Letni felieton

Mój Boże, człowiek by już pojechał w teren – choć nie po to, by prowadzić badania, ale by odetchnąć od uczelnianej atmosfery – a tu redakcja domaga się felietonu na lipiec i sierpień. Akurat tak się zdarzyło, że nie mam żadnych konkretnych planów wakacyjnych, więc dzielę się moimi refleksjami z P.T. Czytelnikami.

Zresztą: dokąd tu jechać? W ubiegłym roku wybrałem się do tzw. ciemnego nieba, gdzie jakoby warunki oglądania Perseidów były najlepsze. I co? Ciemne niebo było zachmurzone i zamiast oglądać spadające gwiazdy, okazałem się typem spod ciemnej gwiazdy (no, może raczej zachmurzonej). Poza tym okazało się, że noc spadających gwiazd była tam obchodzona tydzień przed moim przyjazdem. A musiałem jechać dość daleko, bo w pobliżu Śląska i Zagłębia trudno uświadczyć ostoi ciemnego nieba, gdzie chroni się ciemność przed zanieczyszczeniami świetlnymi (niekiedy wysyłając chmury, zresztą ciemne). Tak więc w tym roku daruję sobie oglądanie meteorów i mam tylko nadzieję, że żaden się nie przedrze przez atmosferę, by spaść na mnie lub moich bliskich.

Połączenie odpoczynku z obserwacjami naukowymi nie wchodzi więc raczej w grę. W takim razie trzeba by się rozejrzeć w jakichś nienaukowych „destynacjach” (jak się Państwu swoją drogą podoba to słowo: destynacja?). Destynacji jest ogromnie dużo, tak więc nie ma szans, by pojechać tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł. Niestety czasy Stanleya poszukującego (i w końcu znajdującego) zaginionego Livingstone’a nieodwołalnie minęły. Znalazłszy w Ujiji (proszę sprawdzić, gdzie to jest, lub spytać w najbliższym biurze podróży, jak tam dojechać), wygłosił bodaj najsłynniejsze zdanie w historii podróży: „Doktor Livingstone, jak sądzę?”. Szansa pomyłki była nikła, ponieważ wtedy w tym rejonie Afryki zbyt wielu doktorów nie było. Dzisiaj byłoby Stanleyowi trudniej, a nawet znacznie trudniej.

Trudno dziś znaleźć miejsce, do którego nie docieraliby Polacy w ramach wyjazdów wakacyjnych. Kiedyś chciałem lecieć na Maderę, gdzie przed wojną spędzał wakacje Marszałek. Złośliwi wymyślili wtedy wierszyk: „Co to za zwierzę, siedzi na Maderze, orzechy chrupie, Polskę ma w…” (czyli w tej części ciała, która się rymuje ze słowem „chrupie”). Jednak Maderę odwiedzają już takie tłumy, że chyba się wstrzymam. W popularnej Hiszpanii jest zbyt gorąco. Na Bliskim Wschodzie – zbyt niebezpiecznie. W krajach byłego ZSRR – pięknie, ale strasznie, no i teraz w ogóle chyba nie wypada do Rosji czy Białorusi jeździć. Można by do Gruzji albo Kirgistanu, ale te kierunki stają się nazbyt „frekwentowane”. Nie mówię już o byłych demoludach, trywialnych Włoszech czy innej Francji. Z filmów wiem, że można zwiedzać jakąś egzotykę – ale właśnie filmy mogę obejrzeć w telewizorze lub na ekranie komputera. Zalewają nas, a dokładniej nasze smartfony, tysiące zdjęć przedstawiających krajobrazy, potrawy czy lokalsów. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że te wszystkie tematy zostały odkryte jakiś czas temu przez organizatorów masowego wypoczynku i są wliczone w cenę imprezy. All inclusive! W tejże kategorii widzę również wyprawy wycieczkowcami, na które raczej się nie zdecyduję, pamiętając o kapitanie Schettino i jego statku Costa Concordia.

Cóż pozostaje? Spacery, spacery, spacery. I wyprawy w głąb duszy, czyli lektury, lektury, lektury. Spacery są ostatnio utrudnione, zwłaszcza na ulubionej przeze mnie trasie wokół Uniwersytetu. Budowa Centrum Chemii po okresie niemowlęctwa weszła w stadium dziecięctwa i jak dziecko niszczy wszystko dookoła. Ostatnio zorientowałem się, że nie istnieje już skwer przy ul. Augusta Chełkowskiego 3,14. Skwer ten powstał w 2009 roku podczas kolejnego Święta Liczby Pi – stąd adres. Nie pamiętam, by w planach czy wizualizacjach taka dewastacja występowała. Zastanawiam się, co na to organizatorzy Święta Liczby Pi, o którym co roku pisze GU. Czy skwer będzie przywrócony do stanu poprzedniego? Byłoby to pożądane, zwłaszcza że w przyszłym roku obchodzić będziemy setną rocznicę urodzin patrona ulicy, przy której jedynym adresem był skwer pod numerem 3,14. Nawiasem mówiąc, słyszałem, że Senat UŚ przyjął uchwałę o uczczeniu wspomnianej rocznicy. A czy Senat RP podjął uchwałę o ogłoszeniu roku 2027 Rokiem Augusta Chełkowskiego? Był on Marszałkiem izby refleksji.

Co do lektury, to przychodzi mi jeszcze na myśl Biblia, w której podobno jest wszystko, a jeśli tego nie zauważyliśmy, to trzeba ją przeczytać raz jeszcze. Przychodzi mi jednak na myśl irlandzki żart, który podsumował naukę religii w następujący sposób: „Na początku było słowo, brzmiało ono: nie!”. Życzę wszystkim miłych wakacji.