A jeśli rozumieć archiwum jako instytucję gromadzącą dokumenty, wrażenie to wcale nie znika: kto wchodzi do archiwum, staje się tropicielem śladów, wytrwałym łowcą zwierzyny kryjącej się w papierowym gąszczu. Wówczas uprzytomniamy sobie materialność świata: idee, dramaty ludzkich losów, afekty – wszystko to znajduje swoje udokumentowanie w czymś dotykalnym. Nabiera znaczenia, zostaje uchwycone, istnieje wreszcie dowodnie, naprawdę, a nie jako przypuszczenie i domysł, gdyż znajdujemy jego materialny ślad. „Materialność jako warunek dostępności znaczenia” (s. 513) – to wielka lekcja archiwum: to właśnie tam, w archiwum, uzyskujemy dostęp do świata realnego, który może potwierdzać nasze o nim wyobrażenia lub przeciwnie – dowieść, że były one złudne i nie znajdują potwierdzenia w materialnie utrwalonych zapisach.
Daje to również asumpt do zastanowienia się nad tym, co nadaje dynamikę ludzkiemu poznaniu – nad ciekawością. Sceptycznie wyrażał się o niej Martin Heidegger, zarzucając jej, że nie poszukuje refl eksji, lecz „niepokoju”: „Ciekawość poszukuje nowości tylko po to, by od niej przeskoczyć do następnej” po to, by „posiąść wiedzę” (Bycie i czas, tłum. B. Baran). Ale książka naszej autorki przekonuje, że jest inaczej: ciekawość badacza pracującego w archiwum jest daleka od chęci wejścia w posiadanie czegokolwiek. Po pierwsze dlatego, że wie, iż wobec ogromu śladów, o których wie, tych, których istnienie podejrzewa, i tych, o których istnieniu nie ma pojęcia, musi wykazać się pokorą. Archiwista nie jest zdobywcą, lecz odkrywcą. A drugą przyczyną jest to, że doskonale zdaje sobie sprawę z cząstkowości swego odkrycia: wszak w gęstwinie akt, zapisków, fotografi i, czasem złożonych w teczkach opisanych zupełnie niezgodnie z tematem poszukiwań, mogą się kryć dokumenty, które zmienią ogląd sprawy. Kto wchodzi do archiwum, zdaje się w znacznej mierze na działanie przypadku; konstruuje opowieść o świecie, wiedząc, że po części jest ona fi kcyjna, gdzieś w przepastnych archiwach mogą bowiem czekać na badaczkę dokumenty, które radykalnie odmieniłyby jej opowieść. Dlatego archiwistka buduje swój świat jak artystka, gdyż jej odniesienie do świata „najintensywniej manifestuje się w szczególnym rodzaju poznania – w poznaniu artystycznym” (s. 511). I tu powraca myśl o archiwum jako o miejscu wyjątkowego doświadczania realności bycia jako uczasowionej materialności. Nigdzie bardziej niż w archiwum i bibliotece (muzea jako domena praktycznie niemal wyłącznie wzroku, zatem poznania na odległość) nie doznajemy wrażenia sensualności naszej wiedzy, która w zmysłach znajduje swój początek: „Dotykanie tego, czego dotykała ręka autora, to szczególne doświadczenie, którego nie lekceważą historycy nauki – doświadczenie zmaterializowanego czasu” (s. 53).
I jeszcze jedna wielka zasługa tej książki: przypomnienie o towarzyskości, fi zycznej bliskości i wspólnocie ludzi opowiadających świat jako istotę wszelkiego poznania. Uniwersytet to instytucja – ma wielką europejską historię, swoje zwyczaje i tradycje, zadania do wykonania wymagające administrowania, ale jej serce jest antyinstytucjonalne. Nie jest przypadkiem, przypomina autorka, że „literaturoznawstwo nowoczesne – krytyczne i samokrytyczne (…) – rodziło się w swoistej antyinstytucjonalnej instytucji, jaką tworzyły studenckie koła naukowe” (s. 318). Także „[p]o wojnie polscy literaturoznawcy uczestniczyli w domowych seminariach – w Warszawie, w mieszkaniu Żółkiewskiego, (…), w mieszkaniu Mayenowej (…), w Gdańsku u Marii Janion, w Tartu u Jurija Łotmana i Zary Minc” (s. 271). To memento o fundamentalnym dla uniwersytetu znaczeniu. Zawsze jest aktualne, w czasie marnym narastającej przemocy, w których możni tego świata pozwalają sobie na nazywanie ludzi „śmieciami”, a głęboka wartość poznania ośmieszana jest rankingami i punktozą, nabiera szczególnego znaczenia. Nie zachowując antyinstytucjonalnego pulsu, uniwersytet przestanie być uniwersytetem.
Danuta Ulicka, Doświadczanie czasu w przestrzeni archiwum, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2024, 615 ss.