PRZYBYSZE Z CZASU MARZEŃ

Lucjan Wolanowski

Pisaliśmy na tych łamach o dziejach Wikingów, ich dalekich wyprawach, męstwie w walce. Opowieści te przywołałem teraz z pamięci, gdy piszę o Maorysach. Zwano ich „wikingami mórz południowych”. Myślę, że porównanie to naprawdę pasuje. Będzie nam przydatne w rozważaniach na temat wzajemnych stosunków między wyspiarzami Pacyfiku południowego a zjawiającymi się tam coraz częściej żeglarzami i osadnikami hiszpańskimi, brytyjskimi, czy holenderskimi.

„Szlachetny dzikus”, jak tego chciała – francuska zwłaszcza – opinia. Czy też może ludożerca czatujący na kolejne ofiary do garnka? Kto miał większy wpływ: biały człowiek na wyspiarzy, czy może oni na przybyszy z Europy?

Nocne tany kobiet na Tahiti – malował John Weber, który był uczestnikiem wyprawy Jamesa Cooka
Nocne tany kobiet na Tahiti – malował John Weber, który był uczestnikiem wyprawy Jamesa Cooka

Maorysi są rodzimą ludnością Nowej Zelandii. Ich wyprawy morskie były planowane szczegółowo. Załogi i ludzi dobierano starannie. Miesiącami szykowano prowiant. Niebo nie miało dla nich tajemnic, gdyż nawigacja odbywała się według znajomości układów gwiezdnych. Ba, cecha ta rozpowszechniona jest nadal między innymi wyspiarzami z tych stron. Dalej na północ, rybacy byli zaniepokojeni i nie ruszali w morze na połów, gdy na nieboskłonie dostrzegli pewnej nocy nieznaną im dotąd gwiazdę. Trzeba zrozumieć ich lęk. Ryzykowali życiem wypływając na połów, uspokoiła ich dopiero wiadomość, że to sputnik wędruje na niebie i nocą przypomina gwiazdę…

Kapitan Cook ogląda na Otaheite (dzisiejsze Tahiti) ofiarę z człowieka. To również obraz Johna Webera, który był świadkiem wydarzenia
Kapitan Cook ogląda na Otaheite (dzisiejsze Tahiti) ofiarę z człowieka. To również obraz Johna Webera, który był świadkiem wydarzenia

Wróćmy jednak do Maorysów. Ich tradycja wymagała pełnego szacunku dla morza. Łatwo bowiem było obrazić bóstwa morskich fal, a one mogły się mścić na żeglarzach. Maorysi z szacunkiem patrzyli na brytyjskie okręty wojenne, które zjawiły się u ich brzegów. W naszym dzisiejszym pojęciu nie były to wielkie statki. Ale dla Maorysów były zjawiskami z innego świata. Gdy jednak z okrętów opuszczono szalupy i brytyjscy marynarze zgodnym rytmem wioseł zbliżali się szybko do brzegu – Maorysi byli zgorszeni i oburzeni! Przecież w ich pojęciu szacunek dla bóstw głębin wymagał, by wioślarze siedzieli przodem do kierunku żeglugi. Brytyjczycy zaś… – no, wiecie sami, jaka jest racjonalna pozycja wioślarza…

zdjęcia zdjęcia
Takie fantastyczne kostiumy nosili aktorzy, którzy w Londynie występowali w pantomimie przedstawiającej obyczaje Polinezji. Jej legenda żyła już własnym życiem, dalekim od rzeczywistości

Maorysi imponowali najeźdźcom z Wysp Brytyjskich swą niezwykłą rycerskością. Mogły jej się uczyć ówczesne europejskie wojska, zaprawiane w zabijaniu.

Na Nowej Zelandii doszło bowiem do kolejnych wojen. Maorysi mieli fortyfikacje, byli słabiej uzbrojeni, ale niesłychanie odważni i – powtarzam – rycerscy. Nie będę pisał kroniki tych wojen, ale uderzył mnie znamienny epizod. Oto brytyjski fort oblegany jest przez Maorysów. Opór piechoty morskiej słabnie. Wreszcie Maorysi dowiadują się, że oblegani myślą już o kapitulacji, gdyż brak im wody. Sami dostarczają wodę Brytyjczykom, zmagania wojenne w ten sposób mogą toczyć się dalej…

Maorysi walczyli u boku Brytyjczyków w dwóch wojnach światowych. Nowozelandzkie oddziały z ochotnikami maoryjskimi były znane z wielu śmiałych akcji.

