Zrozumieć wolność

O polskiej drodze do niepodległości z dr Zygmuntem Partyką, historykiem, dyrektorem Archiwum Państwowego w Katowicach i znawcą dziejów II Rzeczpospolitej rozmawia Michał Kaczmarczyk

11 listopada przez większość historyków postrzegany jest jako symbol wielkiego, narodowego zwycięstwa Polaków, wszak w 1918 roku po ponad stu latach państwo polskie powróciło na mapę Europy. Są jednak i tacy, którzy uważają, iż przywiązywanie zbyt dużej wagi do Święta Niepodległości stanowi przejaw ulegania swoistej mitologizacji historii, która polega m.in. na przecenianiu roli pierwiastka narodowego w walce o wolność. Przecież gdyby nie splot okoliczności międzynarodowych: rezultat "Wielkiej Wojny", rozpad zaborczych imperiów, rewolucja w Rosji czy dobra wola przywódców USA, nasz kraj nigdy nie odzyskałby suwerenności. Można więc nieco prowokacyjnie zapytać, czy 11 listopada jest rzeczywiście świętem Polski i Polaków.

Badając dzieje świata dostrzeżemy niezliczoną ilość obiektywnych, naturalnych, choć często zaskakujących zjawisk społecznych i politycznych, które, nierzadko w sposób zasadniczy, wpływają na bieg historii, kreują rzeczywistość. Historia nie istniałaby bez przypadków i najróżniejszych zbiegów okoliczności. Nie są one jednak, co oczywiste, jedynym determinantem dziejów, czego znakomicie dowodzą właśnie polskie doświadczenia związane z walką o niepodległość. Nie uważam, by przy okazji refleksji nad początkami odrodzonego państwa polskiego należało rozkładać historię na czynniki pierwsze i oceniać, które z nich były bardziej, a które mniej istotne. Przeszłość jest bowiem o wiele bardziej skomplikowana niż może się to wydawać niektórym badaczom próbującym ją porządkować. Są to spory nieco ideologiczne i twórcze wyłącznie jako zaczątek do dyskusji ze studentami. To, iż w 1918 roku Polska powróciła na mapę Europy było z pewnością efektem korzystnej sytuacji międzynarodowej. Nie ulega jednak wątpliwości, że bez wysiłku ludzi, dla których suwerenność Rzeczpospolitej stanowiła świętość, bez ich wiary w powodzenie wolnościowych zrywów, szacunku wobec narodu i jego historii, wreszcie troski o zachowanie dziedzictwa kulturowego opartego m.in. na fundamentach religii i języka, odrodzone, suwerenne państwo polskie nigdy by nie powstało. W okresie zaborów zgłaszano koncepcje i podejmowano próby budowania różnorakich quasi - niezależnych tworów państwowych. Fakt utworzenia przez Niemców i Austriaków Królestwa Polskiego, a także wcześniejsze koncepcje imperatora Rosji Aleksandra I czy zwolenników powołania w ramach Austro-Węgier monarchii trialistycznej były dla Polaków szansą. Szansą zrodzoną właśnie z przetasowań na europejskiej scenie politycznej. Żadna z tych propozycji nie uzyskała szerokiego poparcia polskiego narodu i w efekcie żadna nie zaowocowała trwałymi, akceptowanymi rozwiązaniami ustrojowymi. Tworzenie państwa wbrew jego obywatelom, kreowanie rzeczywistości politycznej bez poparcia tych, którzy w owej rzeczywistości mają tkwić, okazało się ułudą, mimo korzystnej sytuacji międzynarodowej. A wracając do szczęśliwych zbiegów okoliczności, które legły u podstaw uformowania się niepodległej Rzeczpospolitej, kto wie czy nie najważniejszym z nich było pojawienie się na scenie politycznej Józefa Piłsudskiego.

Gdzie tu miejsce na przypadek?

