Czy rozbieżności w historii Czechów i Polaków stanowią również o ich odmiennej przyszłości?

Wystąpienie doc. JUDr. Petra Pitharta Pierwszego Wiceprzewodniczącego Senatu Parlamentu Republiki Czeskiej w Uniwersytecie Śląskim w Katowicach w dniu 4 kwietnia 2006 roku podczas 14. Wieczoru Akademickiego.

Pominąwszy Słowaków, jesteśmy my - Czesi w stosunku do Polaków najbardziej zbliżeni pod względem językowym i prawdopodobnie u progu wydarzeń historycznych byliśmy sobie bliscy również pod innymi względami. Jednoczył nas przede wszystkim Święty Wojciech, który położył zasługi dla chrześcijaństwa nie tylko w Europie Środkowej, ale także na terytorium dzisiejszych Węgier. Niewiele brakowałoby Czesi i Polacy stworzyli wspólne państwo zachodniosłowiańskie. Jeżeli nie będziemy brali pod uwagę kilku mniej znaczących i krótkotrwałych kampanii wojennych w czasach wczesnych Przemyślidów, możemy być zaskoczeni stwierdzeniem, iż interesy obu narodów przez stulecia nigdy w sposób szczególny ze sobą nie kolidowały. Należałoby w tym fakcie upatrywać solidny fundament dla dobrego sąsiedztwa.

Z biegiem czasu jednak oba narody znalazły się w centrum odmiennych wydarzeń historycznych a ich doświadczenia powoli zaczęły się stawać niewspółmierne. Wysunięte bardziej na zachód Czechy weszły w skład Cesarstwa Rzymskiego, które zapewniło ziemiom czeskim łatwiejszy dostęp do dobrodziejstw kultury i cywilizacji europejskiej, kosztem jednak ograniczenia suwerenności obywatelskiej i dwujęzyczności. Państwowość polską w porównaniu z takim stanem rzeczy uznać można za bezproblemową. Położona bardziej na wschodzie Polska stała się samodzielną prowincją chrześcijańską trzysta lat wcześniej niż Czechy (mimo że przyjęła chrześcijaństwo właśnie od Czechów). Będąc państwem suwerennym poszerzała swoje wpływy w kierunku wschodnim na terytorium ówczesnej "ziemi niczyjej", dopóki nie stanęły temu na przeszkodzie interesy rosyjskie. Polska przyłączyła się do Europy jako formacja wprawdzie peryferyjna, jednak suwerenna. Od zbytniego nasilania się konfliktów wewnętrznych uchroniła Polskę prawdopodobnie możliwość podejmowania działań ukierunkowanych na zewnątrz, ekspansji, podbojów i kolonizacji. Wewnątrz zatem polska historia pozostała bardziej spójna i nie doznała tylu kataklizmów, które porównać by można było do ruchu husyckiego czy też Białej Góry stanowiącej początek gwałtownej kontrreformacji. Polska jednak miała na północy i na wschodzie silnych wrogów zewnętrznych. W siedemnastym stuleciu pojawił się w Prusach przeciwnik z analogicznymi ambicjami ekspansywnymi.

Pierwszy Wiceprzewodniczący Senatu Parlamentu Republiki Czeskiej doc. dr Petr Pithart i Konsul Republiki Czeskiej Josef Byrtus
Pierwszy Wiceprzewodniczący Senatu Parlamentu
Republiki Czeskiej doc. dr Petr Pithart i Konsul
Republiki Czeskiej Josef Byrtus

Nie zamierzam analizować dzisiaj całej historii naszych narodów i dokonywać porównań. Chciałem tylko przypomnieć o wspólnym punkcie wyjścia i zarazem raptownym rozejściu się naszych dróg, które jednak, jak już wspomniałem, nie krzyżowały się. W dwudziestym i dziewiętnastym stuleciu, których oddech jeszcze wciąż czujemy na plecach, przybyło nam nieporozumień lub raczej wzajemnych rozbieżności.

