nie widać po niej zmęczenia i zaczyna rozmowę, zanim jeszcze zdążę zadać pierwsze pytanie: „Być może wychodzę trochę przed szereg, ale muszę pani powiedzieć, że po spotkaniach z dziennikarzami, wywiadach, rozmowach zaczyna mi już brakować słów na opisywanie tego, jaka była Jolanta Wadowska-Król. Trudno w kilku zdaniach scharakteryzować człowieka, dodatkowo, by nie brzmiało to sztampowo. Tym bardziej, że pani doktor – o czym wszyscy wiemy – była kobietą nietuzinkową”.

Dr hab. Lucyna Sadzikowska, prof. UŚ
Dr hab. Lucyna Sadzikowska, prof. UŚ

To się dobrze składa, bo właśnie takiego pytania nie zamierzałam Pani Profesor zadawać. Podejrzewałam, że musiała już Pani słyszeć podobne prośby zbyt wiele razy.

Rola, jaką odegrała Jolanta Wadowska-Król w walce z ołowicą w Szopienicach w latach 70. XX wieku, jest niezaprzeczalna, ważna, bezdyskusyjna i w narracjach pojawia się stwierdzenie, że Śląsk miał bardzo dużo szczęścia, że „zdarzyła się” tutaj taka osoba. Pozostała skromna, ale jednocześnie nie bała się zdecydowanie wyrażać swojej opinii. Cały czas zastanawiam się, dlaczego zgodziła się powrócić do Szopienic i tym samym pomóc w mojej pracy naukowej. Nie jestem przecież lekarzem ani chemikiem czy nawet socjologiem, tylko literaturoznawcą. Być może jednak to, że chciałam się czegoś dowiedzieć, wysłuchać innych, porozmawiać, sprawiło, że zaprosiła mnie do wspólnej podróży po Szopienicach – w czasie i przestrzeni. Zgodziła się otworzyć przede mną tak wiele drzwi. Była znakomitą przewodniczką, słuchającą i słuchaną rozmówczynią, cierpliwą i wyrozumiałą nauczycielką.

Jak właściwie zaczęła się współpraca z Doktórką? Co sprawiło, że zainteresowała się Pani Profesor historią „ołowików”?

Chyba zwyczajne życie akademickie. Gdy w 2020 roku UŚ podjął inicjatywę, by nadać Jolancie Wadowskiej- Król tytuł doktora honoris causa, zostałam poproszona przez rektora prof. dr. hab. Ryszarda Koziołka o skontaktowanie się z panią doktor w związku z organizacją uroczystości w 2021 roku. Poza tym przygotowywaliśmy na uczelni numer specjalny „Narracji o Zagładzie” – półrocznika naukowego. Chcieliśmy w wydaniu „Ołów/ołowica w kulturze i nauce” umieścić wypowiedź lekarki. Gdy zadzwoniłam do pani Wadowskiej-Król, zgodziła się na rozmowę i reszta już się potoczyła swoim torem.

W ramach 7. Śląskiego Festiwalu Nauki Katowice zorganizowano specjalną strefę chorób poprzemysłowych im. Jolanty Wadowskiej-Król. Podsumowaniem tej inicjatywy była wspólna publikacja Pani Profesor oraz dr. hab. Tomasza Kipki, prof. UŚ pt. Ołowicze światy Śląska. We wstępie do pracy można przeczytać, że działania tego typu wpisują się w nurt humanistyki środowiskowej. Podobne założenie przyświecało Centrum, którego jest Pani obecnie dyrektorką?

