O słuchaniu radia w samochodzie

W tzw. dyskursie publicznym są pewne sformułowania, które, raz użyte, upowszechniły się i zyskały status obiegowych, takich, które wszyscy powtarzają, więcej, które powtarzać należy, aby podtrzymać pozycję "osoby z towarzystwa", a przynajmniej nie postawić się - jak to ujęła jedna z feministek - poza marginesem akceptowalnego dyskursu. Zjawisko to było już kilkakrotnie przedmiotem opisów publicystycznych. Piotr Wierzbicki, zanim jeszcze został współczesnym Karolem Borowieckim, napisał "Podręcznik Europejczyka", w którym sporządził katalog takich "społecznie pożądanych" zachowań, a Rafał Ziemkiewicz wykreował pojęcie "Roju" czyli grupy osób bezwiednie i bezrefleksyjnie powtarzających opinie wypowiadane przez autorytety medialne. Kilku jednak zachowań, o których dziś chcę napisać, autorzy ci nie ujęli, gdyż są stosunkowo nowe (życie przynosi tu bowiem z każdym tygodniem nowe wzorce do naśladowania). Nie będzie mnie tu wszak interesowała aktualna moda na żarty o kaczkach, którymi ukrasza się ostatnio nawet wystąpienia na konferencjach naukowych, bo to banalne. Nie będę też się zbyt długo rozwodzić nad tym, że w wypowiedziach publicznych już od dość dawna wypada deklarować niechęć do zakupów w hipermarketach, a zachwalać uroki zakupów "w małych osiedlowych sklepikach". Tak głosi każdy wypowiadający się w mediach na ten temat, nieważne, czy polityk, czy ekonomista, czy sportowiec, czy profesor. Pamiętam., kilka lat temu na Boże Narodzenie pracownicy UŚ dostali talony do zrealizowania w jednym z hipermarketów. Wówczas w okolicach Bankowej, Żytniej, na placu Sejmu Śląskiego dało się słyszeć lamenty uczonych, z jakim to wielkim obrzydzeniem przekraczają progi sklepów wielkopowierzchniowych i z jaką niechęcią będą te talony realizować. Niektórych z nich widziałem potem w hipermarkecie wraz z rodziną podczas "shoppingu" i wcale nie wyglądali na nieszczęśliwych; może pierwsza wizyta, wymuszona chęcią wykorzystania "biletów towarowych" tak ich zmieniła i zachęciła do odwiedzania "świątyni konsumpcji".

Najnowszą natomiast modą medialną jest ogłaszanie, że się słucha Radia Maryja....w samochodzie. Dlaczego w samochodzie? Dlatego, twierdzą inkryminowani mówcy, że jest to jedyna stacja, którą można dobrze odbierać w samochodzie, bo ma pokrycie całego kraju, szczególnie w Borach Tucholskich. Powstanie tej "legendy" ma podłoże bardzo czytelne. Kiedyś programy Radia Maryja po prostu przemilczano, obecnie wypada je ...no, powiedzmy, komentować. (sposób tego komentowania jest zresztą też zastygły w kilku obiegowych formułach, których nie będę tu z braku miejsca przytaczał). Żeby jednak komentować, trzeba słuchać, inaczej narazilibyśmy się na uwagę, że komentujemy coś, czego nie znamy, lub znamy z drugiej ręki. Najlepiej więc powiedzieć, że usłyszeliśmy audycję przypadkowo, jadąc autem. Skąd zaś radiostacja owa wzięła się w naszym radiu samochodowym? Po prostu mają najsilniejsze nadajniki, a na to nic się nie poradzi. Co więcej, czytałem kiedyś w prasie artykuł, mówiący o tym, że radio toruńskie jest pod tym względem jeszcze bardziej podstępne niż się zdaje. Nie tylko słychać je tam, gdzie innych stacji nie słychać (np. taki TOK FM z nadajnika krakowskiego zanika już w okolicach Rząski, a więc jeszcze w obrębie miasta), ale w dodatku... podstępnie wdziera się do naszych radioodbiorników, wykorzystując funkcję automatycznego strojenia. Jedziemy sobie spokojnie, dajmy na to przez Bory Tucholskie, słuchając jakiejś Zetki, czy RMF (o TOK FM nie ma mowy, bo sygnał z Gdańska zanika już za Pruszczem), a tu bzzzzt... wskakuje nam ojciec Rydzyk, nie jako pasażer, tylko w postaci dźwięku z głośników naszej aparatury. A skoro już jest, to musimy słuchać, bo prowadząc, nie powinniśmy manipulować przy radioodbiorniku, żeby nie spaść z drogi.

Rys. Marek Rojek

Mnie osobiście nie było dane takie doświadczenie, może dlatego, że przeczytałem instrukcję obsługi swojego radioodbiornika samochodowego i funkcję "inteligentnego strojenia" oraz wszystkie podobne bajery natychmiast wyłączyłem. Ale i tak trafiają mi się niespodzianki. Jadę sobie razu pewnego, słuchając Jedynki (dla fachowców z OBOP-u jestem w tym momencie słabo wykształconym ponad 60-letnim wyborcą SLD, ale nie dbam o to), a tu z głośnika płynie wiadomość: Isaak Hayes ogłosił, że rezygnuje z podkładania głosu kucharza w serialu "South Park". Jest to protest, jak oświadczył, przeciwko aktowi nietolerancji, jakim było wyszydzenie w jednym z odcinków kościoła scjentologicznego, do którego Hayes należy. Zdaję sobie sprawę, że wiadomość tę wielu moich czytelników potraktowało jak nagłówek z pierwszej strony jakiegoś tabloidu, np. "Marysia Futerkowska rozstała się z Oliverem Dresiakiem", tzn. zastanawiają się teraz, kto to jest Isaac Hayes i co to jest "South Park". Tak się jednak złożyło, że ja wiedziałem, o co chodzi, więc informację tę powitałem atakiem śmiechu, który znacznie zmniejszył u mnie, na szczęście tylko na chwilę zdolność do "zapanowania nad pojazdem". Nieuświadomionym wyjaśnię więc pokrótce, w czym rzecz.

Głównym tematem serialu, wyświetlanego w polskiej telewizji otwartej dopiero od niedawna, ale wcześniej dostępnego w Canal+ i w Internecie, jest bowiem kpina i wyszydzanie wszystkiego, ale to wszystkiego bez wyjątku, co jest związane ze współczesnym życiem społeczno-politycznym w USA (a skoro w USA, to także i w innych krajach świata - niektóre "trendy", już w "South Parku" wyśmiane, u nas mają się dopiero upowszechnić). Wspomniany Isaac Hayes (który notabene swoją sławę chyba w większym stopniu zawdzięcza dziś swoim występom w tej kreskówce niż nagrywanym płytom) nie miał najwyraźniej nic przeciwko, gdy twórcy wyszydzali brutalnie między innymi: katolików, żydów (i Żydów), protestantów, mormonów, muzułmanów, kpili z gejów, lesbijek i "heteryków", z Indian, Murzynów, Latynosów, Arabów, z niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo, z Jana Pawła II i George’a Busha, z Saddama Husseina i Osamy bin Ladena, z Jennifer Lopez, Salmy Hayek, Bena Afflecka i Mela Gibsona, z Boga i Szatana, z Kanadyjczyków, Francuzów i Meksykanów. Nie formułował wobec nich zarzutów o nietolerancję. Dopiero gdy zabrali się za scjentologów, poczuł się obrażony i cale szczęście, że w USA nie ma żadnej Rady Etyki Mediów, bo by autorzy mieli z nią do czynienia (nadawanie serialu próbowano zresztą już wcześniej wielokrotnie zablokować, jednak jak dotąd bezskutecznie).

Swoim wystąpieniem ów przeciętny wokalista, jakim jest w moim mniemaniu Hayes, nie tylko pozbawił się znacznej części dochodów, ale postawił się w roli żywego dowodu twierdzenia, które formułowane jest w dyskusjach publicystycznych przez przeciwników obowiązującego obecnie powszechnego pluralizmu i absolutnej tolerancji wobec jej zwolenników: że jest ona dla nich wartością do momentu, gdy sami zetkną się z jej - przykrymi dla siebie - konsekwencjami.

Piotr Żmigrodzki

Autorzy: Piotr Żmigrodzki, Rys. Marek Rojek
Ten artykuł pochodzi z wydania: