Nowe kopalnie, huty, elektrownie, takie jak Turów czy Bełchatów, stały się synonimem gigantycznego postępu gospodarczego, propagandowym sukcesem powojennej, peerelowskiej rzeczywistości. Nowe ośrodki przemysłowe pochłonęły jednak wiele miejscowości. Z map zniknęły m.in.: Opolno-Zdrój, Rybarzowice, Kazimierz Biskupi, Pątnów, Bogomice i Rapocin, Piaski, Wola Grzymalina, pokryły je zwałowiska odpadów bądź zalały hektolitry wody. Mieszkańców wysiedlono, a ich domostwa, pola uprawne, szkoły, kościoły przetrwały tylko na fotografi ach. O bliznach w ludzkiej pamięci i o bliznach w ziemi – śladach po szybach, wyrobiskach i hałdach, które na zawsze zmieniły polski krajobraz, rozmawiamy z historyczką literatury, badaczką pamięci o przemyśle ciężkim, autorką książki Blizny. Krajobrazy po przemyśle, prof. dr hab. Martą Tomczok z Instytutu Literaturoznawstwa na Wydziale Humanistycznym UŚ.
Pamięć w pracy badawczej Pani Profesor zdaje się wartością nadrzędną. Dowodzą tego liczne publikacje dotyczące traumy historycznej, jaką był Holokaust, zapomnianych autorów, jak chociażby Irit Amiel, czy wspomnienia wysiedleńców.
To bliskie mi spostrzeżenie. Pamięć mnie dręczy, traktuję ją przede wszystkim jako poczucie obowiązku podyktowane moją własną wewnętrzną strukturą, mocno związaną z etyką. Wydaje mi się, że wiem, o czym powinniśmy pamiętać, a o czym możemy zapomnieć. Jak większość kultur europejskich jesteśmy przeciążeni, szczególnie pamięcią ostatniego wieku. O wielu wydarzeniach, zwłaszcza okresu powojennego, chcielibyśmy nie pamiętać, ponieważ są one pamięcią uciążliwą, ale wewnętrzny nakaz nie pozwala na ich wymazanie. To główne źródło mojego antropologicznego podejścia do pamięci, opartego na rozmowach i relacjach z ludźmi. Chcę tym samym dać im, pamięci i sobie szansę, aby nie bolała za bardzo. Nie jestem sojuszniczką działań traumatologicznych, które, odbliźniając blizny, każą stale myśleć o ranach, pielęgnują poczucie winy. Nie możemy nieustannie nasączać się różnymi tragediami, za które jako społeczeństwo jesteśmy współodpowiedzialni. Istotne jest, aby znać fakty i wiedzieć, co w tej naszej relatywnej rzeczywistości jest białe, a co czarne. Dlatego uważam, że najistotniejsze jest oddać głos ludziom, pozwolić im opowiadać o zapamiętanych wydarzeniach, utrwalonych obrazach, a także swoich emocjach.
Książka Blizny… nie jest naukowym opracowaniem ludzkich losów na tle (często) nieuchronnych przemian gospodarczych. Nie analizuje cierpienia jednostki w imię wyższego dobra, jakim jest postęp czy poprawa bytu, a jednak przejmujące traumy jej bohaterów zapadają w pamięć silniej niż liczby czy analizy.
Z założenia to nie miała być książka teoretyczna ani naukowa, miała być ludzka i taka jest. To moi bohaterowie opowiadają, jak nauczyli się żyć z trudną pamięcią. W miarę gromadzenia materiału szybko okazało się, że bardzo wiele jest takich miejsc, w których budowa nowego przemysłu pochłonęła dziesiątki ojcowizn, a ludzie doświadczyli traumatycznych przesiedleń. A jednak ci ludzie nie tylko normalnie funkcjonują w swojej codzienności, potrafi ą także opowiadać o tragicznych przeżyciach. I to właśnie oni są współautorami tej książki. To też jest ich książka.
Czy przystępując do zbierania materiału o krajobrazach po przemyśle, wiedziała Pani, że powstaną Blizny?