Każda epoka ma swoich Napoleonów - ludzi, którzy nadają jej kształt, napędzają tryby dziejów. To, że żyją w tej a nie innej chwili, akurat w tym momencie historii, jest niczym innym, jak zbiegiem okoliczności, zrządzeniem losu. Gdyby urodzili się pół wieku wcześniej lub pół wieku później, nigdy nie odegraliby roli, jaką dane im było odegrać. Oto prawdziwy, jakże ważny, wpływ zbiegów okoliczności na losy państw i narodów. Można powiedzieć, oczywiście w pewnym uproszczeniu, że w przypadku stojącej u progu wolności Polski osobą, która napędzała tryby historii i kształtowała jej bieg był właśnie Józef Piłsudski.

Istotnie, trudno przecenić rolę Konwentu A i samego Piłsudskiego w dziele budowy niepodległego państwa polskiego. Mimo to działalność Marszałka do dziś budzi ogromne kontrowersje i to nie tylko w środowisku historyków. Dlaczego?

Są tacy, którzy wystawiliby Piłsudskiemu niezliczoną ilość pomników i tacy, którzy najchętniej usunęliby go z wszystkich cokołów. Dla jednych Marszałek jest mężem stanu i architektem polskiej niepodległości, dla innych przede wszystkim twórcą nieakceptowanego, autorytarnego systemu rządów. Bywa i tak, że nazwisko Piłsudskiego wykorzystywane jest jako modny dodatek do ideologicznych komunałów i niepodległościowej frazeologii przez tych wszystkich, którzy odwołując się do najpiękniejszych kart polskiej historii, chcą zbić własny, polityczny kapitał. Tymczasem oceniając działalność Józefa Piłsudskiego należy oderwać się od ideologicznych konwencji, które mogą zaburzać obraz rzeczywistości i być źródłem niepotrzebnych uprzedzeń i zafałszowań. Nie ulega wątpliwości, że Marszałek był tym politykiem, który najlepiej, najbardziej operatywnie wykorzystał szansę, jaką Polska uzyskała w 1918 roku. Przede wszystkim doskonale rozumiał ówczesną, mocno skomplikowaną rzeczywistość polityczną pełną wzajemnie wykluczających się tendencji, przesiąkniętą konfliktami narodowościowymi, osadzoną na fundamentach głębokich różnic ekonomicznych, społecznych i mentalnych stanowiących spuściznę po stu dwudziestu latach zaborów. Wszystkim tym negatywnym zjawiskom należało sprostać i Piłsudski znalazł na to receptę. Marszałek był genialnym strategiem. Z jednej strony znakomicie wykorzystał sytuację międzynarodową, z drugiej - wyrastający z rodzimej kultury i tkwiący w świadomości Polaków romantyzm nakazujący poświęcenie i walkę o wielką, narodową sprawę. Czy bez Piłsudskiego państwo polskie mogło powstało? Zapewne tak, tyle tylko, że byłoby słabsze, mniej stabilne, bardziej zantagonizowane, wreszcie oparte na gorszych rozwiązaniach prawno-ustrojowych. Biorąc pod uwagę dłuższą perspektywę historyczną można zaryzykować tezę, iż gdyby nie zwrot 1926 roku, sytuacja startowa Polski w 1945 czy nawet w 1989 byłaby nieporównywalnie trudniejsza.

Prócz Piłsudskiego do panteonu twórców polskiej niepodległości zaliczyć trzeba niewątpliwie Ignacego Daszyńskiego. Premier rządu lubelskiego uznawany jest za tego polityka, który metodą faktów dokonanych przeniósł walkę o kształt ustrojowy Polski z ulicy w ramy demokratycznego i parlamentarnego państwa. To niemały sukces, biorąc pod uwagę chaos, jaki zapanował w Polsce w pierwszych miesiącach po odzyskaniu suwerenności.

