Przeczytajmy tę książkę

Ponad dziewięćdziesiąt lat po przekładzie Ewy Librowiczowej spod pióra Jerzego Kocha wyszło nowe tłumaczenie Buddenbrooków Thomasa Manna, wielkiej powieści, za którą Manna nagrodzono Noblem w 1929 roku. Zważywszy, że przekład Ewy Librowiczowej ukazał ledwie dwa lata później, trzeba docenić wysiłek tłumaczki, zadanie bowiem nie było łatwe. Jerzy Koch elegancko dowartościowuje pracę swej poprzedniczki, pisząc, że choć tekst postarzał się stylistycznie (co zrozumiałe), jednak „nowa wersja nie unieważnia poprzedniej, lecz tylko jest do niej swoistym dopowiedzeniem na innym etapie rozwoju polszczyzny” (s. 18). Warto upomnieć się o Librowiczową, o której wiadomo niestety niewiele, bo pojawiła się w kręgu literatury jak meteor; nim zniknęła, zostawiła przekład innej powieści Manna, lecz sygnowany jako „Librowiecka”, a więc być może był to, jak podejrzewa autor nowego przekładu Buddenbrooków, jedynie pseudonim nawiązujący do łacińskiego słowa libra – księga. Byłaby więc pierwsza tłumaczka dzieła Manna postacią jakby wyjętą z kart jego powieści, w której kobiety gubią się w mrocznym labiryncie męskiego ładu ekonomicznego i politycznego, marnują swe talenty, choć nie przestają być patronkami-matronkami-aniołami pokoju domowego, jak pisał w 1854 roku angielski poeta Coventry Patmore w tekście niemal „programowym”, bo zatytułowanym The Angel in the House. Chociaż i ten anielski matronat przyziemnie sprowadza się do oczekiwań męża, by „żona była nieustannie radosna, nieustannie rozmawiała i żartowała, bo kiedy spracowany i w złym humorze wraca do domu, chce, by żona zabawiała go w lekki i wesoły sposób” (s. 447). Dwa nieudane małżeństwa Antonii Buddenbrook, równie fatalny związek jej córki Eriki, szczególna relacja Gerdy i Thomasa Buddenbrooków, którą Flaubert mógłby z powodzeniem się posłużyć, tworząc nową wersję Pani Bovary – wszystko to historie niespełnionych miłości, emocji oszukanych ekonomicznymi transakcjami, nierzadko okazującymi się pospolitymi kłamstwami.

Życie bierze górę nad ludźmi w powieści Manna. I to pomimo coraz lepiej idących interesów, coraz większych rezydencji, coraz liczniejszych zaszczytów. Dzieje mieszczańskiej Lubeki to historia słabnącego ducha. Wycofuje się on przed coraz agresywniejszym sposobem akumulacji bogactw i kapitału. Coraz bardziej radykalne zmiany zewnętrznych oznak zasobności zakrywają narastające poczucie pustki. Z jednej strony „szczęście i sukces”, dywaguje konsul Buddenbrook, lecz „jeśli tutaj w środku zaczyna coś słabnąć, rozluźniać się, mozolić, już wkrótce wszystko wokół nas się uwalnia, stawia opór, buntuje, uchyla od naszego wpływu… Wtedy (…) porażka goni porażkę i jesteś załatwiony” (s. 425). Nad zasobną Lubeką unosi się zapach śmierci. Życie staje się „logicznym ciągiem innych procesów rozpadu, końca, likwidacji, zepsucia”. Ten zapach czuje młody Hanno, żegnając odchodzącą ze służby wieloletnią opiekunkę: „wyczuwał tę dziwnie swojską woń, której przy katafalku babki nie były w stanie stłumić żadne kwiatowe zapachy” (s. 667).

Ale, paradoksalnie, mimo słabnących sił i woli, mimo coraz liczniejszych pogrzebów i coraz częstszych wyprzedaży dobytku, właśnie śmierć jest tym, od czego słabnący duch tej kultury odciąga uwagę swych przedstawicieli. Jak Brzozowski krytykuje szlachecką kulturę Polski, tak w Buddenbrookach Mann karci mieszczan za zanik zmysłu metafizycznego. Posuwający się w latach senator Buddenbrook „zaczął popadać w zadumę, badać w sobie swój stosunek do śmierci i kwestii pozaziemskich… i od razu przy pierwszych takich próbach okazało się, jak beznadziejnie jego duch jest niedojrzały i nieprzygotowany na śmierć” (s. 624).

Myślenie wyparte przez codzienne zabieganie, „gorączkowa pedanteria” w sprawach „bezwartościowych błahostek” bierze górę nad namysłem. Thomas Buddenbrook sięgnie po tom Schopenhauera, który zrobi nam nim piorunujące wrażenie, ale to jedynie moment, przywołany bowiem do porządku przez buchalteryjne zatrudnienia odłoży książkę do szuflady. „Już nigdy potem nie udało mu się rzucić okiem na tę szczególną książkę, kryjącą tyle skarbów, nie mówiąc już o kupnie pozostałych tomów wielkiego dzieła” (s. 631).

Ale bodaj największe wrażenie na czytelniku robi ostatnia, jedenasta część powieści, w której znajdziemy przyczynę owego zaniku ducha. To przerażający wizerunek pruskiej szkoły zabijającej wszelkie myślenie, szkoły, która nie kształci, lecz formatuje. Dewolucja szkoły wyznacza przyszły upadek mieszczańskiej kultury: „Tam, gdzie dawniej istotne było klasyczne wykształcenie jako pogodny z natury cel sam w sobie, do którego dążono ze spokojem, swobodą i radosnym idealizmem, teraz do najwyższych godności podniesiono takie pojęcia, jak autorytet, obowiązek, władza, służba, kariera” (s. 686). Gombrowiczowski Pimko jest ledwie nieszkodliwym, zabawnym dziwakiem wobec monstrów zaludniających szkołę w Lubece, w której to instytucji „nauczyciele i uczniowie czuli się jak urzędnicy, którzy nie troszczą się o nic innego, jak tylko o swój awans i dobre notowania u panujących” (s. 687). Te 55 stron niech będzie ważnym przypomnieniem: gdy szkoła „urzędniczeje”, kultura gotuje sobie upadek.

Thomas Mann, Buddenbrookowie. Upadek pewnej rodziny, tłum. Jerzy Koch, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2025, 732 ss.