Bitwa o interpretację historii

Strażnicy jawności

 

Rzeczywistość PRL-owska nie znikła po 1990 roku jak po dotknięciu czarodziejskiej różdżki, ale swoimi korzeniami wciąż głęboko tkwi w instytucjach państwowych, samorządowych i naukowych – powiedział prof. Janusz Kurtyka, prezes Instytutu Pamięci Narodowej podczas wykładu, z którym wystąpił 27 kwietnia na Wydziale Nauk Społecznych.
 
Prof. Janusz Kurtyka
Prof. Janusz Kurtyka
– IPN został powołany przez polski parlament po to, żeby badać działanie systemu komunistycznego, jak jego instytucje oddziaływały na społeczeństwo i w jaki sposób go zmieniły, a może w jaki sposób nie udało się im go zmienić, i wreszcie jakie są konsekwencje dzisiaj tego procesu społecznego – wyjaśniał prof. Kurtyka.
 
Jego zdaniem, do zadań IPN-u, który jest strażnikiem jawności, należy opracowanie i udostępnienie przejętych materiałów PRL-owskich, tak by mogły się stać częścią publicznej debaty, a ich wykorzystanie – zgodnie z prawem – jest bardzo ważnym elementem w kształtowaniu świadomości historycznej i wiedzy o tym, czym naprawdę był ten system. Prof. Janusz Kurtyka zwrócił uwagę na rolę historyków, pracujących w obszarze, w jakim porusza się IPN.
 
– Historia w okresie istnienia systemu komunistycznego w Polsce była częścią bardzo ważnego dla komunistów frontu ideologicznego. Oczywiście nie cała historia, ale ta po II wojnie światowej – historia najnowsza, co do której wciąż boimy się zadać pytanie: czy była nauką, czy częścią propagandy? – podkreślał szef IPN. – Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że system komunistyczny miał wbudowany bardzo skuteczny system kontroli i kreowania zjawisk oraz interpretacji dla siebie korzystnych. Charakteryzował się instytucjonalnym zabezpieczeniem interesów dyktatury, przede wszystkim cenzurą, a ta, nie była tylko instytucją, która miała wychwytywać wrogie treści. Cenzura komunistyczna była bardziej wyrafinowana. Obejmowała zakaz na osoby i tematy, miała wbudowany mechanizm, który zmuszał autorów do pisania w określony sposób – wyliczał prof. Kurtyka.
 
Obok cenzury istniał precyzyjnie zaprojektowany mechanizm reglamentacji m.in. w dostępie do kariery zawodowej.
 
– Selekcja kadr miała miejsce na każdym etapie: od zdawania na studia, przez studia, po uzyskanie pracy na uniwersytecie oraz w późniejszych okresach kariery naukowej. Były kierunki, gdzie trudno się było dostać osobom o „złym pochodzeniu”, instytuty, wydziały i uczelnie, gdzie po studiach nie można było dostać pracy, gdy nie wstąpiło się do partii komunistycznej lub któregoś ze stronnictw satelickich – mówił prof. Janusz Kurtyka.
Innym elementem reglamentacji był nadzór aparatu partyjnego. Przy każdej uczelni działał Komitet Uczelniany PZPR, który był w stałym kontakcie z odpowiednią komórką w Komitecie Wojewódzkim PZPR, bardzo precyzyjnie kontrolującą działalność uczelni. Gęste sito miało wychwycić tych, których partia na uniwersytecie nie chciała widzieć, ale też tych, których partia chciała widzieć. Zaczęły pojawiać się zachowania oportunistyczne.
– System powodował, że ludzie, którzy chcieli zostać na uczelni bardzo często odgadywali, jakie poglądy mogą się spodobać, starali się dopasować do nastroju czy modelu panującego na wydziale – to była droga do wstąpienia do partii, droga, która mogła zapewnić np. etat – mówił szef IPN. – Niekoniecznie oznacza to, że ci, którzy wstępowali do PZPR byli komunistami – po prostu przyjmowali taką, a nie inną maskę ideologiczną – podkreślał historyk.
 