Jestem rodowitą Ślązaczką, widoki pokopalniane, poprzemysłowe są dla mnie codziennością. Znacznie mniej wiedziałam o odkrywkowych kopalniach węgla brunatnego. Postanowiłam więc zacząć od tego, co najtrudniejsze. Nie spodziewałam, jak bardzo inspirujące okażą się te krajobrazy. W okolicach Bełchatowa oczekiwałam potężnych obiektów kopalnianych, a zobaczyłam otwartą dziurę i całkowite pustkowie. A gdzie są ludzie? To pytanie okazało się kluczowe, od niego wszystko się zaczęło: od szukania ludzi, którzy musieli przecież tu kiedyś być. Cudownie trafi łam do niezwykłego Stowarzyszenia „Ojcowizna Wola Grzymalina”, jego członkami są mieszkańcy nieistniejącej już wsi. Spotykają się co kilka miesięcy, aby nie zapomnieć o miejscu, w którym się urodzili, gdzie spędzali beztroskie dzieciństwo, gdzie dorastali. Ich relacje okazały się kopalnią wiedzy. Te spotkania zaowocowały cennymi znajomościami, przyjaźniami. Zostałam honorowym członkiem stowarzyszenia i jestem z tego wyróżnienia szczególnie dumna.
Z Blizn… dowiadujemy się, że historia bełchatowskiego zagłębia paliwowo-energetycznego zaczęła się właśnie w Woli Grzymalinie na początku lat 80. ubiegłego wieku. Po wysiedleniu jedna z bohaterek książki wraz z rodziną wielokrotnie odwiedzała miejsca, gdzie kiedyś wszyscy mieszkali. W milczeniu obserwowali powiększający się wkop, a po kilku latach ich wieś zamieniła się w otchłań. To przejmująca relacja.
Te spotkania były niezwykłe, dziesiątki rozmów, stosy zdjęć, pamiętniki, emocjonalne opowieści o przesiedleniach. Dla mnie to był trudny, bolesny czas. W naszej historycznie zakodowanej pamięci wysiedlenia kojarzą się głównie z Niemcami, którzy byli zmuszeni opuścić swoje domy. Zaczęłam mieć wątpliwości, czy to słowo jest adekwatne w odniesieniu do ludzi, którzy musieli oddać swoją ojcowiznę pod budowę przemysłu. Jednak zarówno moi rozmówcy, którzy czuli się wysiedleńcami, jak i pochodzenie słowa sioło, przekonują, że wysiedlanie znaczy więcej niż wywłaszczanie, pozbawianie własności.
Szlak Blizn… jest dosyć skomplikowany. Zaczyna się w Łużycach, po obu stronach granicy, wiedzie przez wsie w Konińskiem, Łódzkiem, zahacza o Górny Śląsk, by zakończyć wędrówkę w magicznym Moście w Czechach.
Trasa mojej książki była wynikiem splotów wydarzeń, a nierzadko przypadków, takich jak na przykład odkrycie poezji Marii Kozłowej, z której dowiedziałam się o wysiedlonych wsiach pod Tarnobrzegiem. Z filmu Mieć miedź Lechosława Czołnowskiego i Piotra Zarębskiego z 1987 roku dowiedziałam się o siedmiu miejscowościach, takich jak Wróblin, Rapocin czy Bogomice spod Głogowa. Wszystkie miejsca, które opisuję, są moimi odkryciami. Zadałam sobie temat: wysiedlenia – i szukałam, kopałam jak kret. Wkrótce zrozumiałam, że każdy zakład przemysłowy, który wymagał odkrycia ziemi (węgiel brunatny czy miedź), dokonywał wysiedleń. Przygotowując się do projektu naukowego, który obecnie realizuję, obliczyłam, że takich miejsc jest około 150, napisanie o wszystkich było nierealne.
Rozumiejąc traumę ludzi wysiedlanych, trudno jednak nie dostrzegać racji drugiej strony. Odkrycie potężnych złóż naturalnych było zapowiedzią postępu gospodarczego, na który czekała z nadzieją reszta kraju. Dla mieszkańców znikających miejscowości była to apokalipsa, dla budżetu państwa – cud gospodarczy.