Sama humanistyka środowiskowa nie jest pojęciem nowym, od jakiegoś czasu natomiast na naszym Uniwersytecie rzeczywiście staramy się poświęcać jej więcej uwagi, łącząc przy tym przeróżne dyscypliny. W kontekście ołowicy w Szopienicach równie dobrze, co humanistyka środowiskowa, można użyć także określenia humanistyka publiczna, rozumianego jako wszelkie inicjatywy społecznie zaangażowane, skupione na przedsięwzięciach prewencyjnych, ratunkowych. Mówimy więc o zorientowaniu na bliskie nam środowisko, a Śląsk jest niewątpliwie cennym laboratorium nie tylko dla humanistów, ale też przedstawicieli pozostałych dyscyplin uprawianych na Uniwersytecie Śląskim, szerzej: uczelniach Konsorcjum. Publikacja, o której Pani wspomniała, jest pokłosiem specjalnej strefy chorób poprzemysłowych im. Jolanty Wadowskiej-Król. Znajdziemy w tej książce m.in. zapis debaty przedstawicieli różnych środowisk, rozmowy z twórczyniami, które współpracowały z panią doktor.

W przypadku moich badań w tym zakresie Jolanta Wadowska-Król była praźródłem i bardzo dużo mi opowiedziała o wydarzeniach, których sama była uczestnikiem i świadkiem. Pojawiło się jednak sporo zagadnień i pytań, na które się w trakcie zbierania informacji natknęłam, a na jakie nie byłam w stanie odpowiedzieć, bo dotyczyły obcych mi specjalizacji. Tym bardziej cenię czas poświęcony mi przez wielu pracowników UŚ, w tym biologów, geologów, hydrogeologów, prawników, socjologów i historyków, ale też ludzi spoza uczelni. Rozmowa z prof. dr hab. n. med. Natalią Pawlas związaną ze Śląskim Uniwersytetem Medycznym pozwoliła mi spojrzeć na zagadnienie środowiskowego narażenia dzieci na ołów i skutki zdrowotne oraz ich uwarunkowania z perspektywy farmakologii, toksykologii czy medycyny pracy. Znalazło się wokół mnie wiele osób, dzięki którym mogłam się zająć tym trudnym tematem.

Nie można sobie chyba wyobrazić lepszego fundamentu tak złożonego zagadnienia. Centrum już teraz ma w swoim składzie ekspertów z różnych uzupełniających się dyscyplin. Jakie obecnie działania są prowadzone w ramach jednostki? Czy zdarza się tak, że osoby spoza uczelni, być może sami mieszkańcy, zgłaszają się już do Państwa z jakimś problemem?

Pierwszym działaniem, które mogło nakłaniać do namysłu nad powołaniem Centrum, były badania wewnętrznego zespołu kierowanego przez prof. dr. hab. Roberta Krzysztofika, realizowane w ramach Inicjatywy Doskonałości – Uczelnia Badawcza. W ramach działania badacze skupili uwagę przede wszystkim na rzece Rawie, która przepływa również przez Szopienice. Część z tej interdyscyplinarnej grupy zajęła się badawczo Szopienicami. Przykładowo, dr hab. Jerzy Cabała zebrał próbki ziemi, które wysyłał do zagranicznych laboratoriów, skąd otrzymywał interesujące wyniki. Pozyskane przez tamten czas dane zrodziły w nas naturalną myśl, że jesteśmy grupą ekspertów dobrze zorientowanych w tym konkretnym zagadnieniu i może moglibyśmy kontynuować te badania, choć niekoniecznie nadal w Szopienicach. Śląsk ma wiele miejsc, które warto uczynić tematem badań naukowych. Od początku ideą Centrum było to, że poza składem podstawowym będą też z nami współpracować osoby spoza UŚ, niekoniecznie nawet z innych uczelni. I faktycznie, dostajemy już prośby o przyjrzenie się niektórym kwestiom sygnalizowanym przez osoby z zewnątrz. Obecnie pracujemy w zespole nad badaniami dobrostanu mieszkańców Radlina, którzy sąsiadują z zapożarowaną hałdą. Piszą do nas też mieszkańcy Tarnowskich Gór czy Rudy Śląskiej. Jest to wyraźny efekt oddziaływania społecznego, ponieważ mieszkańcy tych miejscowości dowiedzieli się, że na Uniwersytecie Śląskim powołano Centrum Badań nad Środowiskiem Poprzemysłowym im. Jolanty Wadowskiej-Król i zwracają się do nas z prośbą o spotkanie. Przedstawiciele Radlina przekazali nam dane, wyrazili swoje obawy. W pierwszym zebraniu z mieszkańcami, które odbyło się w styczniu, uczestniczyli nie tylko pracownicy naszej uczelni zrzeszeni w Centrum, ale też m.in. naukowczyni z Akademii Górniczo-Hutniczej oraz dr hab. n. o zdrowiu Grzegorz Dziubanek, prof. ŚUM ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jak właściwie pracuje się na tej „żywej” historii? W przypadku pacjentów Jolanty Wadowskiej- -Król mamy przecież do czynienia z osobami, które wciąż żyją, a dla wielu z nich temat może pozostawać zbyt bolesny.

