Z czasów mej młodości pamiętam, że istniała inteligencja pracująca, której w szczególności nie przysługiwały punkty za pochodzenie przy rekrutacji na studia; był to więc swego rodzaju numerus clausus. Punkty były dla młodzieży, która wywodziła się z rodzin robotniczych i chłopskich (nawiasem mówiąc, przeczytałem gdzieś, że udział młodzieży chłopskiej wśród studentów był znacznie większy przed pierwszą wojną światową, chociaż jako żywo uniwersytety nie miały wtedy systemu punktowego). Z dzisiejszej perspektywy wypadałoby jednak spytać, czy istnieją też sztuczna klasa robotnicza (tu o odpowiedź stosunkowo łatwo: robotyka rozwija się pełną parą) oraz sztuczna klasa chłopska (tu mam wątpliwości, bo chociaż i na wsi człowiek coraz częściej jest zastępowany przez maszynę, to jednak nie da się tak łatwo wyrugować). I czy społeczeństwo jest gotowe promować niektóre formy pracy, zwłaszcza nieintelektualnej.
Słychać dość często, że ejaj zastąpi człowieka i że już zaczął to robić w niektórych sektorach rynku (np. paradoksalnie młodzi informatycy mają problemy ze znalezieniem zajęcia po studiach, bo ich pracę łatwiej, szybciej i taniej wykona jeden z licznie dostępnych „silników” zwanych czatami. Z drugiej strony ejaj wciąż musi być kontrolowany przez specjalistów, ponieważ ma wbudowany modem fantazjowania i zdarza się, że podaje dane niemające zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością). Mówi się, że wkrótce nie będzie potrzeba lekarzy i prawników, bo ejaj udzieli odpowiedzi na pytania nękające pacjentów i klientów kancelarii. Akurat w to drugie trudno mi uwierzyć, ponieważ prawnicy tak bardzo rozbudowali system, w którym nic nie jest pewne, że żaden ejaj tu nie da rady rozstrzygnąć, a jeśli nawet, to takie rozstrzygnięcie będzie podważone w apelacji.
Poza tym, skoro mowa o inteligencji, powstaje pytanie, czy istnieją sztuczne choroby, jak sztuczna schizofrenia czy sztuczne załamanie nerwowe, nie mówiąc o sztucznej depresji. I kto by takie dolegliwości leczył? Wspomniane błędy wymagają już teraz interwencji istot na wyższym poziomie. A jeśli poziom będzie się podwyższał? Na razie wszakże groźniejsze wydają się skutki istnienia ejaja dla stanu umysłowości użytkowników. Już wynalazki smartfona zwalniały ludzkość od obciążania pamięci numerami telefonicznymi, nie trzeba było w ogóle niczego pamiętać, bo można to było znaleźć w internecie. A co teraz będzie? Moje proroctwo (ale, jak wspomniałem, jestem kiepskim prorokiem) wieszczy, że po okresie rozwoju ludzkości stajemy u progu gigantycznej „cofki” ewolucyjnej. Spodziewane osiągnięcia ejaja, który niewątpliwie jest narzędziem wymuszającym zmianę naszego myślenia, będą przyczyniały się do spotęgowania ewolucyjnych przemian negatywnych. W końcu doprowadzić to może do powstania społeczeństwa, w którym rządzić będzie ,,górne dziesięć tysięcy”. Byłaby to swoista realizacja programu platońskiego; rządzić będą elity, które opanują zagrożenia ejaja.
Reszta będzie skazana na produkowane przez ejaja fejki, które coraz trudniej będzie odkryć. Mimo wszystko spójrzmy na ten wynalazek z optymizmem. W przeciwieństwie do druku czy komputera, z którymi czasem jest porównywany, ejaj sam się uczy. Wierzmy, że nauczy się też odkrywania prawdy, informowania o niej w sposób rzetelny i przy okazji empatyczny. Wtedy może się okazać bezcenną pomocą, także dla osób cyfrowo wykluczonych. A jakież on daje możliwości uczonym! Ostatnio słyszałem, że ludzie coraz więcej piszą, a coraz mniej czytają. Ale stosując ejaja, będą się mogli niezawodnie przekonać, że to, co piszą, już dawno zostało napisane. I wtedy zajmą się czymś innym. A malowaniejaj zostawią sobie na Wielkanoc.