Niestabilność tworzącego się dopiero systemu politycznego Polski, jaka wystąpiła jesienią 1918 roku, była pochodną wielu czynników. "Wielka Wojna" zburzyła dotychczasowy porządek polityczny Europy. Przez Rosję przetoczyła się fala rewolucji i wojny domowej, upadły dwie wielkie monarchie: Niemiecka i Austro-Węgierska, na mapie politycznej pojawiły się nowe państwa, osłabła pozycja Francji, Stany Zjednoczone wkroczyły na arenę polityki międzynarodowej, skompromitowały się wielkie, nacjonalistyczne koncepcje inżynierii geopolitycznej. Reperkusje tych wydarzeń nie mogły ominąć Polski. Były one z jednej strony dobrodziejstwem, bo otworzyły drzwi ku niepodległości, z drugiej jednak rodziły szereg poważnych zagrożeń. Skutki każdej wojny najsilniej odczuwają tzw. masy, wszak to właśnie zwykli ludzie w wyniku zawirowań historii tracą swoje domy, majątki, rodziny. Czy można się więc dziwić, że pochodną globalnego konfliktu była radykalizacja niektórych grup społecznych i rodzący się z owej radykalizacji chaos polityczny? Czy można się dziwić, że po upadku starych struktur i mechanizmów władzy powstawały nowe ośrodki decyzyjne uzurpujące sobie prawo do kreowania polityki? Niektóre z nich, choćby te powstające na szczeblu lokalnym, odegrały pozytywną rolę - ktoś musiał przecież zajmować się tak prozaicznymi sprawami, jak naprawa i utrzymanie wodociągów, dróg, elektrowni czy kanalizacji. Były jednak i takie ośrodki władcze, które stanowiły realne zagrożenie dla odradzającego się państwa, że wspomnę choćby bolszewizujące rady delegatów robotniczych występujące w roli kontrwładzy państwa polskiego. Daszyński musiał dokonać swoistego uporządkowania życia politycznego, co nie było zadaniem prostym. Patrząc z perspektywy czasu można powiedzieć, że działalność rządu lubelskiego, rządu, który notabene w listopadzie 1918 roku stanowił dla Piłsudskiego mocne oparcie, była koniecznością. Nie zmienia to faktu, że Polska z socjalistami u steru władzy nie utrzymałaby się długo. Po pierwsze dlatego, że w zachodniej Europie nie było miejsca na czerwony rząd, po drugie ze względu na potężne konflikty polityczne, jakie niechybnie trawiłyby socjalistyczną Rzeczpospolitą. Nieubłagana logika ówczesnych wydarzeń była taka, że polscy socjaliści albo musieli "zburżuazyjnieć" to znaczy m.in. uznać mechanizmy demokracji z prawem własności, albo przejść na stronę Kraju Rad.

Pierwsze lata istnienia niepodległej Polski obfitują w konflikty polityczne i społeczne. Szukając głównych, zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych zagrożeń, jakie wisiały nad odrodzoną Rzeczpospolitą, trzeba wskazać na bolszewizm i właśnie swoiste ukonfliktowienie państwa. Czy wynikało ono ze wspomnianego już przez Pana zanarchizowania i zradykalizowania społeczeństwa?

Mówiąc o pewnym zanarchizowaniu mas miałem na myśli nie tyle temperament Polaków i zakorzenioną w naszej kulturze politycznej skłonność do ciągłego pozostawania w opozycji wobec władzy państwowej, prawa i wszelkich innych norm, ale, podkreślam to szczególnie mocno, powszechne, ogólnoeuropejskie tendencje do zerwania z minioną epoką i poszukiwania nowych formuł polityczno - ideologicznych i światologlądowych, które mogłyby stanowić alternatywę wobec starego porządku i idei, na których się on opierał. Po prostu - stary świat runął i dawne busole stały się bezużyteczne. Na szczęście dla nas samych Polacy nie mieli skłonności do brutalnego rozprawiania się z przeszłością i tymi, którzy byli za nią odpowiedzialni. Polski robotnik, nawet zrewoltowany, mono różnił się od robotnika, dajmy na to, rosyjskiego. Był bardziej zachodnioeuropejski, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Polski chłop, mimo tlącej się w nim chęci zemsty klasowej, rzadko się na nią decydował. Polska, być może dzięki katolicyzmowi, nie była więc krajem płonących dworów i ulic "przystrojonych" szubienicami. W świadomości Polaków przeważył realizm i przekonanie o konieczności patrzenia w przyszłość. Byłbym zatem ostrożny w klasyfikowaniu pewnej naturalnej, powojennej atmosfery rozprężenia jako zagrożenia dla polskiej państwowości. Tych zagrożeń trzeba szukać raczej na zewnątrz. Obok bolszewizmu było nim niewątpliwie uprzedmiotowienie i marginalizacja Polski na arenie europejskiej, co zresztą stawało się momentami nieuchronne. Rzeczpospolita nie była mocarstwem, nie oznacza to jednak, iż w stosunkach międzynarodowych miała wciąż zajmować miejsce na ławce rezerwowych. Położenie Polski było korzystne dla tych, którzy rozgrywali polityczne mecze na mapie Europy. Niestety, w grupie rozgrywających nigdy się nie znaleźliśmy.