Tak wyobraźnia ówczesnych Brytyjczyków tworzyła wizerunek 'kobiety z ludu' w Polinezji. Zupełna fantazja, ale przedstawienia miały wielkie powodzenie
Tak wyobraźnia ówczesnych Brytyjczyków tworzyła wizerunek "kobiety z ludu" w Polinezji. Zupełna fantazja, ale przedstawienia miały wielkie powodzenie

Wracając do naszych rozważań, przypomniała mi się inna wojenna opowieść, której scenerię dane mi było oglądać na własne oczy. Nowa Gwinea – ostatnia zapora przed wojskami cesarza Japonii. Druga Wojna Światowa – lata czterdzieste minionego stulecia. Japończycy maszerują naprzód Szlakiem Kokoda, który wiedzie przez gęstą dżunglę. Ja, bez bagażu, w letnim lnianym ubraniu, idę z wielkim trudem. W samo południe jest tam półmrok. Jak maszerowali tu i walczyli australijscy ochotnicy, dźwigając broń i zaopatrzenie, gdy żołnierz cesarza mógł czaić się niewidoczny w gęstwinie zaraz za najbliższym drzewem?

Malowidło na rozpłaszczonej korze eukaliptusa, jedno z plemion Australii. Proszę zwrócić uwagę, że motyw jest identyczny – obojętne, czy się patrzy 'z dołu', czy 'z góry'. Mianowicie ci tubylcy nie mieli domów. To nie jest obraz do wieszania na ścianie, skoro nie było ścian. Leżał więc na ziemi, przy ognisku, przedstawiał jakąś legendę 'czasu marzeń' tego plemienia. Innymi słowy, uczestnicy ceremonii musieli oglądać motywy tak samo dobrze, obojętne, z której strony ogniska się znajdowali
Malowidło na rozpłaszczonej korze eukaliptusa, jedno z plemion Australii. Proszę zwrócić uwagę, że motyw jest identyczny – obojętne, czy się patrzy "z dołu", czy "z góry". Mianowicie ci tubylcy nie mieli domów. To nie jest obraz do wieszania na ścianie, skoro nie było ścian. Leżał więc na ziemi, przy ognisku, przedstawiał jakąś legendę "czasu marzeń" tego plemienia. Innymi słowy, uczestnicy ceremonii musieli oglądać motywy tak samo dobrze, obojętne, z której strony ogniska się znajdowali

Pomagali im Papuasi. Nie byli uzbrojeni, szli na bosaka. Nieśli cięższą broń, a czasem konserwy. Sprowadzali do lazaretów rannych Australijczyków. Wyróżniali się ofiarnością. Australia nie okazała im wdzięczności w latach powojennych, dopiero ostatnio myśli się o pomocy dla tych, którzy jeszcze żyją…

Papuas z Nowej Gwinei. Z 'Historii Jawy', monumentalnego dzieła, jakie napisał Raffles, pionier odkryć, założyciel Singapuru
Papuas z Nowej Gwinei. Z "Historii Jawy", monumentalnego dzieła, jakie napisał Raffles, pionier odkryć, założyciel Singapuru

A przecież była to gra o wielką stawkę. Szlak Kokoda wiedzie do Port Moresby. Stamtąd już tylko krótki skok przez morze i oto ogromny ląd, pełen surowców strategicznych, ziemia obiecana dla Japończyków. Wysłuchałem wielu wspomnień uczestników tych walk. Przeczytałem tak samo wiele wspomnień i zawsze powiadam, że nie ma tragedii bez przebłysku komedii. Oto wspomina kapelan polowy australijskiej piechoty, jak pełna niebezpieczeństw była jego służba na froncie i jak roztaczał opiekę duszpasterską nad rannymi w lazaretach. Dowództwo przydzieliło mu ordynansa, Papuasa, który oczywiście zamieszkał w jego namiocie. Był bardzo opiekuńczy dla kapelana, ale któregoś wieczoru podpatrzył, jak ten oficer wyjmuje z ust protezę dentystyczną i wkłada do szklanki. Z wrzaskiem rzucił się do ucieczki w dżunglę. Nie odnaleziono go po dziś dzień…