Nie ulega wątpliwości, że w moim przypadku praca nie byłaby możliwa bez wsparcia Jolanty Wadowskiej- Król. To była osoba, do której pacjenci mieli ogromne zaufanie i dzięki temu w ogóle był możliwy z nimi kontakt. Lekarka moje badania uwiarygadniała – nie byłam kimś, kto po prostu chodzi po dzielnicy i wypytuje ludzi. Zresztą oni nie zawsze chcą o tych zdarzeniach sprzed dekad mówić. Nie wszyscy chcą się nawet przyznać, że byli dziećmi chorymi na ołowicę. Lekarka była też dla mnie źródłem ogromnej wiedzy historycznej, psychologiczno-społecznej i oczywiście medycznej, tak potrzebnej przy zgłębianiu tego zagadnienia. Po pewnym czasie zdobyłam zaufanie mieszkańców i były spotkania, w których Jolanta Wadowska-Król nie brała udziału, ale cały czas wyjątkowo ceniłam naszą relację i wielokrotnie zwracałam się do pani doktor z prośbą o pomoc w udzieleniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Dziś mam bliskie kontakty z paroma jej pacjentami, ale początki były bardzo trudne. Dla mnie szokiem, na poziomie emocjonalnym i w ogóle komunikacyjnym, była pierwsza nasza wizyta z lekarką u jednego z pacjentów. Wszystko działo się jeszcze w okresie tuż po pandemii, co dodatkowo potęgowało stres, bo każdy, jak mógł, ograniczał ryzyko zarażenia się. Pamiętam, że byłam podczas spotkania tak zestresowana, że przez 45 minut siedziałam na „wydechu”. Jeszcze bardziej musiał być podenerwowany mój rozmówca. Zanim się do niego odezwałam, rozmawiał z Jolantą Wadowską- Król. Gdy przeszłam do swoich pytań, pan odpowiadał monosylabami, na przykład: „Czy grał pan na dworze w piłkę z kolegami?” – „No”. „Był pan w sanatorium?” – „Ja”. Wyszłam stamtąd wtedy sfrustrowana, przekonana, że donikąd te nasze rozmowy nie doprowadzą. Po pewnym czasie jednak zyskałam – jeśli mogę tak powiedzieć – zaufanie rozmówców, ale to wszystko wymagało cierpliwości i zrozumienia, że trzeba słuchać i chcieć zrozumieć tych ludzi. Myślę, że musieli zauważyć, że naprawdę zależy mi, by ich wysłuchać, zrozumieć.

Chyba trudno zdystansować się od takiej pracy, kiedy osobiście wnika się w świat osób, które przeżyły traumatyczne wydarzenia?

