Przeczytajmy tę książkę

Co robić, gdy sprawujący władzę autokratyczni egomani usiłują za wszelką cenę dowieść własnej wielkości, naginając życie innych do swoich własnych wyobrażeń o życiu? Jak postępować, gdy tytułem do sławy jest łamanie prawa, gdy coraz wyraźniej widać, że naga siła staje się jedynym regulatorem konfliktów? Przemoc, pretendując do tej roli, jednocześnie kompromituje się: nie tyle reguluje i rozwiązuje spory, co podsyca je i jątrzy. Szuka wojen, zabiegając o pokojową Nagrodę Nobla. A kiedy wojna zbiera krwawe plony, jak radzić sobie z własną bezradnością na widok bestialsko zbombardowanego teatru w Mariupolu, kompletnie spalonej Gazy, blisko dwustu trumien w irańskiej szkole dla dziewcząt?

Odpowiedź pierwsza i podstawowa: nie pozostawać obojętnym i nie odwracać głowy. Nie ignorować cierpienia: jeśli posuniemy się do tego, nic nas nie uratuje. Gdy polityczni egomani pędzą na rabunek, naszym obowiązkiem jest biec na ratunek. Wspomniana kiedyś przez Bèlę Hamvasa opozycja rabunek – ratunek udatnie wyznacza moralne bieguny dzisiejszego świata. Co rozumiemy przez ratunek, którego mamy być rzecznikami, my, ludzie szarej codzienności, których rządzący stawiają przed faktami dokonanymi i cynicznie postrzegają jedynie jako potencjalnych wyborców? Otóż właśnie o ocalenie codzienności rzecz idzie. Jak czytamy: „Proste gesty, jeśli kierujemy je w stronę innego człowieka, są jak obietnica ocalenia. Woda, jedzenie, koc są jak fundamenty, na których buduje się azyl dla tych, którzy muszą uciekać” (s. 264). Jeżeli wojna stała się codziennością, trzeba jak największą połać tej codzienności przed nią obronić. Oznacza to czynienie pokoju (choćby tylko wokół siebie), ale, by było ono skuteczne, musi brać początek w myśleniu pokoju. Myśleć pokój zaś to efekt „świadomego przeżywania i wyrażania własnego działania”, co pozwala na krytyczną refleksję wobec siebie i otaczającego świata. 

Chodzi o stworzenie przestrzeni namysłu, w którym jest czas na refleksyjność pozwalającą zerwać z obojętnością, ale jednocześnie wypracować najskuteczniejszy sposób praktycznego działania, także pedagogicznego. Myśleć pokój i uprawiać pedagogikę pokoju – to rozmawiać z samym sobą o świecie po to, aby nie ulec podsuwanym nam przez polityków i media a-społecznościowe prostym (a słuszniej będzie rzec: prostackim) rozwiązaniom i by świat móc w konsekwencji zmieniać. Piszą autorzy, że „ów dialog z samym sobą i z innymi na temat sensów istnienia i przemijania, przebaczenia i pojednania, doświadczania cierpienia” (s. 561) stanowi warunek ocalenia. Rozmowa, słowo chyba odpowiedniejsze niż komunikacja, w której pobrzmiewa echo korporacyjnej umiejętności zlecania i przyjmowania zadań do wykonania, zatrzymuje uwagę tych, którzy chcą spieszyć na ratunek. Rozmowa jest darem, którego nie wolno zlekceważyć, zwłaszcza w sytuacjach dramatycznego kryzysu, który często alienuje jednostkę, odrywając ją od znanego jej świata. Stąd rozmowa jako „nasłuchujące pytanie” (s. 559) zdolne do właściwego rozpoznania sytuacji, gotowe do podchwycenia nawet milczących sygnałów. Bo wspomniany już namysł to zmiana sposobu doświadczania czasu: niepokój i gorączkowy pośpiech zrozumiały, gdy trzeba uciekać przed zagrożeniem, staramy się stopniowo uspokoić, spowolnić, uwolnić człowieka od presji natychmiastowej reakcji. Choreografia takiego ruchu może obyć się bez słowa: „Gestem czułości wprowadzamy potrzebującego człowieka w inne tempo, inny czas, (…) aby przeżycie, doświadczenie, sytuacja mogły coś do niego powiedzieć”, w konsekwencji „trwamy w ciszy, która jest słuchaniem”, a w tej ciszy znajdujemy „wytchnienie pełne rzeczywistej obecności” (s. 64).

Ta książka powstała z czułej potrzeby serca i umysłu jako odpowiedź na postawione na początku niniejszego szkicu pytania. Gdy Rosja, łamiąc zasady prawa międzynarodowego, zaatakowała Ukrainę, Polacy otwarli swoje domy dla setek tysięcy uciekinierów (przejmujące zdjęcie dziesiątków dziecięcych wózków zostawionych na przemyskim peronie dla ukraińskich matek), ale jednocześnie zabrakło nam słów, by, po pierwsze – opisać całą głębię dramatycznego doświadczenia i, po drugie – by nieść pociechę niebędącą banalnym dodawaniem otuchy w rodzaju „Nie przejmuj się, będzie lepiej”. Jeśli Hannah Arendt miała rację, mówiąc o banalności zła, to obcując z tragicznymi wydarzeniami w Ukrainie, Gazie, Iranie przekonujemy się, jak banalne bywa pocieszenie. „Zabrakło nam słów, aby wyrazić to, co zobaczyliśmy”, wyznają Autorzy książki, ale całe swe obszerne dzieło poświęcają właśnie słowom. Chcą odzyskać znaczenie słów ratujących życie, bowiem „w dobrym słowie, w słowie ratującym życie drzemie jakaś tajemnica, a zarazem jakiś wymiar prawdy o człowieku i jego człowieczeństwie” (s. 11). Książka o poszukiwaniu dobrego i mądrego słowa oraz o tym, jak może ono zmieniać ludzkie życie. Tylko i aż tyle. Cenne przypomnienie o tym, jakie jest powołanie nauk humanistycznych.

Słownik wyrazów ratujących życie, pod red. Michała Palucha, Wydawnictwo Impuls, Kraków 2023, 735 ss.