Jeszcze większe czary przypisywano lotnikom, którzy na małych samolotach przecierali szlaki, lądując w wioskach, do których nie ma i nie było żadnej drogi lądowej. Czy czas przeszły jest tu na miejscu? Ja sam jeszcze latałem do wiosek, które leżą w sercu wielkiej wyspy. A drogą lądową trzeba by było kilku dni bardzo mozolnej przeprawy przez dżunglę.

'Papuas, czyli Murzyn z Indyjskich Wysp, oraz wyspiarz z Bali'. Dowolność nazw była wtedy dość przypadkowa
"Papuas, czyli Murzyn z Indyjskich Wysp, oraz wyspiarz z Bali". Dowolność nazw była wtedy dość przypadkowa

Takim pionierem lotnictwa cywilnego na Nowej Gwinei był Ian Grabowski, potomek szkockiej rodziny z polskimi zapewne korzeniami. Najwyższy człowiek na Nowej Gwinei. Gdy w białym, długim płaszczu wysiadał na lądowisku, mieszkańcy wioski padali na twarz, przerażeni widokiem przybysza. W jednej wiosce Papuasi klękali i obserwowali ogon samolotu, przybyły z Grabowskim Papuas z wybrzeża, który mając na co dzień kontakty z Australijczykami uważał siebie za coś lepszego niż „prościuchy” z wioski, wyjaśniał pilotowi, co jest grane: „Kanaka, on patrzeć patrzeć, on dumać dumać: czy ten ptak, to samiec, czy samiczka”.

„Kanaka”, to nic obraźliwego, znaczy: „człowiek”. Ale zbliżamy się do sedna sprawy. Ludzie o białej skórze, rozmaicie byli oceniani na różnych wyspach i wysepkach południowej planety. Przeważnie uważano ich za przybyszów z Czasu Marzeń, czyli z zaświatów. Czas Marzeń, to czas zaprzeszły, nawet nie bardzo wypada się nad tym zastanawiać. Rozpoznawano w przybyszach zmarłych dawno mieszkańców wysp, którzy wrócili między żyjących. A jednak, w miarę napływu, coraz częściej podglądano ich w czynnościach prozaicznych dnia codziennego i włączano w krąg zwykłych ludzi.

Chciwość i zachłanność marynarzy i osadników na przykład na Nowej Zelandii, ich małe oszustwa i wielkie afery, dawały się we znaki wyspiarzom. Poniektórzy historycy Nową Zelandię w zaraniu brytyjskiej kolonizacji nazywają kolonią kolonii karnej, czyli Australii. Jeden z kronikarzy pisze, że zbiegowie z zesłania nabywali lub wyłudzali od wyspiarzy „wieprzki, kobiety i len” – w tej właśnie kolejności. Ryżowi chrześcijanie, czyli owieczki nawracane masowo przez różnych duchownych przy pomocy darmowych przydziałów ryżu, wypracowali sposoby na łatwe życie. Zabiegając w kolejnej kaplicy, czy domu misyjnym o porcję jadła – spotykali się zawsze z pytaniem o wyznanie. Roztropnie odpowiadali, że wyznają jedyną prawdziwą religię. Taka odpowiedź nie mogła nie satysfakcjonować.

14 grudnia 2001r.

c.d.n.
Fotografie ze zbiorów autora
Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania
NiesklasyfikowaneNowe książkiNiesklasyfikowaneOgłoszeniaNiesklasyfikowaneW sosie własnymOgłoszeniaNiesklasyfikowaneOgłoszeniaNiesklasyfikowaneKronika UŚNiesklasyfikowaneStopnie i tytuły naukoweNiesklasyfikowaneOgłoszeniaNiesklasyfikowane
Zobacz stronę wydania...