Otto von Bismarck powiedział niegdyś, że przyznanie Polsce niepodległości jest nonsensem, gdyż Polacy i tak nie będą potrafili jej wykorzystać. Naród polski, jako nie umiejący samostanowić o sobie, powinien być trwale poddany obcej dominacji. Czy analiza dziejów dwudziestolecia międzywojennego nie potwierdza przypadkiem tezy Bismarcka? A może wręcz przeciwnie - dowodzi, iż Rzeczpospolita w pełni wykorzystała szansę, jaką postawił przed nią rok 1918?

W swoich spostrzeżeniach Bismarck wcale nie był oryginalny. Podobne sądy na temat Polski i Polaków formułowało wielu europejskich polityków. Czasem wynikały one z megalomanii przywódców silnych i stabilnych państw o niezachwianej suwerenności, czasem z kompleksów, niekiedy natomiast były efektem rzetelnych, choć kontrowersyjnych, studiów nad historią Rzeczpospolitej i "duchem" polskiego narodu. Wiele z krytycznych uwag pod adresem Polaków jest zasadnych. Wbrew niektórym idealistycznym, utopijnym koncepcjom czy wynikającym z politycznego wyrachowania deklaracjom prawo do samodzielnego, politycznego bytu nie przysługuje każdej grupie etnicznej, ale wyłącznie zbiorowościom, które są w stanie trwale się zorganizować dla zagospodarowania państwowo - narodowej wolności. Tzw. instynkty państwowe muszą być na tyle silne, by równoważyć naturalne dla każdego człowieka dążenia do swobody i sprzeciwiania się władzy. Umiejętność samoorganizacji, tak piękna w wydaniu amerykańskim czy skuteczna w wydaniu niemieckim i rosyjskim, jest bez wątpienia piętą achillesową narodu polskiego. W naszej kulturze politycznej nie utrwalił się nawyk selekcji i kreowania elit oraz, co ściśle się z tym wiąże, naturalny odruch ich słuchania. Mądre narody potrafią w pewnych sytuacjach skończyć z mędrkowaniem, jałowymi dysputami i podporządkować swoje "ja" tym, których uważają za mądrzejszych bądź lepszych, choć niewątpliwie jest to psychologicznie trudne. Jednakże mimo wszystkich narodowych przywar Polaków na pytanie, czy szansa z 1918 roku została wykorzystana odpowiedziałbym twierdząco. Zbudowaliśmy nie najgorzej funkcjonujące państwo z mądrą i -wbrew stereotypom - funkcjonalną konstytucją z 1935 roku, skutecznym i nieskorumpowanym aparatem administracyjnym, rozsądnymi elitami, nieźle działającym samorządem, etycznym korpusem urzędników itp. Gdyby nie wybuch II wojny światowej, Rzeczpospolita mogła wkroczyć w okres szybkiego rozwoju i uformować naprawdę stabilny i w pełni efektywny system polityczny.

Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania
NiesklasyfikowaneStopnie i tytuły naukoweW sosie własnymNiesklasyfikowaneOgłoszeniaNiesklasyfikowaneNowe książkiKronika UŚNiesklasyfikowane
Zobacz stronę wydania...