Wspomnienie INTERPRETACJI

Tegoroczny konkurs o "Laur Konrada", odbywający się w ramach VIII edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej "INTERPRETACJE" (5 - 12 marca 2006), wywołał niemałe burze w niejednej szklance wody. Nie chodzi jednak o wątpliwości jurorów - ich werdykt okazał się tym razem wyjątkowo jednomyślny: Piotr Cieplak, Izabella Cywińska, Marcin Jarnuszkiewicz i Stanisław Radwan wyróżnili Maję Kleczewską za reżyserię Woyzecka Georga Büchnera, przygotowanego w Teatrze im. W. Bogusławskiego w Kaliszu. Tylko Ryszard Bugajski "wyłamał się" spośród jurorów, przyznając swą nagrodę Marcinowi Wronie za spektakl telewizyjny Skaza na podstawie sztuki Marzeny Brody.

Skąd zatem wspomniane burze?... Ze zróżnicowanych reakcji publiczności festiwalowej. Tak się złożyło w tym roku, że Jacek Sieradzki, Dyrektor Artystyczny Festiwalu, zakwalifikował do udziału w konkursie spektakle tych młodych twórców, wokół których ogniskują się najświeższe teatrologiczne spory. Reżyserów, którzy proponują przekaz artystyczny pełen kontrowersji, którzy nie boją się estetycznych eksperymentów, a czasem też, niestety, nadmiernie ulegają powierzchownym teatralnym modom. Chodzi zwłaszcza o twórczość Mai Kleczewskiej i Jana Klaty. Ukształtowała się zatem podczas katowickiego festiwalu prawdziwa mieszanka wybuchowa chwytów scenicznych i treści, które niekoniecznie w pełnym wymiarze zaskarbiły sobie uwagę, nie mówiąc już o sympatii widzów. Ta dawka emocji rozgrzała atmosferę rozmów, toczących się po spektaklach: były zachwyty, wywołane pomysłami wizualnymi i fonicznymi, nie brakło również dość agresywnych polemik, zwłaszcza podczas rozmowy z Janem Klatą, który wytoczył w swej obronie artylerię argumentów, zbyt ciężkiego kalibru w porównaniu ze stylem zarzutów, skierowanych wobec jego interpretacji Janulki, córki Fizdejki Witkacego.

Spektakl Woyzeck Georga Büchnera z Teatru im. W. Bogusławskiego z Kalisza
Spektakl Woyzeck Georga Büchnera z Teatru
im. W. Bogusławskiego z Kalisza

W festiwalowe szranki - prócz Kleczewskiej i Klaty - stanęli jeszcze trzej twórcy spektakli teatralnych: Grzegorz Wiśniewski (Plastelina Wasilija Sigariewa z Teatru Polskiego im.H.Konieczki w Bydgoszczy), Jacek Orłowski (Śmierć komiwojażera Arthura Millera z Teatru im. S. Jaracza w Łodzi) oraz Paweł Miśkiewicz, znany już z poprzednich edycji festiwalu (Auto da fé według Eliasa Canettiego z Narodowego Starego Teatru w Krakowie).

Zaproponowane przez reżyserów interpretacje sceniczne ułożyły się w zbiór dość ponurych wizji na temat jednostkowej egzystencji. Bohaterowie tych przedstawień, uwikłani w szereg społecznych i psychicznych zależności, zaprezentowani zostali jako indywidualności skazane na porażkę w świecie zdominowanym przez narzucone z zewnątrz, nierzadko upodlające pryncypia. Niezależnie od źródła determinacji (czy była to konieczność rywalizacji politycznej, społecznej czy też kłopoty rodzinne bądź erotyczne), pobrzmiewało zwątpienie w możliwość ocalenia człowieka, jego uczuć i marzeń, tak ze względu na egoistyczne relacje międzyludzkie, jak i przerażający nadmiar tkwiącego w świecie zła. Maja Kleczewska podczas rozmowy z widzami powiedziała wprost, że zło jest nam zadane, a kara za zbrodnie bądź przebaczenie to reakcje niewystarczające, bo nie zmniejszają one naporu zła. Zdaje się, że podobne rozterki odkryć można było w większości zaprezentowanych na festiwalu spektakli. Przygnębiające obrazy sceniczne pozostały refleksem surowej opinii na temat działań człowieka, i jednocześnie świadectwem jakiejś tęsknoty za utraconą niewinnością, wiary w szlachetność motywów i pragnienia odnalezienia w tym stanie rzeczy jasnych reguł gry. Toteż tegoroczne spektakle konkursowe znamionowały teatr zrodzony z potrzeby protestu, nieraz krzyku, manifestującego niezgodę na obojętność, na krzywdę, na zło. Ale wybór teatralnych środków, wykorzystanych w tym celu, to już zupełnie inna sprawa.

