O łożu i stole

Nikt nie lubi sytuacji, w której musi słuchać prawionego mu kazania. To "nikt" dotyczy oczywiście głównie dzieci, które - dorastając - szybko zapominają czego to w wieku szczenięcym nie lubiły i same zaczynają wygłaszać reprymendy, odnajdując dziwną przyjemność w tym, co Wańkowicz nazywał "dydaktycznym smrodkiem". Prawdziwe, kościelne kazania też zresztą dzieci nudzą i jeśli akurat podczas takiegoż smarkacz nie ziewa długo i szeroko niczym widz na rumuńskim filmie, to znaczy, że właśnie połknął monetę przeznaczoną na ofiarę. Ja - mimo iż nie odbiegałem w swoich poglądach na atrakcyjność nauk kościoła od rówieśniczego grona - jedno z takich kazań do dzisiaj zapamiętałem. Ze wstydem jednak przyznaję, że nie z powodu jakiejś nadzwyczajnej iluminacji, która na mnie wówczas spłynęła, ale wręcz odwrotnie, za sprawą grzesznych myśli, które w taryfikatorze spowiednika zasługiwały przynajmniej na odmówienie jednej sążnistej litanii.

Rys. Marek Rojek
Rys. Marek Rojek
Otóż nasz katecheta, stosując wypróbowaną metodę angażowania słuchaczy do aktywnego uczestnictwa w nabożeństwie, zadał pytanie: - Które to meble uważamy za najważniejsze w naszych domach? Nie muszę dodawać, że reakcja na to pytanie była i jest do dzisiaj taka sama. Wszyscy gwałtownie zaczynają się chować za plecami bliżej stojących, ci zaś bez szans na ukrycie opuszczają głowy, a ich wzrok zdaje się przenikać kościelną posadzkę aż do dna krypty. Obdarzeni talentem artystycznym, rzucają się nagle na kolana w niepohamowanej chęci odmówienia żarliwej modlitwy. Wzrok księdza omiata więc jedynie sterczące nad kołnierzami metki. Powtórzenie pytania nie dało zbyt wiele. Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie będzie się narażał na publiczną kompromitację. Kiedy wreszcie wiszące nad nami nieszczęsne pytanie o istotę domowych sprzętów, nabrało ciężaru trzydrzwiowej szafy gdańskiej, zdesperowany ksiądz rozpoczynał rzeź niewiniątek metodą indywidualnej konfrontacji. - No Czesiu! Jakie to meble są najważniejsze w domu?! Słodki głos księdza dodatkowo potęgował jeszcze okrucieństwo tych tortur. Nic więc dziwnego, że ogrom cierpienia malujący się na twarzy małego Czesława zapewniał mu medalowe miejsce gdzieś między Janem Husem a Giordano Bruno. - No Czesiu, powiedz wszystkim!! - Telewizor?! Jęknęła ofiara, zrzucając z siebie brzemię niezasłużonej męki. Dzisiaj taka odpowiedź wywołałaby salwę śmiechu. Pamiętajmy jednak, iż dramat rozgrywał się w latach 60. i telewizor był nie tylko dumą każdej rodziny, ale i symbolem społecznego jej awansu. Ku naszemu zdziwieniu, brawurowa odpowiedź nie zyskała sobie księżej aprobaty, stąd też zrodziło się w nas podejrzenie, że pytanie było tendencyjne. Chodziło bowiem o stół i łóżko czyli o instrumenty służące scalaniu rodziny. O ile scalanie poprzez stół wydawało nam się tyleż oczywiste co mało ciekawe, to wariant łóżkowy budził w nas uzasadnioną, podszytą lekką nutką pikanterii ciekawość. Dla nikogo nie będzie chyba zaskoczeniem, gdy podpowiem, że limit czasu ograniczył kazanie jedynie do omówienia ważkiej roli jaka odgrywa pierwszy z mebli. Łóżko pozostawiono samopas na pastwę bujnej dziecięcej wyobraźni nie zawsze podpartej podstawową wiedzą nie tylko z zakresu stolarki użytkowej.