Cuda dzieją się wśród apokalipsy i cuda muszą pociągać za sobą czasem bardzo trudne konsekwencje. Amerykański kulturoznawca związany z przemysłem, Rob Nixon, wprowadził do literatury pojęcie powolnej przemocy, która oznacza długotrwałą, ukrytą i systemową krzywdę środowiskową, jej ofi arami z jednej strony są ludzie, z drugiej – natura. Niestety, dobro, które niesie rozwój przemysłu, pociąga za sobą długotrwałe negatywne skutki. To, co w krótkiej perspektywie oceniamy jako cud gospodarczy, po czasie może okazać się zabójcze. Powolne zatruwanie wody, powietrza, zmiany klimatyczne. Na pytanie, czy musiały dokonać się Bełchatów, Turów, kopalnia w Koninie, elektrownia w Turoszowie itd., odpowiedź jest oczywista – musiały! Tak dzieje się na całym świecie. Polska pod względem bogactw naturalnych jest krajem względnie bogatym. Z tego jednak, jak dokonywano ekstrakcji po wojnie, należało wyciągnąć wnioski. To było rabunkowe wydobycie. Wysiedlenia w latach 70. i 80. ubiegłego wieku były także nieprzemyślane, raniły ludzi, burzyły małe społeczności, nie liczyły się z konsekwencjami społecznymi.
Były też jasne strony wysiedleń.
Moi rozmówcy często podkreślali, że nie zamierzali całego życia spędzić w swoich małych miejscowościach czy wsiach. Planowali przyszłość w dużych miastach, pociągały ich wygodne, nowoczesne mieszkania, a także industrializacja zapewniająca dobrą pracę i płacę, które gwarantowały awans społeczny, szalenie ważny szczególnie dla pokolenia powojennego.
Kto jest adresatem Blizn…?
Przede wszystkim jej bohaterowie, ci, którzy znaleźli się w tej książce, jak i ci, o których jest mowa, choć imiennie w niej nie wystąpili. Adresatami są również wszyscy, którzy mają doświadczenia wysiedleńcze. Chciałabym, aby odnalazły się w tej książce zarówno osoby, które mieszkają przy miejscowościach zalanych wodą, jak i wysiedlone przez przemysł, ludzie, których domostwa zniknęły pod hałdami w imię społecznego interesu. Zależy mi także na tym, aby ta książka dotarła do czytelników naszego regionu, udowadnia bowiem, że górnictwo węgla kamiennego nie jest jedynym górnictwem w Polsce. Kopalnie odkrywkowe są nadal eksploatowane. Mówienie o dekarbonizacji i procesie odejścia od wydobywania węgla kamiennego z pominięciem brunatnego jest rodzajem greenwashingu, wykluczeniem tego surowca z naszego zarówno polskiego, jak europejskiego myślenia.
Z perspektywy dzisiejszego pokolenia zmiana miejsca zamieszkania, migracja są czymś naturalnym.
To obszar zainteresowań socjologów. Mając odpowiednie narzędzia badawcze, mogą ustalić liczbę ludzi utożsamiających się z miejscem urodzenia w stosunku do tych, którzy czują się nomadami. Potrzeba związku z miejscem kojarzącym się z dzieciństwem, rodziną, najbliższym otoczeniem przychodzi z czasem i odzywa się niezależnie od tego, czy ktoś opuścił je, ponieważ został wysiedlony, czy w naturalny sposób jego rodzina zmieniła miejsce zamieszkania, czy nadal w nim tkwi. Ludzie przypominają sobie o korzeniach tym silniej, im bardziej możliwość powrotu do nich jest niemożliwa, kiedy ich korzenie giną w wyrobiskach lub zalewa je woda. To jest naturalne, że chcemy wrócić do miejsca urodzenia, chcemy o nim pamiętać, chcemy uporządkować swoje relacje z nim. Ta książka jest o tych, którzy nie mają już szansy powrotu, dlatego spotykają się w grupach, oglądają zdjęcia, wspominają.
Uczestniczą w nich także młodzi ludzie?