Oddaliliśmy się od siebie przede wszystkim ze względu na stosunek wobec Rosji. Już chyba tylko Słowacy byli bardziej życzliwi wobec Rosjan niż Czesi. Od Rosji oddzielali nas Słowacy i Ukraińcy, rosyjskie konie napiły się z Wełtawy tylko raz, kiedy prześladowały zdobywcę Napoleona, brzmienie języka rosyjskiego było dla nas o wiele bardziej przyjemne w odróżnieniu od narzuconej nam niemczyzny, dla Czechów zaś, którzy swego czasu posługiwali się czeskim już tylko na wsi, język ten stał się językiem niezwyciężonego narodu, o który się oprzemy.

Zaistniały zatem wszelkie przesłanki, aby powstać mógł głęboko zakorzeniony mit. Zupełnie spontaniczna sympatia wobec "ogromnego dębu", jak mawiał poeta, była zawsze silniejsza i zagłuszyła pojedyncze głosy i ostrzeżenia nawet takich znakomitości narodowych, jakimi byli Kareł Havliczek Borovski czy Tomasz Garrigue Masaryk. Sympatię do Rosji, Rosjan, więc właściwie do Związku Radzieckiego jescze spotęgowała druga wojna światowa. Przecież dopiero niedawno historycy udowodnili, że Słowak Gustav Husak, ówcześnie jeden z przywódców komunistycznych Słowackiego Powstania Narodowego, w 1944 roku nie miał oporów, aby za jedną z ewentualności przyjąć, iż Czechosłowacja stanie się kolejną sowiecką republiką związkową. W Polsce coś podobnego byłoby niewyobrażalne.

Diametralny stosunek Czechów i Polaków do Rosjan niewątpliwie wpłynął na podejście obu narodów do komunizmu sowieckiego i socjalizmu. Odważę się stwierdzić, iż nawet okupacja naszego kraju, która w sierpniu 1968 roku stłumiła zryw w kierunku "socjalizmu z ludzką twarzą", nie przyczyniła się do masowej nienawiści wobec Rosjan, rosyjskich żołnierzy i że zdruzgotany naród potrafił odróżnić to, co rosyjskie, od tego, co sowieckie.

Nieprzypadkowo, zatem to właśnie Polacy - na czele z Wojtyłą i Wałęsą - najbardziej przyczynili się do upadku komunizmu. Nieprzypadkowo rewolucja aksamitna w listopadzie w 1989 roku była jednym z ostatnich przewrotów społecznych w tym "roku cudów", o ile nie będziemy brali pod uwagę tragicznego wybuchu nienawiści w Rumunii. Obstawanie jednak przy takiej właśnie tezie, w myśl której zawiłości historii interpretowane są pod kątem wzajemnych sympatii i antypatii narodowych, uznałbym za niedostateczne, za poniekąd banalne.

Wręczenie Honorowych Medali MSZ Republiki Czeskiej profesorom Uniwersytetu Śląskiego: Halinie Rusek, Czesławowi Głombikowi i Andrzejowi T. Jankowskiemu
Wręczenie Honorowych Medali MSZ Republiki Czeskiej
profesorom Uniwersytetu Śląskiego: Halinie Rusek,
Czesławowi Głombikowi i Andrzejowi T. Jankowskiemu

Większe predyspozycje Czechów i Morawian do socjalizmu niż predyspozycje Polaków związane są przecież także z inną strukturą socjalną obu narodów. Społeczeństwo polskie, podobnie zresztą jak węgierskie, w decydującym stuleciu osiemnastym i dziewiętnastym było bardziej złożone od społeczeństwa czeskiego. Utrata niezależności w Polsce doprowadziła do zjednoczenia się pierwszego, drugiego i trzeciego stanu, to znaczy szlachty, duchowieństwa i mieszczaństwa. Znaczącą rolę odegrała zwłaszcza drobna szlachta, która przede wszystkim pielęgnowała poczucie przynależności narodowej i bez względu na ewentualne niesnaski społeczne pełniła rolę czynnika pośredniczącego i wzoru do naśladowania dla średniej a później również niższej warstwy społeczeństwa. W Czechach stanu szlacheckiego brak już od czasów wojny trzydziestoletniej, jej miejsce pozostało puste, jej rola nieznana. Z tego też powodu Czechom obcy pozostał etos romantyzmu, którego nosicielem była właśnie szlachta. Czesi nie mają zrozumienia dla jej sposobów postępowania i niesłusznie uważają je za zbędną okazałość.