Ówczesny rozdźwięk między władzą a Kościołem spowodował, iż główny architekt (oczywiście tamtego systemu politycznego) Władysław Gomułka, robiąc na złość mojemu katechecie, aprobował jedynie ten typ budownictwa, który miał doprowadzić do atrofii rodzinnych więzi. W nikczemnie małych, ślepych kuchniach nie było mowy o ustawieniu stołu. Został on zredukowany do wstydliwego surogatu, zwanego kuchennym blatem roboczym. Za to w równie haniebnie małych pokojach, naród odgrywał się na reżimie zacieśniając wieloosobowe a często i wielopokoleniowe więzi, śpiąc pokotem na rozkładanych fotelach, różnych zmyślnych tapczanach, które dla ratowania wątpliwego komfortu nazywano "amerykankami". Jakież więc było moje zdumienie, gdy w radiowej "Trójce" usłyszałem informację, że nie gdzie indziej ale właśnie w Ameryce, w ciągu ostatnich dwóch lat trzykrotnie zwiększyła się liczba rodzin (18%) śpiących pospołu na jednym legowisku(?). Bierze się to ponoć albo z emigracyjnej nędzy, albo z potrzeby uściślenia rodzinnych kontaktów. Nie wiadomo czy Amerykanie śpiący niczym rodzina Kaziuka z "Konopielki" stosują metodę bretońskich chłopów, pakujących również gości do wspólnego łoża. U nas zresztą też - przed wiekami - była to przyjęta forma gościnności, z tym że pomiędzy osobami różnej płci kładziono obnażoną szablę. Powinno nam się to w Unii policzyć jako polski wkład do dyskusji o powszechności środków antykoncepcyjnych.

Ładny przykład związków między łożem a stołem opisał Ludwik Stomma ("Polityka" 18.01.03) na przykładzie naszego emigracyjnego króla Stanisława Leszczyńskiego: ...zapraszał na dysputy Woltera i Monteskiusza, sadzając ich potem do stołu razem z żoną, oficjalną metresą, pomniejszymi, ale równie oficjalnymi nałożnicami i swoim spowiednikiem na dokładkę. Czyż to nie prawdziwie "okrągły stół"? Skoro już wywołałem tę nazwę, to ze smutkiem muszę stwierdzić, że wypaczył nam się ostatnio ten historyczny mebel. To co w lutym 1989 roku było naszą chlubą i dumą, w lutym 2003 roku stało się naszym kolejnym narodowym wstydem zaraz po pijaństwie, stanie dróg i grupie Ich Troje. Wszystko oczywiście za sprawą Rywinowej afery! Sam prezydent w rozmowie z Jackiem Żakowskim ("Polityka" 1.02.03) nazwał wzajemne przenikanie się mediów, polityki i biznesu "zblatowaniem". Dziś już nie wypada blatać się przy wspólnym bracie... Nie, coś pomyliłem. Oczywiście: bratać się przy wspólnym blacie. I dlatego teraz, jeśli np. Monika Olejnik będzie chciała porozmawiać jednocześnie ze Zbigniewem Niemczyckim i posłem Koźmiukiem, to będzie im musiał towarzyszyć tzw. "czynnik społeczny' - najlepiej ksiądz albo policjant, by uniknąć podejrzeń o "zblatowane" konszachty. Pierwszymi ofiarami wiadomej afery stali się więc dziennikarze. Zwłaszcza ci sejmowi. Nie tak dawno, dużą popularność zdobyła sobie dziennikarka, która właśnie w sejmowej restauracji nakryła przy jednym stoliku (stoliczku nakryj ich?) posła SLD W. Adamskiego i Bogusława Bagsika. Stąd też sejmowa restauracja stała się ulubionym miejscem dziennikarskich inwigilacji. Poprzebierani za kelnerów, babcie klozetowe, ucharakteryzowani na "móżdżek po polsku", czy "ozór na szaro" dziennikarze, liczyli że im też się uda zdybać przy wspólnym stole: Leppera z Balcerowiczem, Rydzyka z Urbanem, czy Kwaśniewskiego z Górniak. Ta szansa już przepadła. Teraz tylko wybrani dziennikarze będą mogli zaglądać posłom w talerze.

8 lutego przez pięć bitych godzin, oglądałem dość wątpliwej jakości show, w którym jeden z entuzjastów obrad okrągłego stołu Adam Michnik, tłumaczył się, że to nie on proponował Rywinowi pieniądze w zamian za Polsat. I wówczas przyszła mi do głowy myśl straszna: Czesiek!! To ty miałeś rację! Stół - jakikolwiek by on nie był - zawsze przegra z telewizorem. Niestety.

P.S. Na omówienie kwestii łóżka, jak zwykle zabrakło czasu.

Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania