Jesień Poety na Stawisku

45 lat temu, 2 marca 1980 roku zmarł Jarosław Iwaszkiewicz, poeta, prozaik, dramatopisarz, eseista i tłumacz. Rozmowa z literaturoznawczynią prof. dr hab. Zdzisławą Mokranowską, emerytowaną pracowniczką Wydziału Humanistycznego UŚ, autorką wielu publikacji poświęconych twórcy Pasji błędomierskich.

Prof. dr hab. Zdzisława Mokranowska
Prof. dr hab. Zdzisława Mokranowska

O Iwaszkiewiczu nie da się zapomnieć, jego twórczość wciąż jest obecna. Lato w Nohant, Brzezina, Panny z Wilka, Sława i chwała… Stale sięgamy do jego wierszy i prozy, wciąż wracamy do filmów stworzonych przez Andrzeja Wajdę, Jerzego Kawalerowicza, Janusza Majewskiego. W dorobku wydawniczym Pani Profesor poczesne miejsce zajmuje wprawdzie Henryk Sienkiewicz, ale Iwaszkiewicz powraca niemal cyklicznie, zarówno w licznych artykułach, jak i monografiach. Po wydanej w 2009 roku książce pt. Młodość i starość. Studia o twórczości Jarosława Iwaszkiewicza pracuje pani nad kolejną publikacją poświęconą temu pisarzowi. Co leży u źródeł tego zainteresowania?

Ta fascynacja zaczęła się w latach 70. ubiegłego wieku za sprawą niezapomnianych filmów, stworzonych przez Andrzeja Wajdę. Brzezina, Panny z Wilka… – któż się nimi nie zachwycił? W jednym z wywiadów reżyser stwierdził, że małe formy autora Sławy i chwały są jak gotowe scenariusze, bierze się na przykład do ręki Brzezinę i właściwie niewiele trzeba dopisać. Po odejściu z Uniwersytetu Jagiellońskiego mojego promotora, prof. Tadeusza Bujnickiego, trafiłam do zespołu prof. Ireneusza Opackiego, który realizował wówczas monumentalny projekt badawczy składający się z monograficznych tomów poświęconych twórczości grupy Skamander. Jeden z „Zeszytów” dotyczył poezji Iwaszkiewicza. I tak zaczęły się moje wizyty w Stawiskach, rozmowy z córką pisarza – Marią, zgłębianie i interpretacja jego spuścizny. Tym, co najbardziej inspiruje mnie do dalszej pracy, jest oryginalne i wyjątkowe poczucie estetyki Iwaszkiewicza. Ujęła mnie jego nadzwyczajna wrażliwość i umiejętność rozbudzania wyobraźni, niezwykły sensualizm.

Nie tylko w wierszach, ale i w prozie wybrzmiewa także muzyka.

To prawda, regularność powracających zestrojów głoskowych, bardzo konsekwentne stosowanie paralelizmu składniowego dowodzi szczególnego wyczulenia poety na muzykę. W Podróżach do Włoch o tej fascynacji pisał: „Muzyka jest dla mnie najwyższą ze sztuk”. Iwaszkiewicz potrafił także „tłumaczyć” muzykę za pomocą słów, zestawiać ją z ludzkimi uczuciami, emocjami, porównywać do zjawisk natury, stawał się wtedy mistrzem opisu muzycznego. Słychać to już w powieści z 1925 roku Księżyc wschodzi, gdzie w opisie lasu pojawiają się akordy, klawiatura, symfonia, partytury… Muzyka pozostała z nim do końca życia.

Młodość i starość to dosyć niezwykłe studium wrażliwości pisarza.

Biografię Jarosława Iwaszkiewicza w znacznej części wypełnia wiek dwudziesty. Urodził się w 1894 roku, a zmarł w 1980. Był świadkiem i uczestnikiem wielu wojen – tych rzeczywistych, a także estetycznych. Próbował więc w literackiej twórczości przedstawiać człowieka poddanego rozmaitym typom udręk, jakie mu przynosiła współczesność i przeszłość historyczna. A były to zawsze te same troski: samotność, wybór między dobrem i złem, trwoga, erotyzm, miłość i śmierć. Zwłaszcza finalny akord (ostatnie tomy wierszy: Mapa pogody, Muzyka wieczorem i prozy: Ogrody, Sérénité), jest dojmującym studium starości i umierania, które w planie retoryki ma wyraźny ton pożegnania. Pamięć starego Poety i Człowieka ocala ludzi, którzy już odeszli, i miejsca, których kiedyś się doświadczało. Zacytuję fragment listu do Jerzego Andrzejewskiego, w którym Poeta na Stawisku snuje refleksje na temat przemijania i tego, jak ono wypełnia jego teraźniejszą egzystencję: „Wszystko przemija – i to nawet jest zajmujące, śledzenie tego przemijania i badanie kształtów, jakie przybierają minione przygody, przeszłe przyjaźnie i miłości – w naszym wspomnieniu, czasem w naszej literaturze. Jestem już tak stary, że nieustannie przebywam w najdalszych wspomnieniach, dzieciństwo, Kalnik, rodzina, Tymoszówka, to są dziedziny, o których nie tylko teraz myślę najczęściej, ale które nawiedzają mnie we śnie, przemienione i nie zawsze upiększone rajskimi barwami”. Wspomnienia nawiedzane we śnie, marzenia senne nie są tylko ucieczką w młodość w czasie jesieni życia, one świadczą o potrzebie refleksji nad bytem, egzystencją człowieka w ogóle, nie tylko nad własna biografią.

Miał 24 lata, kiedy opuszczał ukochaną Ukrainę. Przyjechał do Warszawy w burzliwym 1918 roku z kuferkiem książek i rękopisów. Wkrótce dołączył do Skamandrytów, stając obok Juliana Tuwima, Antoniego Słonimskiego, Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Lechonia

Jarosław Iwaszkiewicz w swoim domu w Stawisku
k. Warszawy (1974)
Jarosław Iwaszkiewicz w swoim domu w Stawisku k. Warszawy (1974)

O swoim uczestnictwie w tej grupie Iwaszkiewicz po latach mówi, że został wprawdzie przyjęty, ale był tam piątym kołem u wozu. Odmienny niemal pod każdym względem. Do legendarnego kuferka trzeba dodać znaczące różnice, oddzielające go od reszty Skamandrytów: zupełnie inne tradycje kulturowe – Iwaszkiewicz wychował się na rosyjskiej literaturze i znał ją doskonale, różniły ich doświadczenia, wywodził się z rodziny powstańców styczniowych; kolejnym wyróżnikiem była osobliwa estetyka młodego Jarosława i jego bardzo silna zmysłowa wrażliwość. Od początku swojej kariery literackiej, a zadebiutował w 1919 roku Oktostychami, tomikiem bardzo osobistej liryki, Iwaszkiewicz nie preferował żadnego rodzaju twórczości. Te osobliwości widać także w jego młodzieńczej prozie. Stosowanie rozmaitych form wyrazu było rezultatem poszukiwania własnego stylu. Ta szczególna swoistość stylu wczesnej twórczości stała się podstawą indywidualności. Odmienność twórczości Iwaszkiewicza była dostrzeżona przez ówczesną krytykę, chociaż koledzy po piórze różnie oceniali wartość jego poezji. Miano odmiennego skamandryty, jakie mu wówczas nadano, sam twórca tłumaczył po latach w Książce moich wspomnień warunkami, w jakich przebiegało jego dorastanie do poezji. Dzieciństwo i wczesna młodość spędzane w przestrzeni Ukrainy, a zwłaszcza Kijowa, stały się miarą doświadczeń, które zaważyły wyraźnie na jego wczesnej twórczości. W jesieni swego życia Iwaszkiewicz powracał często we wspomnieniach do tych odległych czasów, które wywarły wpływ znacznie większy na formowanie się osobowości i indywidualności twórczej. Jednym ze szczytowych osiągnięć poezji Iwaszkiewicza stał się zbiór Mapa pogody i ostatnie wiersze poety, w których powrócił do bogactwa środków wyrazu, do szerokich perspektyw historyczno-kulturowych i doprowadził do poetyckiego mistrzostwa topos żegnania się ze światem.

Odmienność bywa zwykle zaletą.

Jak widać niekoniecznie. Iwaszkiewicza atakowano głównie za nadmierną biograficzność. Tak odebrano jego debiutanckie Oktostychy, choć poezja z natury jest mówieniem przez ja. Podobnie było z jego wczesną prozą: Księżyc wschodzi czy Hilary, syn buchaltera. Obie powieści z gatunku poetyckich zawierają bardzo dużo wątków autobiograficznych, a to krytykom nie przypadło do gustu. Negatywne oceny nasiliły się po II wojnie światowej. Mówiono o nim, że jest snobem, bufonem, że chce być panem na Stawisku, a to tylko niektóre z łatek, które mu przypinano.

Piękną posiadłość w Podkowie Leśnej młodzi Iwaszkiewiczowie otrzymali po ślubie w 1922 roku od Stanisława Lilpopa, ojca Anny. Stawisko, bo tak nazwali swój dom, stało się obiektem zazdrości.

Ten dom zawsze tętnił życiem, był otwarty dla ludzi pióra, pędzla, muzyki. Stałymi bywalcami przed wojną byli m.in.: Karol Szymanowski, Jan Lechoń, Antoni Słonimski, Czesław Miłosz… W okresie okupacji stał się też schronieniem dla wielu uciekinierów z Warszawy. Pomieszkiwali tu m.in.: Jerzy Andrzejewski, Krzysztof Kamil Baczyński, Stanisław Dygat, Pola Gojawiczyńska, Witold Lutosławski. Dom był konspiracyjnym ośrodkiem życia artystycznego, odbywały się tam koncerty, spotkania autorskie, dyskusje. Za pomoc ukrywającym się w Stawisku Żydom Anna i Jarosław, niestety już pośmiertnie, otrzymali tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Po wojnie także bawili tu niezwykli goście, wśród nich znalazła się nawet królowa Belgii Elżbieta, odwiedzał ich często Artur Rubinstein. Bywało, że goście spali niemal na każdym skrawku domu, ale to nie przeszkadzało gospodarzowi w pisaniu Ikara czy Matki Joanny od Aniołów… Stawisko wywoływało wiele, niekoniecznie przychylnych, komentarzy, mnożyły się paszkwile, pamflety.

Teraz nasza rozmowa mogłaby pójść w kierunku kolejnych napastliwych ataków wypominających poecie ze Stawiska burzliwe romanse, ale niemal wszystko zostało już na ten temat powiedziane, a ani pisarz, ani jego rodzina niczego nie ukrywali. Wątek ten niczego nie wnosi do tematu niegasnącej fascynacji Iwaszkiewiczem… Udajmy się więc na Sycylię. Co skłoniło Panią do wyruszenia na Wyspę Słońca i poznawania jej oczami twórcy Nowel włoskich?

Moją inspiracją była lektura Przyleciał Anioł cały malinowy Ryszarda Matuszewskiego, zbioru szkiców literackich o twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dotyczących motywów włoskich, tak częstych w dorobku autora Książki o Sycylii. Tytuł tego zbioru jest cytatem z wiersza Jarosława Iwaszkiewicza Sano di Pietro pochodzącego ze zbioru Śpiewnik włoski. Ten wiersz to ekfraza, dotyczy opisu XV-wiecznego obrazu Zwiastowanie pasterzom. Lektura Matuszewskiego stała się namową do podróży, ale Książka o Sycylii Iwaszkiewicza była dla mnie mapą, przewodnikiem po Syrakuzach. Warto przypomnieć, że to właśnie w Syrakuzach w 1932 roku Iwaszkiewicz kończył Panny z Wilka, wypełniając czas oczekiwania na okręt z Trypolisu, którym płynął przyjaciel pisarza Józef Rajnfeld. Bardzo ważna postać w życiu autora Anny Grazzi, niezwykle utalentowany artysta malarz, Cicerone pierwszych podróży włoskich Iwaszkiewicza. To właśnie jemu po latach dedykował Książkę o Sycylii.

Jeden ze szkiców Pani nowej książki, który miałam przyjemność przeczytać, za co bardzo dziękuję, nosi prowokacyjny tytuł: Wina.

To nie jest prowokacja. Autora Panien z Wilka obarczam winą za moje zauroczenie Trinacrią, bo tak Grecy nazwali tę trójkątną wyspę, której trzy przylądki obmywają trzy morza: Śródziemne, Tyrreńskie i Jońskie. Mój prawie miesięczny pobyt w Syrakuzach pozwolił mi odtworzyć wiele dróg, którymi podążał Jarosław w tym starożytnym mieście, i zobaczyć to wszystko, co on; ale miasto przez dziesięciolecia zmieniło się nieco. Nie zobaczyłam więc strzyżenia osła ani przedstawienia w teatrze lalek w listopadzie. Ogromny problem miałam także ze znalezieniem syrakuzańskiego odkrycia Iwaszkiewicza, czyli Moscato di Siracusa, wspaniałego wina. Kiedy po wielu trudach udało mi się wreszcie trafić na ten unikat, okazało się, że Iwaszkiewicz nie napisał, czy było ono białe, czy czerwone, kupiłam więc oba – było warto.

Dlaczego zakochany w sielskim słowiańskim krajobrazie pisarz daje się zauroczyć Sycylii?

Zawsze mnie to zastanawiało. Przejechałam ją wzdłuż i wszerz, to kraina spalona słońcem, jedynie wiosną bujnie kwitnąca. W Książce o Sycylii Iwaszkiewicz w niezwykle poetycki sposób opisuje wyspę, nie kryjąc swojego nią zauroczenia. Jak ten człowiek wychowany wśród bujnej ukraińskiej roślinności odnalazł się w kamienistej, wysuszonej, spękanej słońcem ziemi? Ten dylemat mnie prześladował, zrozumiałam jednak, że on tam poszukiwał nie współczesnych budowli, nie kościółków barokowych – te opisuje podróżując po Polsce, widział je na Ukrainie, był zauroczony polskim barokiem na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, a sycylijski barok go nie fascynuje. Może dlatego nie pojechał do Noto, miasta odbudowanego po całkowitym zniszczeniu przez trzęsienie ziemi. Zrozumiałam, że Iwaszkiewicz jeździł tam, poszukując Grecji. Dlatego dostrzega Agrigento, Syrakuzy. Fascynuje go prostota linii, wszystko, co pozostało z greckiej architektury.

Fascynacja przemijaniem?

Tak. Dlatego tak często odwiedzał Włochy, powracał na Sycylię. Przyciągała go na pewno magia krajobrazu, ale równocześnie miejsca umierających kultur, ruin, zabytków, grobów. Rytm narodzin i śmierci, młodości i starości jest myślową dominantą wielu tomów wierszy Iwaszkiewicza. Refleksje na temat przemijania i potrzeby trwania snuje już podmiot wierszy z tomu z dwudziestolecia międzywojennego Lato 1932. Wiele wierszy z tego tomu ujawnia proste metaforyzowanie, uruchomiające widoki natury, które każą dostrzegać przemijanie i określać emocjonalny stosunek do dostrzeganych zmian, nieuchronne zmierzanie ku jesieni.

Czy coś z sycylijskich klimatów przeniknęło do Panien z Wilka?

Stojąc przed posągiem syrakuzańskiej Wenus, nieodparcie mam skojarzenie z opisem portretów Iwaszkiewiczowskich postaci kobiet, zwłaszcza panien z Wilka. Choćby opis pleców podczas intymnego spotkania z jedną z nich. Na Wenus Anadyomene Iwaszkiewicz patrzy podobnie: „Najpiękniejsze jest w tym posągu modelowanie ciała i nieporównana miękkość marmuru, jaką osiągnął rzeźbiarz − zwłaszcza plecy mają niesamowitą miękkość i czuje się w tym zimnym marmurze ciepłą gładkość kobiecej skóry”. A refleksja autora w finalnych partiach opisu posągu jakoś dziwnie współbrzmi z atmosferą przemijania, aurą przeżyć niemłodego już Rubena z Panien z Wilka. „Dojrzałość, a zarazem jakieś skłanianie się ku schyłkowości − to najbardziej uderzająca cecha tego posągu, podobnego do pięknego dnia na jesieni, kiedy dojrzewają już winogrona, a miłość staje się ciężka, trudna i nadmiernie słodka. Nadmierna słodycz, jesienna pogoda, owocowa dojrzałość – oto, o czym się myśli przed tym wspaniałym dziełem sztuki starożytnej”.

Świadomość przemijania pomaga w oswojeniu się z nieuchronnym końcem?

Po śmierci najbliższej osoby Iwaszkiewicz pisze w Dziennikach: „Zbliża się jesień. Trzeba zaklekotać i odlecieć”.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Autorzy: Maria Sztuka
Fotografie: archiwum prywatne, PAP/TVP/Zygmunt Januszewski