Przeczytajmy tę książkę

Poeci potrafią zdobyć się na analizy r zeczywi s tośc i , których trafność zawstydza zawodowych politologów. Kto wątpi, powinien sięgnąć po książkę, którą dzisiaj czytamy. Wydana pod koniec ubiegłego roku jest niezwykłym, czujnym, ale i czułym opisem świata Anno Domini 2020. Przede wszystkim to świat czasu pandemii, swoisty dziennik czasu zarazy, w którym „Ćwiczymy social distancing, a tak bardzo potrzebujemy/ bliskości i czułości” (s. 56). O bliskość i czułość było trudno nie tylko z racji restrykcji pandemicznych; ich deficyt rósł powoli, ale skutecznie, w miarę jak świadomie wywoływane podziały stawały się mechanizmem napędzającym politykę. Bliskość sprowadzono do taktycznej bliskości towarzyszy broni, którzy swój obowiązek widzieli w okazywaniu wrogości myślącym i żyjącym inaczej, niż przewidywał to „armijny” porządek. „Teraz, pod reżimem/ populistów, kłamców, aferzystów, chamów i faszystów/ czuję bezradność, nieprzystawalność poezji do dyktatury/ chamstwa, propagandy, bezprawia, manipulacji, hejtu,/ trollingu, wulgarności i tandetnego popu” (s. 74) – rapuje Machej, bo nie tylko nieobca mu ta sztuka, ale także pozwala dostrzec jej zadziwiające powinowactwa z rymopisaniem księdza Baki, o którym zresztą mądrze przypomniał nam przed laty profesor Aleksander Nawarecki. Ujmowanie ludzkich związków w wielkich kategoriach, takich jak „naród” nie sprzyja bliskości, a nawet przeciwnie – osłabia ją, rychło bowiem pojawia się straszne widmo kuszące „naród” do poczucia wyższości. Tym samym to, co mniejszościowe, zostaje odsunięte jako ciało obce. „Czy na Śląsku kwarantanna też/ ma być narodowa? Z tutejszą opcją niemiecką?” (s. 113).

Ale pandemia świata 2020 nie ma wyłącznie charakteru medycznego. W świecie biowładzy wszystko jest podszyte polityką. Chora władza podtrzymuje chorobę społeczeństwa i z niej czerpie swą energię: „autokratyzm w Polsce/ i na Węgrzech to choroba współwystępująca w epidemii,/ która powiększy rozmiary katastrofy w tych krajach” (s. 57). Stąd o demokracji mówi Machej w terminach medycznych, ale ponieważ czyni to, nawiązując do polskiego arcypoematu, nadaje swojej diagnozie tym większe znaczenie: „O demokracjo, ty jesteś jak zdrowie, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił” (s. 65). To pytanie o to, jak w dzisiejszym świecie nie pozwolić politycznym manipulatorom zawłaszczyć ważkich pojęć, z których przymiotnik „narodowy” jest najbardziej wystawiony na zainteresowanie propagandzistów. Chciałby zapewne autor, by przywołany apel papieża Franciszka: „świat musi się zjednoczyć/ dla przezwyciężenia pandemii, musi zaniechać wojen i odrzucić/ narodowe rywalizacje” (s. 59) nie był jedynie naiwnym marzeniem, ale wie również, że mimo całej naiwności tego rodzaju suplikacji powołaniem człowieka myślącego jest ciągle apel ów ponawiać i działać na jego rzecz.

Wracam do przenikliwego spojrzenia poety na historię. Jego teza mogłaby brzmieć następująco: świat 2020 i jego pandemiczna aura zaczęły się dużo wcześniej, nim wirus kazał nam szukać schronienia w czterech ścianach mieszkań. Wnikliwie pokazuje Machej, że pandemia pojawiła się wśród nas już w roku 2014, kiedy putinowska Rosja najechała Krym, a Donbas spłynął krwią. Pierwsza część tomu to „sonety hybrydowe i piekielne”, z których agresja Putina wyłania się jako pandemiczna siła stopniowo zarażająca resztę Europy. Zacytujmy tylko jeden z owych sonetów, by przekonać się o słuszności tezy Macheja:

Rosja podpisuje

Rosja podpisuje
z tobą przymierze,
Europo, podpisuje
z tobą układ

ręką ukraińskiego jeńca,
którą odrąbała siekierą,
ponieważ był na niej tatuaż
Sława Ukrainie

a swoją ręką wysyła
przeciwko tobie
bombowce,

aby sprawdzić refleks
twoich sił
szybkiego reagowania.

Ukraińcy szukają w korytarzach kijowskiego metra schronienia przed uwolnionym z laboratoriów propagandy wirusem mitu „narodowego” przenoszonego dzisiaj rakietami i czołgami („Rosja odpala sobie/ z wyrzutni rakietowych/ hybrydowe byliny/ o świętej Wszechrusi”, s. 18), bowiem „Rosja wierzy, że tylko przez nią/ Bóg utrzymuje kontakt z Ziemią” (s. 22). „Gdzież jest, poeto, ocalenie?” (s. 65). Zapewne w krytycznym, samodzielnym myśleniu, w lekturze, w obronie wartości rozumnego życia wspólnego, w „skupieniu się na cudach ziemi” (s. 83), w pomocy szukającym schronienia. A nade wszystko we wrażliwości, za sprawą której odnawia się bliskość i czułość. Poeta ostrzega wszak, że „hasła, piny i kody nie są kluczem do przyrody” (s. 55). Dodajmy od razu – podobnie jak punkty i granty nie są kluczem do uniwersytetu, a testy – do rzetelnej edukacji.

Zbigniew Machej: 2020. SPP: Dom Literatury w Łodzi 2020, ss. 125.