Spektakl Woyzeck
Spektakl Woyzeck

Najbardziej buntowniczy okazał się Jan Klata. Reżyser, znany już z odważnych interpretacji klasyki (Rewizor M.Gogola, H. według Hamleta W.Szekspira, Fanta$y według dramatu Słowackiego), bohater festiwalu teatralnego "Klata Fest" oraz laureat Paszportu "Polityki", pojawił się na "Interpretacjach" z ... córką Fizdejki według Witkacego, z Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Spektakl ten, nagrodzony już na festiwalu "Bez granic" w Cieszynie (2005) i na XXX Ogólnopolskich Konfrontacjach Teatralnych "Klasyka Polska" w Opolu (2005), nie podbił jednak festiwalowej publiczności. Nie zachwycił również jurorów. Po raz pierwszy w historii festiwalu podczas ogłaszania wyników jurorzy zaprezentowali krótki program artystyczny, poświęcony potędze smaku. Był to list skierowany do Jana Klaty, dowcipna i pełna aluzji pochwała umiarkowania w zakresie szarżowania chwytami scenicznymi, które łączy się z gestem lekceważenia wobec interpretowanego tekstu. Wygłosił ją - w imieniu członków jury, przy akompaniamencie Stanisława Radwana - Piotr Cieplak.

Czym zatem zaszokował Klata? Co wzbudziło tak wiele kontrowersji, łącznie z zarzutem braku smaku? "Przepisanie" Witkacego na muzyczno-pantomimiczny kolaż efektów wizualnych. Klata deklaruje się jako zwolennik metody muzycznej w procesie przygotowywania spektakli. Główną formą ekspresji czyni zatem dźwięk, od fragmentów utworów muzycznych z offu począwszy, poprzez sampling i wzmocnioną mikroportami artykulację słowa. W ...córce Fizdejki wykorzystał dodatkowo natrętny, wyolbrzymiony dźwięk chrupania - stanowiący leitmotyw spektaklu i metaforę wszechogarniającej konsumpcji. Te efekty audialne rozgrywały się w przestrzeni, gdzie dominował jeden znak plastyczny, czyli obraz "Bitwy pod Grunwaldem" Jana Matejki. Świat dramatu Witkacego uzupełniony został natrętnymi aluzjami do przeszłości (Witkacowskie potwory występowały w pasiakach) i teraźniejszości, zarówno jeśli chodzi o politykę (bohaterowie świętują wstąpienie do Unii Europejskiej), jak i kulturę popularną (Naczelnik Seansów wykreowany został niczym czarodziej z filmów o przygodach Harry’ego Pottera). Z tekstu Witkacego ocalała przede wszystkim wizja barbarzyńskiego państewka, w którym najwyższa kultura splata się z największą dziczą. I, jak skomentował reżyser, wizja relacji polsko-niemieckiej - z pozoru dobrosąsiedzkiej, w istocie zaś przesiąkniętej potworami. Nic dziwnego zatem, że niektóre pomysły Klaty zmroziły odbiorców, zniesmaczonych uproszczeniami, zarówno dramatu Witkacego, jak i społeczno-politycznych realiów. Spektakl broni się nieco, jeśli potraktować go jako świadectwo sarkazmu artysty. Klata, sprawny autokreator, ostro manifestuje swe prawo do kąsania, do niezależności, nawet kosztem utraty pozycji "pieszczocha" teatralnego środowiska. Na pewno bliski jest w swych nonszalanckich gestach założeniom tzw. teatru postdramatycznego, w którym nie słowo, ale dźwięk, nie sugerowanie, ale bombardowanie znakiem, składa się na jaskrawy przekaz, fundowany w poetyce nadmiaru i świadomie dawkowanego kiczu. ...córka Fizdejki przekształciła się tym samym z Witkacowskiego seansu "dziwności istnienia" w prowokacyjny kolaż cytatów i gagów, bliski popisom z kabaretu.

