O TYM, JAK ŹLE JEST BYĆ JĘZYKOZNAWCĄ

Stańczyk, błazen króla Zygmunta Starego, postanowił udowodnić, że wśród zwykłych ludzi najwięcej jest medyków. Chodził więc po Krakowie, uskarżając się na jakieś dolegliwości napotkanym przechodniom, i każdy dawał mu swoją własną, odrębną, poradę, jak się owej dolegliwości pozbyć (tak to przynajmniej zostało opisane w książce „Kto mi dał skrzydła”, którą niegdyś - nie wiem jak jest teraz - młodzież szkolna czytała jako lekturę obowiązkową). Gdyby jakiś współczesny Stańczyk chciał przeprowadzić podobne badania, mógłby dojść do wniosku, że - przynajmniej w Polsce - jest najwięcej językoznawców. Co może się okazać zaskakujące, teza taka ma pewną podbudowę na gruncie... językoznawstwa. To właśnie Noam Chomsky, twórca popularnej w II połowie XX wieku (tak teraz trzeba pisać, jakbyśmy już mieli wiek XXX albo przynajmniej XXIII) gramatyki generatywnej, wysunął śmiałą hipotezę, iż kompetencja językowa jest u człowieka wrodzona, tak więc każdy przychodząc na świat przynosi ze sobą pewne zdolności lingwistyczne, które następnie podlegają rozwojowi i wykształceniu. Rzecz jasna, słynnemu profesorowi MIT szło o wiedzę językową, a nie językoznawczą. Ta pierwsza jest nieuświadomiona i ma charakter praktyczny - po prostu umiemy mówić, tak jak oddychamy i chodzimy, nie zastanawiając się nad istotą owych skomplikowanych zdolności. Ta druga natomiast powinna mieć charakter teoretyczny i naukowy, a jej zgłębianiu mają się oddawać lingwiści. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy człowiek mówi w określonym języku i prawie każdy (chyba to nie przesada) ma chwile refleksji nad tym, co i jak mówi. Refleksja ta nie jest jednak językoznawcza w sensie wyżej przedstawionym - to raczej znak jego świadomości językowej niż systematycznej wiedzy. Wystarczy to jednak, aby - w opinii potocznej - odrzeć językoznawstwo z jego naukowego charakteru. Lingwistyka - tak jak ją postrzegają zwykli użytkownicy języka - nie zajmuje się niczym szczególnym, co nie byłoby dostępne każdemu śmiertelnikowi. To nie to, co fizyka, czy chemia, których przedmiot jest na tyle konkretny, aby zwykły człowiek mógł go sobie wyobrazić, a jednocześnie na tyle niedostępny bezpośredniemu poznaniu, by nabrać do przedstawicieli tych nauk szacunku jako do posiadaczy wiedzy tajemnej.