Sporą część wykładu poświęcił też problemowi reglamentacji w dostępie do źródeł historii najnowszej, które do 1990 r. znajdowały się pod kontrolą partii komunistycznej bądź bezpieki. Archiwum przy Komitecie Centralnym PZPR przechowywało nie tylko dokumentację działalności partii, ale również organizacji konspiracyjnych np. AK. Jak podkreślił prof. Kurtyka, wbrew temu co się mówi, archiwa bezpieki nie zawierają jedynie kłamstw.
 
– Dokumentacja tworzona przez bezpiekę jest niezwykle różnorodna – oprócz dokumentacji operacyjnej jest dokumentacja o charakterze analitycznym, przygotowywana na użytek sądów i prokuratur oraz dokumentacja działalności sieci agenturalnej. Są to również archiwa nie wytworzone przez bezpiekę, a przez np. AK, organizacje konspiracyjne i polityczne działające w trakcie i po II wojnie światowej, tajne bądź jawne, które w pewnym momencie zostały rozbite przez bezpiekę, a ich archiwa zagarnięte – wyjaśniał.
 
W czasach PRL-u udostępniano je osobom, które posiadały rekomendację partyjną czy bezpieki, co gwarantowało wykorzystanie materiału zgodnie z oczekiwaniami.
– Najważniejsze sprawy opisywali tylko historycy resortowi, a więc ci, którzy byli równocześnie funkcjonariuszami służb bezpieczeństwa lub mieli taki epizod – mówił prof. Kurtyka. – Nie oznaczało to jednak, że skoro nad danym tematem zasiadał człowiek wyselekcjonowany w tak szczegółowy sposób, to prace te są całkowicie bezwartościowe. Jeżeli weźmiemy pod uwagę prace pisane przez historyków resortowych w latach 70. np. o podziemiu antykomunistycznym, to po odrzuceniu epitetów, że to są bandyci, po odrzuceniu wypowiedzi wybranych ekspertów i warstwy interpretacyjnej, pozostają sygnatury źródłowe i faktografia, która w przypadku niektórych prac się broni – podkreślał.
 
Sporą część swojego wykładu prof. Kurtyka poświęcił elementom inżynierii społecznej, jakie stosowali komuniści, szczególnie zaś degradacji lub likwidacji starych elit (więzienia, wyrzucanie z uniwersytetów) oraz kreowaniu nowych elit, które odbywało się m.in. poprzez stawianie stosunkowo młodych ludzi na pozycjach profesorskich po to, żeby ci mogli później kreować na własny wzór i podobieństwo swoich następców.
 
– To zjawisko w latach 50. było niezwykle wyraziste i bardzo powszechne. Większość z tych ludzi było głęboko zideologizowanych i oddanych partii. To położyło się cieniem na nauce polskiej, choć w tym gronie były też osoby, które odegrały ważną rolę w nauce czy w ruchu opozycyjnym. Zjawisko kreowania nowych elit było głęboko negatywne i doprowadziło do zerwania ciągłości w polskim życiu intelektualnym, a z efektami tego borykamy się do dnia dzisiejszego – podsumował szef IPN.
 
Po wykładzie prof. Kurtyka odpowiadał na pytania wykładowców i studentów. Jedno z nich dotyczyło wizerunku IPN, który pojawia się w mediach najczęściej w kontekście afer.
– IPN przez ostatnie trzy lata miał poziom akceptacji wahający się od 70 do 50 proc. Ostatnio spadł on do ok. 30 proc. To jest dla nas problem i musimy się zastanowić, co z tym zrobić. Jednak IPN nie jest piękną narzeczoną ani partią polityczną, ale instytucją państwową, która przede wszystkim ma wykonywać swoją robotę. Tego rodzaju wskaźniki zaufania są ważne dla naszego poczucia wykonywania obowiązku, ale to nie oznacza, że mamy przestać realizować ustawę o IPN. W moim przekonaniu, jest to instytucja dla państwa i narodu niezwykle potrzebna i przydatna, a traktowanie jej jak elementu układanki politycznej jest ciężkim błędem. IPN jest i musi być niezależny. Będzie budził emocje, bo na naszych oczach rozgrywa się bitwa o interpretację historii – podsumował prof. Janusz Kurtyka.
Autorzy: Katarzyna Rożko
Fotografie: Przemysław Suchocki