Niepełna, a więc płaska struktura społeczna, czeskie plebejuszostwo - jak czasem przyjęło się mawiać - rozumiejąc pod tym pojęciem spontaniczną inklinację do demokracji jak również niedostatek pewnych cnót - wzmocniły nasze przywiązanie do ideałów lewicowych i socjalistycznych. Brakowało nam wyższych, warstw przywódczych, tak więc naród po osłabnięciu nacisku kontrreformacyjnego, po bezwzględnym uszczupleniu struktury społecznej, stopniowo odradzał się naród wyłącznie jednak z przedstawicieli inteligencji wiejskiej i drobnomieszczańskiej, którzy napływać zaczęli do zgermanizowanej Pragi, aby w niej założyć początkowo tylko zalążki kręgów patriotycznych, zaś później prawdziwie patriotyczne czeskie instytucje. Spłaszczona struktura społeczna była oczywiście szczególnie przyjaźnie nastawiona do ideałów egalitaryzmu, nie dziwi więc fakt, iż później w okresie międzywojennym Komunistyczna Partia Czechosłowacji była najbardziej liczebną partią na świecie łącznie z ówczesnym Związkiem Radzieckim w stosunku do liczby obywateli kraju.

Uproszczenie struktury socjalnej spowodowane kontrreformacją - wyższe warstwy zmuszone były do przejścia na katolicyzm lub emigracji - doprowadziło do osłabienia religijnego składnika czeskiej duszy. To kolejna znacząca różnicą między Polakami a Czechami. Jeszcze w osiemnastym stuleciu Czechy uważane były za najbardziej bigoteryjny i przesądny kraj w Europie, ale jak się okazało później, tak było tylko na powierzchni. To był wyłącznie powierzchowny rezultat wyrafinowanego oddziaływania kontrreformacyjnych zakonów, przede wszystkim Jezuitów. Niespodziewanie wcześnie z tego próżnego zachwytu barokiem, głównie jego muzyką, kultem męczennictwa i masowymi pielgrzymkami, ocknęliśmy się w samym środku prozaicznych sprzeczek o duże i zupełnie błahe sprawy a nacjonalizm szybko zaskarbił sobie pozycję, którą wcześniej zajmował pompatyczny, bigoteryjny katolicyzm. Kontrreformacja ułatwiła sobie zadanie: w kraju heretyckim była po prostu skupiona wyłącznie na zewnętrznej stronie ludzkiego zachowania kosztem dbałości o przymioty ducha. Wiara zaś topniała jak wiosenny śnieg, a jej miejsce zajmował nacjonalizm z wieloma atrybutami owej wiary chrześcijańskiej.

Myślę, że coś takiego nie miało w Polsce miejsca. Polski nacjonalizm i polska katolicka prawowierność nie tylko razem współistniały, ale ponadto wzajemnie bardzo się umacniały, czasem taka synteza przybierała zastanawiające formy. Mam na myśli w szczególności te momenty, kiedy katolicyzm tracił swój uniwersalistyczny wymiar.

Pierwszy z prawej JM Rektor Uniwersytetu Śląskiego w Opawie prof. PhDr. Zdenek Jirásek
Pierwszy z prawej JM Rektor Uniwersytetu Śląskiego
w Opawie prof. PhDr. Zdenek Jirásek

Płaską strukturę społeczną i milowymi krokami idącą z nią w parze sekularyzację uznać można za kamienie milowe na drodze Czechów i Morawian ku wyborom w 1946 roku. Komunistyczna Partia Czechosłowacji zyskała w nich w drodze wolnego współzawodnictwa z trzema kolejnymi partiami (co prawda inne partie były zakazane) prawie 40% głosów. Takiego wyniku nie powtórzono wtedy już nigdzie na świecie. Mając na uwadze owe pierwsze powojenne wybory, pominąłem Słowację, gdzie Komunistyczna Partia Słowacji ucierpiała porażkę. Tak, wszystko, o czym dzisiaj wspominam, dotyczy Czechów i Morawian oraz nielicznych Ślązaków, przy czym zawsze w znaczeniu takim, iż dotyczy to bardziej Czechów niż Morawian.