Dlatego też współczesny językoznawca nieustannie narażony jest na - płynące z różnych stron - frustracje. W oczach tzw. zwykłych ludzi jego rola ogranicza się do podpowiadania, jak należy mówić, „aby było poprawnie”. Koledzy filolodzy innych specjalności uznają lingwistykę za nudną i nieprzydatną, a jeszcze będąc studentem sam słyszałem, jak na zajęciach pokpiwają z językoznawców (choć niektórym zdarza się przyznać, że z gramatyki mieli zaledwie słabą trójczynę). Wiedza językoznawcza uchodzi tedy za niepotrzebną, choć z punktu widzenia praktyki przydatność rozprawy o celowniku liczby pojedynczej rzeczownika w staropolszczyźnie i o motywach dionizyjskich w poezji XX wieku powinna być oceniona podobnie. Nawet ten językoznawca, który - nie bacząc na możliwość przypięcia mu niechlubnej środowiskowo etykietki „kulturysty”, popularyzatora - chciałby się na antenie wymądrzyć w sprawach kultury języka, ma coraz trudniej. Wydaje się nie do pomyślenia, żeby na temat syntezy jądrowej wypowiadał w mediach się niefizyk, a na temat apoptozy - niebiolog molekularny. Tymczasem na przykład nasze lokalne media na przykład ostentacyjnie lekceważą miejscowe środowisko językoznawców, albo sprowadzając do programu w razie potrzeby gwiazdy z Warszawy, albo - i tu wracamy do początkowej myśli - redaktorzy sami wchodzą w rolę językoznawców. Ba! Nawet sam Miodek, został nagrodzony na pocieszenie Wiktorem i zepchnięty ze swoim programem na peryferie telewizyjnej ramówki. Kiedy więc znany publicysta, wypowiadając się w czołowym dzienniku na temat języka, plecie androny w stylu popularnej pieśni „Gdy Sobieski był sułtanem” naszemu nieszczęsnemu językoznawcy już nawet nie chce się protestować, Gdy w radiowej reklamie słyszy, że „Polskie Radio ma znakomitych językoznawców...”, gdy widzi znaną dziennikarkę radiową jako główną jurorkę teleturnieju językowego, gdy w wielkim portalu internetowym czyta porady poprawnościowe, udzielane przez redaktorkę prasową, zaczyna przemyśliwać, czy nie zamknąć językoznawczych katedr i instytutów, jako bezprzyszłościowych i zbędnych. Gdybyż to lingwiści stanowili silne lobby, jak jacyś, nie przymierzając, górnicy albo producenci gaśnic samochodowych! Mogliby przeforsować w parlamencie ustawę, zgodnie z którą prawo udzielania porad językowych przypadłoby tylko lingwistom z dyplomem! Ale któż ich poprze? Wszak środowisko nasze nie jest w lawach poselskich reprezentowane.

W tej sytuacji może się naszemu bohaterowi wydać dziwne, że na lingwistyczne seminaria magisterskie niezmiennie co roku wstępuje pewna (ostatnio nawet jakby liczniejsza niż wcześniej) grupa adeptów, a niektórzy z nich ochoczo pukają nawet później do bram naukowej kariery. Zniechęcony językoznawca chciałby ich przestrzec, krzyknąć: "Ludzie, zastanówcie się, co robicie". Ale głos więźnie mu w gardle, gdy przychodzi refleksja: "A jeśli to tylko mój subiektywny punkt widzenia? Może spojrzeć na to z innej strony?" I od razu przypomina sobie nazwiska wybitnych profesorów teorii literatury, którzy bynajmniej nie protestują, gdy prasowa krytyka nazywa ich językoznawcami, zaczyna pojmować, że elokwentna pani redaktor właśnie dlatego wchodzi w rolę profesora Miodka, aby ludziom, a może sobie samej, coś pokazać, udowodnić. Już wie, dlaczego tak chętnie naśmiewano się ze zwyczajów językowych Lecha Wałęsy, dlaczego piastujący funkcję "dyżurnego humanisty" w Klanie dziadek Władysław (właśnie on, a nie Krystyna Lubicz - pracownik naukowy bez komputera i choćby jednej książki w domu) kazał Michałowi czytać Historię języka polskiego Zenona Klemensiewicza.

A może jednak warto być językoznawcą?


Z prawdziwą przyjemnością informujemy, że dr hab. Piotr Żmigrodzki, pracownik Zakładu Współczesnego Języka Polskiego, Instytutu Języka Polskiego na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego został wyróżniony za wybitną pracę habilitacyjną nagrodą Prezesa Rady Ministrów. Pan dr hab. Piotr Żmigrodzki jest jednym z ośmiu tegorocznych laureatów. Uroczyste wręczenie nagród odbyło się 30 października br. o godzinie 12.00 w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w Warszawie. Laureatowi nagrody serdecznie gratulujemy!

Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania
NiesklasyfikowaneStopnie i tytuły naukoweW sosie własnymNiesklasyfikowaneOgłoszeniaNiesklasyfikowaneNowe książkiKronika UŚNiesklasyfikowane
Zobacz stronę wydania...