Spektakl Samobójca Nikołaja Erdmana z Teatru Współczesnego w Szczecinie
Spektakl Samobójca Nikołaja Erdmana z Teatru
Współczesnego w Szczecinie

Zupełnie inne, choć także kontrastowe wrażenia wywołał nagrodzony Woyzeck. Mai Kleczewskiej również nieobca jest strategia wpisywania dawnego tekstu w ramy innego, znaczonego dniem dzisiejszym, dyskursu scenicznego. Akcja dramatu Büchnera umieszczona została we współczesnym, prowincjonalnym miasteczku, gdzie zdarzenia koncentrują się w przestrzeni pomiędzy zakładem fryzjerskim, sklepem z sukniami ślubnymi a podejrzaną speluną. W takich właśnie miejscach krystalizują się doświadczenia bohaterów: Marii i Woyzecka. Znakomicie poprowadzeni aktorzy wykreowali przejmujące dzieje uczucia czystego i jednocześnie naznaczonego profanacją, na przemian wzniosłego i upodlonego. Niełatwo zgodzić się na spektakl Kleczewskiej. Trzeba przekonywać się do niego powoli, w miarę nasycania rzeczywistości przedstawionej - początkowo mało wyrafinowanej i wulgarnej - subtelną dawką refleksji, nutami liryzmu. Sceny wyuzdania i przemocy, ostentacyjny kicz w wizerunku postaci, cytaty z popkultury i klimat medialnego show to pierwsze mocne tony spektaklu. Do tego stopnia denerwujące, że prowokowały chwile znużenia i zdenerwowania, któremu towarzyszyło zdziwienie. Wszystko po to, by w efekcie wzniecić przychylniejsze reakcje widza. Przedstawienie stopniowo, wręcz mozolnie, zniewalało świetnym wygraniem niuansów w relacjach międzyludzkich: od zazdrości, cierpienia, przemocy i rozczarowania po delikatność i wrażliwość. Te momenty liryczne na tle brutalnej całości cyzelowane były intonacją słowa i drobnym gestem. Prawdziwym majstersztykiem pozostaje na przykład scena, podczas której stara kobieta w ubraniu młodej dziewczyny z wózkiem opowiada bajkę o samotnym dziecku. Wszelkie zamanifestowane wcześniej brudy świata stały się w tym momencie nie tyle punktem odniesienia, co tłem dla budowania znaczeń istotnych - poczucia smutku i bezradności jako prymarnych doznań jednostki. Mocny finał oparty został na pomysłach wizualnych. Najpierw scena na łące, skonstruowana tak, że przypominała typowo filmowe ujęcie, prezentujące bohaterów wypoczywających na trawie. I zaraz po niej scena zbrodni, dokonanej na tle barokowego ołtarza, niczym akt ofiary złożonej przez Woyzecka: morderstwo dokonane w wodzie, oblewającej ciała zakochanych. Oprócz subtelnego wizualnego rozwiązania zabójstwa Marii finał pozostaje w pamięci również jako znak swego rodzaju wzniosłości w kreacji głównego bohatera: fryzjera Woyzecka, który pragnął miłości absolutnej, pomimo i wbrew podłości świata, w której także sam uczestniczył.