Podobno Czesi swój autentyczny zapał religijny zużyli w czasach reformacji, którą zapoczątkowali w Europie dzięki Janowi Husowi i jego husyckim wojnom. Stali wtedy przeciwko całemu światu, Rzym wszczął przeciwko Czechom liczne wyprawy krzyżowe i jakoby ten z początku rozległy wymiar czeskiej duszy, pierwotnie cały zapełniony autentyczną wiarą, zastąpił w końcu jedynie nacjonalizm i socjalizm jako dekadenckie substytuty wiary. Nieprzypadkowo reżim komunistyczny usiłował później, wcale nie bezowocnie, interpretować czeską reformację jako preludium do komunizmu. Podobno u nas bardziej niż gdzie indziej obowiązywało, iż możność i potrzeba wiary są permanentne, zmianie ulega tylko jej przedmiot, to, w co wierzymy i to, dla czego ludzie zdolni są nieść ofiary i mobilizować się.

Podczas gdy Polska targana była przez mocnych sąsiadów, ona sama pozostawała pod względem socjalnym i duchowym w pełni autonomiczna. Poprzez powstania tylko utwierdzała się w swej polskości. My - chociaż dwukrotnie centrum Świętego Imperium Rzymskiego, to po wojnie trzydziestoletniej pozbawieni własnego państwa - prowadziliśmy własne, choć mniej widoczne, ale o to bardziej zasadnicze, spory o wiarę i naród na sposób zimnych wojen obywatelskich. Krwi w nich nie przelewano, ale kiedy w 1918 roku państwo reaktywowało się w historycznych granicach, ludzie, którzy zamieszkiwali jego terytorium, byli już odmienieni.

Różnice między naszymi narodami szczególnie wyraźnie przejawiły się po ostatniej wojnie światowej, aczkolwiek na zewnątrz przynależeliśmy do jednego bloku, do jednego obozu pokoju, do jednej społeczności bratnich narodów. Polska, mimo że tyranizowana przez Hitlera i Stalina, zachowała swoją integralność, chociaż jej straty w szeregach elit narodu były potężne. Niemniej jednak polskie społeczeństwo było później w stanie podnieść się i dalej wzmacniać owe sfery niezależności państwowej, które ogółem nazywamy społeczeństwem obywatelskim. Mam na uwadze również wieś polską, która nawet kosztem doprowadzenia do ubóstwa nie pozwoliła na uspółdzielczenie, a także niezwykle silny kościół katolicki, a w pewnym stopniu także środowisko uniwersyteckie a także w ostatnim czasie liczące dziesiątki milionów związki zawodowe.

Czeska, morawska i śląska społeczność rozwijała się w sposób diametralny. W odróżnieniu od Poznania i Budapesztu z roku 1956 w 1968 roku rzeczywiście pokusiła się naprawę socjalizmu, ponieważ większość jej obywateli początkowo po wojnie nie uważała go za wymuszony koncept. Iluzja ta była o wiele większa niż w Polsce, rozczarowanie po sierpniu 1968 tym bardziej dotkliwe. "Kac" prowadzący do cynizmu lub wewnętrznej i zewnętrznej emigracji sięgnął liczb absolutnych, gdyby można było takie reakcje zmierzyć.

Wielu ludzi nie spodziewając się już niczego zaczęło postępować tak, jakby ten socjalizm realny miał trwać na wieki. Wielu ludzi nauczyło się wykorzystywać niedające się usunąć niedostatki systemu i z powodzeniem na nich żerować. Właściwie to nawet nie pragnęli oni zmian: z jednej strony ujawniłyby one ich ukrywane majątki, z drugiej zaś zdemaskowałyby ich jako oszustów. O zmianę otwarcie zabiegali intelektualiści, do których dołączyli również ekolodzy, chrześcijanie i młodzi ludzie. Nic dziwnego, że przełom nastąpił tak późno, 17 listopada 1989 roku, kiedy to reżim z powodów, które dotychczas nie udało się wyjaśnić, uciekł się do zupełnie brutalnej przemocy wobec studentów. Przez jakiś czas wydawało się, iż jeden ze studentów został zabity, więc później nic już nie mogło stanąć na przeszkodzie temu, aby ulice i rynki miast zapełniły setki tysięcy zbuntowanych ludzi.

Porównanie rozwoju wydarzeń w Polsce i w Czechosłowacji od tego właśnie momentu stanowić by mogło temat kolejnego zupełnie innego wykładu. Podstawowe punkty zwrotne pozostają dla nas jednak tożsame: przystąpienie do NATO, do Unii Europejskiej i Grupy Wyszehradzkiej. Poza tymi łącznikami mamy do czynienia z dwoma bardzo różnymi społeczeństwami, które w sposób odmienny postrzegają realność świata domowego i świata otaczającego.

Pragnę zatrzymać się nad tematem Wyszehradu. Czy ma w ogóle rację bytu? Czy nie chodzi tylko o zastygnięcie w dysydenckich poprzełomowych ideałach Havla i Wałęsy? Przecież chodzi o dwa tak bardzo różniące się kraje a do nich przyłączyć należałoby jeszcze Węgry, które są jeszcze bardziej odrębne, mają swe własne traumy, które nas nie dotyczą. Liczne miały już miejsce próby rozszerzenia Wyszehradu w różnych kierunkach świata, co stanowi potwierdzenie faktu, iż dla tych, którzy pozostali na zewnątrz, Wyszehrad stanowi zachęcające społeczeństwo. Nawet my wewnątrz nie raz mieliśmy pokusę, aby umocnić się zapraszając do współpracy któregoś z sąsiadów. Uważam jednak, iż należy zachować pierwotny skład. Robocza definicja Wyszehradu powinna nie ulegać zmianie: chodzi o postkomunistyczne kraje pierwotnej Europy Środkowej, która oczywiście tylko w przybliżeniu została określona przez wspólny los w ramach ówczesnej mniejszej unii europejskiej, jaką były Austro-Węgry. Jednak ściśle trzymając się tej definicji, mielibyśmy na uwadze tylko kawałek Polski. Jeżeli się jednak nie mylę, tylko w samym zaborze austriackim Polakom żyło się w miarę znośnie a Galicję można by uznać za pozostałościową enklawę polskości, czyli jednocześnie gwarancję przyszłej polskiej egzystencji. Dlatego Polska moim zdaniem jak najbardziej należy do tak rozumianej Europy Środkowej. Bezsprzecznie również ze względu na swoją kulturę. Co mam na myśli? Dla najbardziej doniosłych osiągnięć kultury środkowoeuropejskiej charakterystyczny jest znaczny stopień autorefleksji - naturalnej, właściwej reakcji na tragiczne koleje historii łącznie z własnymi porażkami.

Nasze środkowoeuropejskie doświadczenia, dobre i złe, doświadczenia związane z integracją w małym, austro-węgierskim formacie, nasze doświadczenia z Niemcami, Związkiem Radzieckim i w końcu także z komunizmem są właściwe wyłącznie nam i to my właśnie powinniśmy je przekazać pozostałym Europejczykom. Jeżeli nam się to uda, będziemy mieli pełne prawo, aby w Unii Europejskiej występować, będąc pewnymi siebie i równocześnie od Unii czegoś się domagać. Mało tego, aby być jednakowo ocenianym i równo traktowanym.

Będziemy oczywiście często ulegać pokusie, aby występować na własną rękę i wyzyskać coś wyłącznie dla siebie bez względu na pozostałych partnerów wyszehradzkich. Na pewno, co jakiś czas nasi politycy będą się w ten sposób zachowywać. Polacy mają skłonności do zachowywania się jak hegemon regionu. Jednak przy użyciu siły i nacisku w dzisiejszej Europie już nikt nie stanie się hegemonem, nie można brać pod uwagę innych możliwości w myśl zasady, iż Unia, dlatego właśnie jest unią, aby raz na zawsze uniemożliwiła wszelkie próby o hegemonię. Oczywiście, będziemy mieli także inne pokusy, nieporozumienia, waśnie, spory, życzmy sobie, żeby tylko tego wszystkiego nie było zbyt wiele. Powinna zwyciężyć współpraca i wspólne rozwiązania. Wszystko to, co tak bardzo nas poróżniło i o czym wspominałem na początku tego wykładu, w sposób dramatyczny zostało zniwelowane przez wydarzenia zeszłego stulecia. Z nich powinniśmy czerpać wiedzę. Na przykład aktywnie solidaryzować się z obywatelami krajów, w których dotychczas stoją u władzy jednostki autorytatywne typu Łukaszenki. Polska pod tym względem poczyna sobie wzorowo. Nasza natomiast uwaga skupiona jest bardziej na stosunkach panujących na Kubie, jednak kwestia Białorusi także nie może nas nie interesować: właśnie w zeszłym tygodniu Senat powołał specjalną komisję, która bacznie będzie śledzić losy białoruskich demokratów.

***

Na początku był Święty Wojciech, na końcu jest na razie Wyszehrad, w skład którego wchodzą zresztą właśnie te kraje, które Święty Wojciech jednoczył z ówczesną najbardziej rozwiniętą Europą. Oczywiście, iż są to również te kraje, w których popadał w rozpacz z powodu małych postępów w szerzeniu chrześcijaństwa i obstawaniu przy pogaństwie. My także możemy wpadać w rozterkę z powodu nikłych postępów w tej lub innej dziedzinie, nie jesteśmy jednak zmuszeni odejść na wybrzeże Bałtyku, aby tam zostać zamordowanymi przez pogańskich Prusaków. Mamy możliwość przekroczyć granice, które powoli przestajemy dostrzegać i porozmawiać o problemach z sąsiadami, którzy też tak samo jak my mają swoje własne problemy. Ta nigdy dotąd niemożliwa wolność poruszania się naszych ciał i myśli nie pozwala nam pogrążyć się w ostatecznej rozpaczy, która prowadzi człowieka do ucieczki ze świata. Przecież także dzisiaj ważna jest sentencja: Powierzyć komuś zmartwienie, to połowa zmartwienia.

Każdy ma kłopoty w domu, mamy je w Europie. Możemy jednak o nich rozmawiać tak, jak dzisiaj ja rozmawiam z Wami. Możemy się wspierać o to, na ile te kłopoty są wspólne, na ile wyłącznie osobiste, nasze lub wasze. To zaś budzi w nas zaufanie, że możemy je rozwiązać. Oczywiście tylko do tego czasu, dopóki nie pojawią się kłopoty nowe, inne i dotąd nieznane. Chodzi o to, aby oswoić się z rzeczywistością, w której już nie jesteśmy zamknięci w czterech ścianach. Chodzi o to, aby raz na jakiś czas spojrzeć na nasz wspólny kawałek świata z dystansem, również z dystansem historycznym i dostrzec dzięki temu dotąd niewidoczne możliwości i nowe nadzieje. Pielęgnujmy nasze indywidualności, abyśmy mogli się za ich pośrednictwem wzajemnie wzbogacać, nie zaś dlatego, abyśmy z ich powodu zamykali się w obrębie własnej niekomunikatywnej wyjątkowości. Właśnie dzisiaj pokusiłem się o to i dziękuję Warn wszystkim za cierpliwość, z jaką mnie wysłuchaliście.

PETR PITHART

Autorzy: Peter Pithart, Foto: Małgorzata Krasuska-Korzeniec
Ten artykuł pochodzi z wydania: