Ktoś w rodzaju kosmicznego kleju

10 lat temu zmarł David Bowie (choć można też przypuszczać, że po prostu odleciał na swoją planetę). Dekadę temu ukazała się również jego ostatnia płyta Blackstar. Styczeń już na zawsze pozostanie miesiącem Bowiego.

Okładka płyty Blackstar oraz wizerunki Bowiego
z czasów albumu Station to Station
Okładka płyty Blackstar oraz wizerunki Bowiego z czasów albumu Station to Station

10 stycznia 2016 roku siedziałem w kiepskiej i nieodpowiedniej robocie, której szczerze nienawidziłem. Kilka dni wcześniej rypnął się mój związek, ważyły się losy mojego ówczesnego miejsca zamieszkania, a sprawy rodzinne układały się jak najgorzej. No i kiedy tak siedziałem w tej okropnej pracy, konając, a nawet już gnijąc wewnętrznie, odezwała się do mnie przyjaciółka z pytaniem, czy już wiem…

10 stycznia 2016 r. dowiedzieliśmy się o śmierci Davida Bowiego. Jestem przekonany, że pierwsza myśl, jaka rozbłysła wtedy w głowach wielu osób, którym nieobcy był charakter twórczości tego artysty, brzmiała: czy aby na pewno? Czy nie jest to przypadkiem kolejny projekt trickstera, który powoływał do życia i nierzadko widowiskowo uśmiercał swoje kolejne sceniczne inkarnacje? Może tym razem dostajemy najbrutalniejszy performance artysty, który nigdy nie obawiał się szokować, a co dopiero na stare lata! Panie i panowie, 10 stycznia 2016 roku David Bowie uśmiercił Davida Bowiego – powitajmy… Poczekajcie, myślał niejeden, jutro dowiemy się, jaką nową maskę przywdział mistrz autokreacji, ten stary szelma.

Przecież w utworze Dollar Days pochodzącym z wydanego dwa dni wcześniej albumu Blackstar śpiewał: „Mam nieodpartą potrzebę/ Wziąć ich pod włos/ I raz jeszcze, i jeszcze, wyprowadzić w pole” (tłum. aut.)!

Pasuje! Niestety, prędko przekonaliśmy się, że performance polegał na takim ustawieniu premiery płyty, by ukazała się 8 stycznia, czyli w dniu urodzin Bowiego. Reszty dokonał los.

Ta ostatnia płyta powstawała przy pełnej świadomości nieuleczalnej choroby. „Był niezwykle odważny i dzielny, a jego energia wciąż była niesamowita jak na człowieka chorego na raka” – wspominał Tony Visconti, producent płyty i długoletni współpracownik Bowiego, w wywiadzie udzielonym pismu „The Rolling Stone”. „Nigdy nie okazywał strachu. Skupiał się wyłącznie na jednym: zrobieniu tej płyty”. To miało być pożegnanie i podsumowanie. Miała powstać rzecz kompletna, domykająca piękną i długą karierę mistrza, bez którego nie tylko muzyczny świat wyglądałby teraz inaczej. Udało się. Blackstar uznawany jest dziś za jeden z najważniejszych albumów XXI wieku (potwierdzają to zestawienia przygotowane m.in. przez prestiżowy brytyjski magazyn „Uncut” czy rodzimy „Noise”). Jest to zestaw utworów, który nadal zdumiewa, zachwyca, niepokoi i zastanawia. 40 minut muzyki z potężnym bagażem emocjonalnym, rozwiązaniami, które mimo upływu dekady nadal zadziwiają awangardowością i nowatorstwem, a jednocześnie ujmująca chwytliwością. Blackstar to monolit, który niemal natychmiast ustawił się w jednym szeregu z najlepszymi dokonaniami mistrza. Coś takiego w przypadku artystów o tak długim stażu nie zdarza się właściwie nigdy.

Styczeń 2026 roku to jeszcze jedna rocznica związana z Bowiem, o której nie wolno nam zapomnieć. 23 stycznia 1976 roku, a więc 50 lat temu, ukazał się album Station to Station – płyta graniczna, przejściowa, rozpostarta stylistycznie między światami dokładnie tak, jak wówczas sam Bowie. Tych siedem utworów – zawieszonych między soulem, rockiem i europejską chłodną elektroniką, między Ameryką i Europą, między kokainową paranoją i przebudzeniem – było dla artysty symbolem żegnania się ze światem białego soulu i rockandrollowych ekscesów. Zimny, odrealniony, upiorny Thin White Duke wchodził triumfalnie na scenę, na której miał zostać ścięty. Świat zaraz usłyszy trylogię Low, „Heroes”, Lodger – zaraz będzie Berlin. Ale to temat na inną opowieść.

Osoba, dla której Bowie był twórcą tak istotnym, styczeń celebruje w sposób schizofreniczny. To czas narodzin i śmierci, początku i końca, triumfu kreacji i cholernego smutku. W rozmowie z dziennikarzem magazynu „The Hollywood Reporter” aktor Gary Oldman, prywatnie bliski przyjaciel Bowiego, powiedział: „Nie masz wrażenia, że odkąd on umarł, świat kompletnie się rozleciał? Jakby był czymś w rodzaju kosmicznego kleju. Gdy go zabrakło, wszystko zaczęło się sypać”. Zostawmy to jako podsumowane.

Autorzy: Adam Bała
Fotografie: Adam Bała