... córka Fizdejki z Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego z Wałbrzycha
... córka Fizdejki z Teatru Dramatycznego im.
Jerzego Szaniawskiego z Wałbrzycha

Poza powyższymi spektaklami, które wywołały najwięcej sprzecznych opinii, na wspomnienie zasługują jeszcze dwa przedstawienia: Plastelina Wasilija Sigariewa w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego z Teatru Polskiego w Bydgoszczy oraz Auto da fé Eliasa Canetttiego w reżyserii Pawła Miśkiewicza z krakowskiego Starego Teatru. To pierwsze, chyba zgodnie z przysłowiem "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta", zdobyło najwięcej głosów i nagrodę publiczności. Wiśniewski, reżyser znany już z wielu realizacji, w tym szczególnie z inscenizacji tekstów Wernera Schwaba, tym razem zinterpretował dzieło rosyjskiego dramatopisarza, reprezentującego najmłodsze pokolenie twórców, uczniów słynnego Nikołaja Kolady. Plastelina, opowieść o piekle rosyjskiej prowincji, dla Grzegorza Wiśniewskiego stała się inspiracją do opowieści uniwersalnej. W ascetycznej przestrzeni zamkniętej konstrukcją z trzech prostopadłościanów rozegrał się bezlitosny rytuał przemocy. Główny bohater, Maks ( w tej roli student krakowskiej PWST Piotr Ligienza), kształtowany przez innych niczym bezwolna figurka plasteliny, doświadcza przede wszystkim cierpienia i nienawiści. To bytowanie w świecie pełnym okrucieństwa, zadawanego człowiekowi przez człowieka, wykreowane zostało ostentacyjnie, bez znieczulenia. Tak, aby ewentualna identyfikacja z bohaterem umożliwiła rodzaj wstrząsu, by stała się celowo aplikowanym doświadczeniem bólu egzystencji, nie tylko ludzi z tzw. marginesu społecznego.

Paweł Miśkiewicz z kolei wystąpił w roli adaptatora prozy. Powieść Canettiego, ukazująca proces samozagłady profesora Kiena, miłośnika książek, stała się inspiracją do intelektualnej refleksji na temat ludzkiej masy, która siłą naporu i bezwzględnością działania wpływa na destrukcję jednostki. Nie bez powodu wpisano w spektakl fragmenty esejów Canettiego ze zbioru Masa i władza. O spektaklu Miśkiewicza wspominano przede wszystkim, ku mojemu zdumieniu, że jest to przedstawienie gwiazdorskie. Niewątpliwie kunszt artystów krakowskiej sceny wpłynął na takie podsumowania. W moim przekonaniu określenie "gwiazdorskie" pojawiło się jednak jako swego rodzaju substytut, znak wątpliwości w sprawie oceny spektaklu. No bo cóż innego można powiedzieć o przedstawieniu, które fascynuje ze względu na kreację postaci scenicznych, ujmuje rozwiązaniami scenograficznymi i sugestywnością scen zbiorowych, zachwyca umiejętnie dawkowaną porcją kpiny i ironii, a jednocześnie pozostawia widza zdystansowanym, chwilami obojętnym. Jakby stanowiło piękny zamek zbudowany na piasku, konstrukcję o słabych fundamentach. Nie wiem, czy źródeł tego niepowodzenia upatrywać należy w adaptacji, czy też w incydentalnym zachwianiu komunikacji, w utraconym rytmie zdarzeń scenicznych, który przytrafił się nieoczekiwanie podczas konkursowej prezentacji?... Szkoda, bo był to przykład oryginalnej interpretacji.