Powoli te spotkania stają się wielopokoleniowe, słyszę o coraz młodszych uczestnikach, którzy dołączają do tych grup. Większość stowarzyszeń i grup nieformalnych narzeka jednak na brak wymiany międzypokoleniowej. To także bolączka stowarzyszeń, z którymi współpracuję w ramach swoich naukowych projektów związanych z górnictwem węgla kamiennego: Obrazy i historie czarnych miast i Mapowanie kultury ostatniego zagłębia węglowego w Europie. Ten brak wymiany szczególnie dotkliwy jest w przekazie między pokoleniami urodzonymi w latach 50. i 80. Pokolenie lat 50. stanowi wzór, imponuje ich pociąg do wiedzy, ogromna chęć kształcenia się, wysoki poziom czytelnictwa, trwający do dzisiaj szacunek do książek, nie jako przedmiotu, ale bytu. Dlatego tak wielu moich rozmówców chciało ze mną rozmawiać, byli gotowi z entuzjazmem pracować nad poszczególnymi rozdziałami. Pewne przekazy mieli wręcz gotowe w głowach. To właśnie z tego pokolenia wywodzi się wielu historyków regionalnych na Górnym Śląsku i w Zagłębiu. Ci najbardziej fenomenalni nie mają wykształcenia, zazwyczaj są to byli pracownicy zakładów przemysłowych. To jest pokolenie, któremu się chce.
Cieszy natomiast nowy, coraz wyraźniejszy trend w Polsce – tworzenie przez młodych tak zwanych archiwów społecznych, czyli zbieranie pamiątek rodzinnych, zdjęć, gromadzenie spisanych lub opowiedzianych wspomnień starszych pokoleń. Takich domorosłych ogrodników pamięci jest coraz więcej. Jest to wprawdzie pamięć zastępcza, ale to bardzo cenna inicjatywa, której nikt młodym nie narzuca, sami garną się do archiwizowania dziejów swoich małych ojczyzn. To także sygnał dla każdego z nas: rozmawiajmy, zapisujmy wspomnienia naszych najbliższych. Brak czasu nas nie tłumaczy.
Ubywa obiektów poprzemysłowych. W Sosnowcu jeszcze w latach 80. funkcjonowało 5 kopalń węgla kamiennego. Górnictwo żywiło większość mieszkańców miasta. Ostatni wózek z węglem opuścił kopalnię Kazimierz-Juliusz w 2015 roku. Minęła dekada, a po kopalniach prawie nic nie pozostało. Tereny pogórnicze zagrabiają deweloperzy.
Żyjemy na zgliszczach przemysłu. Wszystkiego ocalić się nie da. Na szczęście są osoby, takie jak prof. Robert Krzysztofik z Uniwersytetu Śląskiego, który zajmuje się geografią społeczno-ekonomiczną i gospodarką przestrzenną, prowadzi także badania z geografii historycznej i transformacji regionów poprzemysłowych. Niedawno brałam udział w seminarium, które odbyło się w Pałacu Schoena w Sosnowcu. Wielu uczestników ubolewało nad ginącymi w mieście zabytkami poprzemysłowymi. Tymczasem sama architektura nie opowiada historii, musi ją wspomóc nowoczesna opowieść, która trafi do ludzi spoza regionu i będzie dla nich zrozumiała. Rekonstrukcje budynków i kolejnych urządzeń to za mało.
Blizny… są doskonałym przykładem, jak można opowiedzieć historię. Szczere, pozbawione zbędnego sentymentu wypowiedzi bohaterów książki sprawiają, że wiele nieistniejących miejsc ożywa, a niektóre opowieści działają niczym Proustowskie magdalenki, ocalając ulotność tych miejsc od zapomnienia.
Chciałam, aby zdewastowane krajobrazy, o których piszę, nie były pozbawione nazw, żeby zostało po nich coś więcej niż wybrużdżona ziemia. Stąd wypowiedzi i teksty pojedynczych osób. Głosy skrzywdzonych są przepełnione żalem, pretensjami o zabraną ojcowiznę i skazanie ich na życie w środowisku zanieczyszczonym odpadami przemysłowymi. Ale to dzięki ich wspomnieniom można odtworzyć pierwotny obraz wsi, domostw, rzek, stawów, które dziś przykryły hałdy, ścieki, sztuczne jeziora. Ludzie wspomnieniami potrafią odczarować miejsca skazane na nieistnienie.
Serdecznie dziękuję za rozmowę.