antropologiczne uwagi o jednym z wymiarów przestrzeni

Ruch i zmiana

Znakomity socjolog Zygmunt Bauman tak oto pisał w jednej ze swych książek: W świecie, który zamieszkujemy, wydaje się, że odległość nie ma dużego znaczenia. Czasem wygląda na to, że istnieje jedynie po to, by można ją było zlikwidować: jakby przestrzeń ciągle zapraszała do tego, by ją zlekceważyć, obalić, zignorować. Parafrazując słowa B. Pascala można dodać w tym kontekście, iż stało się ono proroctwem spełnionym. Faktycznie bowiem żyjemy w dziwacznym kręgu, którego środek jest wszędzie, a obwód nigdzie. Warto zastanowić się czy rzeczywiście nie jest tak, iż pojęcie "stan spoczynku" w dzisiejszym zglobalizowanym świecie straciło swój pierwotny sens. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o przemieszczanie się w dosłownym rozumieniu tego terminu. Bycie w ruchu to także określony sposób postrzegania otaczającej nas rzeczywistości.

Chociaż człowiek jako animal symbolicum - istota tworząca symbole, stara się skategoryzować i uporządkować wszystko to co istnieje wokół niego, nie trudno czasem oprzeć się wrażeniu, iż zaplątał się w sieci, które sam utkał. W społeczeństwie konsumpcyjnym, bowiem za takie należy uważać ludzi XXI wieku, dominuje pogoń za nowymi pragnieniami, która bez względu na możliwość ich zaspokojenia nie ma jasno określonego końca. Kiedy mówimy o tego rodzaju społeczności, nie chodzi tu jedynie o trywialne stwierdzenie, iż charakteryzuje się ono masową konsumpcją dóbr i wytworów. Taką cechę można by bezsprzecznie przypisać bowiem także pokoleniu naszych przodków, które przecież oprócz wytwarzania, wykorzystywało wypracowane dobra. Bowiem idzie tu o fakt, iż właśnie obecne społeczeństwo potrzebuje swych członków głównie jako konsumentów. Możemy zauważyć wyraźne wzmacnianie się tej roli nad innymi. Tym co w głównej mierze napędza współczesny rynek, jest produkcja atrakcji, pokus, ku którym można się zwrócić, bez obawy że kiedyś nastanie koniec. Zawsze powstaną przecież następne, gotowe wypełnić bez reszty życie szarego człowieka. Przerzucając kanały telewizji kablowej, bądź surfując po sieci, nie trudno o bardziej dosadne przykłady.

Jak trafnie zauważyła Margaret Wertheim: Tak jak pierwsi chrześcijanie wyobrażali sobie Niebo jako idealne królestwo leżące poza chaosem i upadkiem świata materialnego, tak i dziś, w czasach społecznej dezintegracji, prozelici cyberprzestrzeni obwołują swoją domenę miejscem idealnym, leżącym ponad materialnym światem i poza jego problemami. Uczestnicy i adherenci cyberkultury nie potrzebują zatem konkretnego miejsca w którym czują się i są "u siebie". Cała sieć jest ich domem, a hipertekst ich ego.

Zresztą dziś nikogo już chyba nie zdziwiłoby zdjęcie, zamieszczone kilka lat temu w jednym z numerów National Geographic. Przedstawia ono jednego z Indian, zamieszkujących rejon dorzecza Amazonki trzymającego laptop i z uśmiechem pokazującego stronę internetową swojego plemienia. Jak się okazuje w wielu aspektach, globalizacja jest procesem nieodwracalnym, który dotyczy każdego z nas, z tym że w różnym stopniu i w inny sposób.

Jesteśmy zatem w różnych miejscach i sytuacjach. Jedni wydają się rzuceni na pustyni bez mapy i kompasu, niektórzy penetrują kulturowe rubieże współczesnego świata, inni z kolei woleliby stać w miejscu, a świat niczym obraz z pędzącego pociągu stawałby się rozmazanym pejzażem i przechodził obok nich. Jak wspomniałem jednak wcześniej, ruch jest nieodzowną częścią współczesności i nie można (chociaż się nieraz bardzo chce) pozostać statycznym. To co antropolog nazwałby kontynuacją i zamianą kulturze, dla innych stanowi chaos i swoisty spustoszony ogród. Kurczenie się przestrzeni i relatywne pojęcie czasu dobrze oddaje to, co da się wyodrębnić na płaszczyźnie społecznej. Pierwszą warstwę stanowiłaby społeczna rzeczywistość ponowoczesna, lub jak nazwałby to Jean Baudrillard hiperrzeczywistość. Mieszkańcy tego świata nie próbują nawet ustalić kryteriów pozwalających odróżniać i wyraźnie oddzielić tego co rzeczywiste od imaginacji. Cechami byłyby m.in. anonimowość, potrzeba kontaktu (przeważnie nie typu face to face) i przepływu informacji, skupianie się na "rzeczywistości tu i teraz", relatywizm czasu i realności. Drugą grupę stanowią ludzie zamieszkujący przestrzeń namacalną, teoretycznie dającą możliwość kontroli i bezbłędnego przewidywania intencji nadawcy skierowanych do masowego odbiorcy.

Jednak, nie jest to jedyna płaszczyzna analizowanych zjawisk społeczno-kulturowych. Równocześnie bowiem, przestrzenie miejskie, gdzie mieszkańcy dzielnic mogli spotykać się, dyskutować, nawiązywać kontakty, kurczą się niepostrzeżenie. Część obszarów, które stanowiły kiedyś teren publiczny, stają się prywatne. Steven Flusty pisze nawet o specyficznych zmaganiach o przestrzeń - niegdyś wspólną. Można mówić tu o mapowaniu lub dzieleniu przestrzeni, przy jednoczesnym jej wartościowaniu na uprzywilejowaną i gorszą. Podział na centrum i peryferie, także w tym wypadku wydaje się dość trafny. Elity wybierają centrum, izolację i prywatność spychając innych na margines i swoiste odosobnienie. Sytuacja przeciętnych obywateli nie jest dla nich samych kwestią wyboru i zmusza ich do pogodzenia się z tym faktem. Ta nowa eksterytorialność osób uprzywilejowanych daje im oczywiście poczucie wolności, komfortu a przede wszystkim wyboru. A jak wiemy punkt z którego się spogląda nie jest bez znaczenia. Nie jest to oczywiście ciąg wydarzeń, prowadzący bezpośrednio do obecnego formowania się modelu władzy, niczym słynny Panopticon Michaela Foucaulta. Pytanie tylko, czy aby w przyszłości się takim nie stanie.

(autor jest studentem IV roku etnologii Filii Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie)

Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania
NiesklasyfikowaneKronika UŚNiesklasyfikowaneOgłoszeniaNiesklasyfikowaneOgłoszeniaNiesklasyfikowaneOgłoszeniaNiesklasyfikowaneOgłoszeniaWydawnictwo Uniwersytetu ŚląskiegoNiesklasyfikowaneOgłoszeniaNiesklasyfikowaneStopnie i tytuły naukoweNiesklasyfikowaneW sosie własnymNiesklasyfikowane
Zobacz stronę wydania...