Są historie, które zostają z nami na zawsze. Każdy z nas też nieco inaczej do pewnych narracji podchodzi, w zależności od tego, jakie sam zebrał w życiu doświadczenia. Wydaje mi się, że kiedy rozpoczynałam pracę terenową nad tematem ołowicy w Szopienicach, miałam już pewne przygotowanie. Wcześniej prowadziłam rozmowy z byłymi więźniarkami z obozów koncentracyjnych w związku z moimi drugowojennymi zainteresowaniami badawczymi. Zawsze z takich rozmów wychodziłam z poczuciem, że więcej z nich czerpię niż z samej lektury bardzo wielu rzetelnych książek czy artykułów. To ma ogromne znaczenie: kontakt z człowiekiem, emocje, jakie temu towarzyszą, lub miejsce, gdzie dochodzi do spotkania.

Lubię te momenty, kiedy moje kwerendy archiwalne polegające na eksploracji archiwów, przekopywaniu źródeł i dokumentów spotykają się z pracą w terenie. Jedno z drugim się doskonale uzupełnia i nieraz wywołuje to silne wrażenia. W przypadku Szopienic doświadczyłam tego, kiedy przeprowadziłam kwerendę i dyrekcja sanatorium zgodziła się, żebym przejrzała księgę przyjęć dzieci do ośrodka. Dziwne to było uczucie – jakby wszystkie elementy puzzli nagle ze sobą się połączyły – gdy dostrzegłam nazwisko pacjenta, z którym rozmawiałam jakieś trzy miesiące wcześniej, i to, co mi ustnie przekazał, znajdowało potwierdzenie w dokumentach. Nie zawsze tak jest, bo te traumatyczne przeżycia – dzieci potrafiły miesiącami przebywać w sanatorium, z dala od rodziny – bywały wypierane. Niektóre osoby tych momentów nie pamiętały albo nie chciały do nich wracać.

W dobie kryzysu zaufania do nauki, kiedy nie brakuje różnych głosów czy to negujących zmiany klimatu, czy konieczność szczepień, wydaje się, że szczególnie ważna jest tak zaangażowana nauka, „wychodzenie do ludzi” i żmudne zdobywanie ich zaufania. Nie pytałam Pani Profesor o samą Jolantę Wadowską-Król, ale chyba nawet nie musiałam, bo widać, że jej spuścizna jest kontynuowana m.in. poprzez działalność Centrum.

Mam nadzieję, że możemy to nazwać kontynuowaniem spuścizny. Rzeczywiście badań, które prowadzimy, jest dużo. Chcemy też efekty naszych prac nieustannie popularyzować i przybliżać innym ludziom. Wpływ społeczny jest możliwy, ale musimy pamiętać jako naukowcy, żebyśmy nie zamykali się w murach uczelni, nie skupiali tylko na publikacjach w prestiżowych, najlepiej zagranicznych czasopismach. Chyba powinniśmy przede wszystkim myśleć o tym, jak zadbać o polepszenie bezpieczeństwa i dobrostanu nas wszystkich. Wiem, że to bywa bardzo trudne, bo czasami pewne informacje, dane, którymi się dzielimy, są wykorzystywane w złych intencjach albo przeinaczane (nie zawsze intencjonalnie) tak, że wszystko zmienia swój wydźwięk. Zdarza się, że i współcześnie straszy się Śląskiem i próbuje pokazywać jego najgorszy obraz, a tymczasem chodzi o to, żeby odpowiedzialnie i odważnie zmierzyć się z postindustrialnym dziedzictwem regionu. W końcu tutaj żyjemy, uczymy się, pracujemy, wychowujemy kolejne pokolenia.

Warto rozmawiać ze świadkami historii, uważnie ich słuchać, bo można się od nich wiele nauczyć. Szczególnie zapadła mi w pamięć jedna wypowiedź byłego pracownika Huty Metali Nieżelaznych Szopienice. Powiedział, że byłoby świetnie, gdybyśmy umieli wyciągać wnioski z historii. W kontekście wydarzeń, które w latach 70. XX wieku rozegrały się w Szopienicach, ta refleksja wybrzmiewa idealnie, nie tylko w kontekście bliższych i dalszych środowisk poprzemysłowych.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Autorzy: Weronika Cygan-Adamczyk
Fotografie: Agnieszka Szymala