... córka Fizdejki
... córka Fizdejki

Tegoroczny Festiwal Sztuki Reżyserskiej, zorganizowany w Katowicach już po raz ósmy, pokazał, jak wiele zmieniło się w porównaniu z pierwszymi jego edycjami. Przede wszystkim - w odniesieniu do pokolenia twórców, którzy "grają pierwsze skrzypce" w polskim teatrze. Tym razem w ramach przedstawień mistrzowskich pojawiły się spektakle Anny Augustynowicz (Samobójca Nikołaja Erdmana z Teatru Współczesnego w Szczecinie) i Krzysztofa Warlikowskiego (Krum Hanocha Levina w koprodukcji warszawskiego Teatru Rozmaitości i krakowskiego Narodowego Starego Teatru). A zatem w roli mistrzów wystąpili zdobywcy "Lauru Konrada" z poprzednich edycji "Interpretacji", kolejno z 1998 i 2003 roku. To oni, nazwani niegdyś "młodszymi zdolniejszymi", wyznaczają dziś swym stylem szlaki teatru współczesnego. Zajęli miejsce obok "starych mistrzów" - Erwina Axera, Jerzego Jarockiego, Macieja Englerta, żeby wymienić tylko kilka nazwisk dawnych jurorów "Interpretacji". Tegoroczne spektakle mistrzowskie nie tylko potwierdziły, że przemiana pokoleniowa stała się bezspornym faktem, udowodniły również, że sztuka interpretacji w teatrze potrzebuje czasu, by osiągnąć pełnię, czyli poziom maestrii znakomitej reżyserii. Szczególnie widoczne to było w przypadku spektaklu Anny Augustynowicz, która pokazała fenomenalnie zrobionego Samobójcę Nikołaja Erdmana. Tekst rosyjskiego autora z lat dwudziestych minionego wieku stał się kanwą koncertowego przedstawienia. Nie bez powodu używam takiego epitetu. Muzyczność i rytmiczność stały się bowiem fundamentem działań przedstawionych. Harmonijne zespolenie różnych płaszczyzn spektaklu - umowność scenografii zbudowanej z pudeł na instrumenty różnej maści, stylizowany kostium z dominującą szarością i czernią, energiczna karykatura w wizerunku postaci scenicznych, odrealnionych poprzez nadmiar ekspresji i pomalowane twarze-maski, wreszcie wysmakowane muzyczne aluzje i cytaty, grane przez zespół dosłownie "zawieszony" ponad sceną - wszystko to wpłynęło na niezwykle spójną prezentację "świata na opak". W rzeczywistości przedstawionej, na poły absurdalnej, na poły jarmarcznej, odbywało się inscenizowanie samobójstwa głównego bohatera, Siemiona Podsiekalnikowa. Z ogromną przyjemnością i śmiechem na ustach widzowie śledzili ten popis sprawności aktorskiej, tym bardziej wyrazisty, że połączony ze świetnymi pomysłami inscenizacyjnymi. Perfekcyjnie dawkowana jawna teatralność gwarantowała zmienność nastrojów: i na scenie, i na widowni. Dystans wobec zdarzeń prowokował soczysty śmiech widzów, ale wzniecał też momenty wzruszenia, a nawet smutku. Dzięki temu ten spektakl finałowy, wieńczący VIII edycję "Interpretacji", stał się prawdziwą ucztą teatralną!

Druga znacząca zmiana w przebiegu festiwalu związana była z przedstawieniami Teatru Telewizji. Po pierwsze, odbyły się tylko dwa pokazy, po drugie - miejscem prezentacji i spotkania z reżyserami stał się Miejski Dom Kultury "Koszutka". Tak mała ilość przedstawień telewizyjnych występujących w konkursie zdeterminowana była, niestety, ograniczonymi możliwościami produkcji spektakli Teatru Telewizji. Wśród nielicznych nowych przedstawień emitowanych ostatnio w teatralnej ramówce znikomą ilość stanowią prace młodych reżyserów. W tym roku zakwalifikowane do konkursu zostały tylko: Pan Dwadrzewko Lidii Amejko w reżyserii Piotra Mularuka i Skaza Marzeny Brody w reżyserii Marcina Wrony.

Pierwsze z przedstawień to kameralna opowieść o lęku przed samotnością. Ukazane zostały pełne nostalgii i humoru spotkania chłopca, któremu wydaje się, że Pan Bóg włożył mu do gardła łyżkę od butów, z tajemniczym Panem Dwadrzewko, który wspomina i wskrzesza dawnych mieszkańcach starego domu. Niezwykła historia o czasie zastygłym, o zatrzymaniu czasu z powodu wojennej zagłady, zrealizowana została wręcz ascetycznie. Sugestywnie podawany dialog, zbliżenia i długie ujęcia wywoływały nastrój melancholii, chwile zadumy nad utraconą przeszłością. Nie było w tym jednak taniego sentymentu.

Skaza natomiast, zupełnie odmienna, tak formą, jak i tematyką od dzieła Mularuka, dotyczyła traumatycznych przeżyć rodzinnych, to znaczy piętna molestowania, które wyznacza relacje w rodzinie, i determinuje styl życia. Ten patologiczny, pełen lęku i obsesji świat bohaterów, ukazany został w stylu Edwara Hoppera i Davida Lyncha. Marcin Wrona wprost deklaruje takie upodobania estetyczne, sprzyjające jego zainteresowaniom. Reżyser penetruje skomplikowane relacje rodzinne w sposób dogłębnego, wręcz ekshibicjonistycznego procesu budowania postaci. Skaza przesycona została znakami traumy i destrukcji bohaterów.

W ramach festiwalu odbyła się również wystawa Konrad Swinarski. Doświadczanie historii. Ekspozycja, przygotowana we współpracy Centrum Scenografii Polskiej, Muzeum Narodowego Starego Teatru w Krakowie i Urzędu Miasta Katowice, dotyczyła wybranych inscenizacji Swinarskiego, skupionych wokół fundamentalnych dylematów historiozoficznych. Chodzi o interpretacje twórczości Szekspira, romantyków i Brechta. Wernisaż wystawy odbył się 9 marca. W tym samym dniu obejrzeć można było w Centrum Scenografii Polskiej wystawę autorską Jerzego Moskala zatytułowaną Myślenie oczami, prezentującą dorobek 50 lat pracy twórczej artysty. Zorganizowano również panel dyskusyjny Reżyser i scenograf: Modele współpracy. W spotkaniu, prowadzonym przez Łukasza Drewniaka, uczestniczyli jurorzy festiwalu. W atmosferze dyskusji o współpracy z wybitnymi scenografami, np.: współpracy Izabelli Cywińskiej z Zofią Wierchowicz, nie brakło przykładów, ilustrujących "trudne związki" reżysera i scenografa. I anegdot, przybliżających młodym teatromanom minione przygody teatralne.

Po dwóch miesiącach od zakończenia "Interpretacji" pozostają we wspomnieniu najistotniejsze wrażenia i uczucia wywołane katowicką teatralną fetą. Po pierwsze radość, że udało się powrócić do pierwotnego rytmu, czyli corocznej edycji festiwalu, pomimo wyzwań finansowych i organizacyjnych, jakich wymaga przygotowanie tego wydarzenia. Po drugie - radość z możliwości goszczenia w Katowicach najnowszych, jakże dyskusyjnych dzieł teatralnych i telewizyjnych. Po trzecie - jednak żal, że tym razem pominięto w wyborze "miejsc festiwalowych" mury naszej uczelni. Szkoda, że projekcje spektakli Teatru Telewizji nie odbyły się, jak zwykle do tej pory, na Uniwersytecie Śląskim. Może niekoniecznie mogłyby się odbyć w wielkiej auli WNS, ale w jakimś bardziej kameralnym uniwersyteckim wnętrzu, gdzie zainteresowani spektaklami studenci mieliby większą szansę uczestnictwa w projekcjach i rozmowach z reżyserami. Nie co dzień zdarza się przecież młodym ludziom taka okazja. Biorąc pod uwagę pracę studentów z koła naukowego teatrologów, którzy przygotowywali gazetkę festiwalową "Antrakt", biorąc pod uwagę sporą gromadkę studentów na widowni Teatru Śląskiego, pomimo trudności w zdobyciu biletów na spektakle, należy mieć nadzieję, że Organizatorzy Festiwalu zaufają w przyszłości publiczności akademickiej, i powrócą do pomysłu projekcji spektakli TTV na naszym uniwersytecie. Zapraszamy już za rok!

Beata Popczyk-Szczęsna

Autorzy: Beata Popczyk-Szczęsna, Foto: Mariusz Stachowiak, Piotr St. Walendowski, M
Ten artykuł pochodzi z wydania: