"RZĄD CZY SAMORZĄD? "

"Rząd jest potrzebny obywatelom, aby zrobić dla nich to, czego sami zrobić nie mogą (... ) W to, z czym radzą sobie sami, rząd nie powinien się mieszać".

ABRAHAM LINCOLN

Niechaj czytelników tego tekstu nie zniechęca prowokujący tytuł. Z pewnością wielu, których wzrok padnie na nagłówek, z wyraźną niechęcią porzuci zamysł poświęcenia uwagi rzędom drobnych liter znajdujących się poniżej i obdarzy zainteresowaniem inną stronę pisma. Wszak o reformie samorządowej mamy okazję słyszeć lub czytać w każdym niemal, tak radiowym, telewizyjnym, jak i prasowym przekazie informacji. Znużenie bezpłodnymi dywagacjami snutymi wokół tego zagadnienia jest zatem zupełnie zrozumiałe. Jednak mym zamysłem nie jest włączenie się do dyskusji na temat losów państwa - jest nim natomiast danie wyrazu dręczącym mnie obawom i nadziejom wiążącym się z przyszłością szeroko pojętej samorządności studenckiej.

Mając zatem na uwadze głęboką mądrość tkwiącą w zacytowanych na wstępie słowach wypowiedzianych przez jednego z najsłynniejszych prezydentów Stanów Zjednoczonych rozważmy tytułową alternatywę. Którą ścieżką zdążać powinny, aby zapewnić jak najpełniejszą realizację interesów studenckiej społeczności? Czy wszelkimi dostępnymi środkami zabiegać o zwiększenie roli organów studenckich i zmierzać do osiągnięcia ideału w postaci podejmowania decyzji dotyczących studentów przez nich samych, czy też - ze ślepym uporem oddawać pokłony bożkom bierności, apatii i lenistwa, pozwalając, by nici snute przez uczelnianą administrację (czyli tytułowy "rząd") wciąż skuteczniej krępowały młodość i ograniczały możliwości działania?

Innymi słowy - tekst niniejszy stanowi w istocie skromną próbę udzielenia odpowiedzi na pytanie o kondycję samorządu studenckiego w Polsce w okresie przemian zapoczątkowanych w 1989 roku.

Z całą pewnością stwierdzić można, iż efektem rozkwitu wolności był głęboki szok i - w jego następstwie - kompletny chaos, w którym pogrążyły się żakowskie struktury. Otrzeźwienie, jakie przyszło po kilku latach, przyniosło wykrystalizowanie się w łonie studenckiej braci dwóch wyraźnych postaw. Spora część społeczności postanowiła bez chwili wahania wykorzystać młodzieńczą aktywność i złożyć ideały na ołtarzach ofiarnych pieniądza, zaś czar brzęczących srebrników oraz żądza kariery każe im spoglądać z nieukrywaną pogardą na pozostałych. Inna grupa, wielokrotnie liczniejsza, skupia ludzi zagubionych w meandrach nowej rzeczywistości, leniwych i apatycznych, dla których przyszłość ogranicza się do najbliższego ranka, natomiast wyznacznikiem zajmowanej przez nich pozycji jest bierność.

Sąd ten z pewnością spotka się z oburzeniem i oskarżeniami o nadmierny krytycyzm, zaś urażeni zarzucą mu jednostronność i ograniczenie. By dać odpór tym opiniom trzeba stwierdzić z całą mocą, iż z rozdroża, na jakim znaleźli się studenci w początku lat dziewięćdziesiątych prowadzą trzy ścieżki. Dwie wyżej wspomniane wiodą na manowce. Tylko jedna może poprowadzić nas we właściwym kierunku i w niej właśnie upatruję światełka nadziei. Wstępują na nią ludzie "normalni", którzy potrafią uniknąć dezorientacji, jaka stała się udziałem dwóch pozostałych grup. Uznają oni fakt przynależności do środowiska studenckiego za znamię w sensie pozytywnym wyróżniające ich z tłumu. Są gotowi do integracji, świadomi wspólnoty interesów, poszukujący i otwarci. W dwóch ostatnich cechach upatrywać należy szansy na nieustający rozrost, wzmożenie sił oraz krzewienie ideałów i zainteresowanie sprawą studencką szerokich kręgów społeczeństwa.

Słów kilka warto poświęcić jednemu jeszcze czynnikowi, najpewniej wróżącemu zwycięstwo opisywanej grupie. Dla określenia wypada użyć zwrotu "przywiązanie do wartości i niezmiennych zasad", którego treść została wprawdzie brutalnie zdyskredytowana wskutek bezlitosnego nadużywania go, jednak to właśnie ona, w obliczu zupełnego zdziczenia moralności i etyki, typowego tak dla młodocianych biznesmenów i karierowiczów jak i otępiałych "studenciaków" decyduje o znaczeniu i mocy samorządowego przekazu.

A zatem dzięki powolnej, lecz systematycznej pracy być może uda się przekonać rządców naszego kraju, iż często ostatnio powoływane hasła w rodzaju "młodzież przyszłością narodu" mają pokrycie w rzeczywistości. Trzeba dowieść, iż miast raczyć społeczność studencką deklaracjami bez pokrycia, warto przeznaczyć realne środki na odbudowę polskiej nauki. Choć pozytywistyczne wezwanie do pracy organicznej wydaje się wywoływać złośliwy uśmieszek na twarzach członków dwóch wspomnianych wyżej grup, chyba warto wykazać się zorganizowaną aktywnością, wzmocnić chwiejne postawy struktur samorządowych i podjąć walkę o należne prawa.

Przenosząc powyższe, dosyć abstrakcyjne rozważania na grunt uczelni, pamiętajmy o tradycyjnej definicji akademii jako wspólnoty, nauczających oraz nauczanych, a zatem - pracowników naukowych i studentów. Rolą administracji uczelnianej jest służyć i zarządzać (takie jest zresztą łacińskie znaczenie tego słowa), umożliwiać swobodne funkcjonowanie dwóm podstawowym dla bytu szkoły wyższej grupom. Pozwolę sobie w tym miejscu dokonać parafrazy słów Witolda Gomrowicza: "Zamiast, aby administracja wam służyła, wy służycie administracji - i z owczą łagodnością zezwalacie, iżby wam hamowała rozwój i wpychała w piekło indolencji" - nic dodać, nic ująć, nieprawdaż? Walczmy zatem z nadmiernym biurokratyzmem, centralizmem i spetryfikowanymi strukturami, organizujemy się, łączmy i bierzmy sprawy we własne ręce.

Sądzę, iż nadeszła pora, by ukrócić męki czytelników i zakończyć ten tekst - nie może on jednak pozostać bez puenty. Zatem nim nadejdzie moment rozstania, proszę łaskawie przypomnieć sobie, iż szlachta polska z umiłowania złotej wolności - a więc swoiście pojmowanej samorządności i walki z administracją centralną doprowadziła Rzeczpospolitą do upadku. Autor, rzecz jasna, nie nawołuje do tak drastycznych aktów (nie chcemy wszak zniszczenia uniwersytetów), jednak odrobinę bardziej zauważalne zaangażowanie w obronę studenckich interesów będzie w kręgach samorządowych z pewnością mile widziane.

Szymon Roch
Autorzy: Szymon Roch