LIFTING OBYCZAJOWY

Oglądałem nie tak dawno w TV transmisję z uroczystości wręczania Złotych Globów, czyli takich kwalifikacji przed głównym konkursem skoków po Oskara. Miło się na to patrzyło, jako że nagrody rozdawały czołowe hollywoodzkie gwiazdy. Było co podziwiać: choćby te lawiny puszystych włosów, skutecznie przysłaniających scenografię. Te nieskazitelnie gładkie policzki, przy których skórka brzoskwini to kostropaty ananas. Te dumnie wypiętrzone biusty, na widok których niejeden alpinista odruchowo chwytał choćby za czekan. Te brzuchy, płaskie jak dowcipy Karola Strasburgera. Te pośladki... A cóż ja będę państwu opowiadał... Zbyt toporne jest moje pióro, by oddać wszystkie te wspaniałości.

Rys. Marek Rojek

Pod koniec transmisji zdałem sobie jednak sprawę z tego, iż w zasadzie panie owe znam (niestety tylko jako widz) od lat wielu, z czasów, kiedy to pierwsze magnetowidy VHS były jeszcze napędzane parą (a może nawet parą wołów), a chciwa wrażeń gawiedź wybiegała przerażona na widok uśmiechającego się Arnolda Schwarzeneggera. Opowiadałem znajomym (głównie kobietom, bom złośliwym jest od maleńkości) o tym cudzie współczesnej medycyny, ale ich reakcje dalekie były od mojego entuzjazmu. Z reguły drwiono sobie z pękającego na mrozie silikonu, rozstępów, blizn, i płatów skóry ratujących wystawione na publiczny widok miejsca, kosztem mniej uprzywilejowanych części ciała. W efekcie takich dyskusji, chluby amerykańskiej kinematografii wyglądały niczym bohaterki filmu "Zombie Nightmare" i to bez charakteryzacji. Pewna - tym razem już nasza - gwiazda filmowa (starszego pokolenia) wyznała kiedyś dziennikarzom, że chirurgia plastyczna jest szalbierstwem uwłaczającym jej zawodowej godności. Tradycja naszej sceny i filmu oparta jest bowiem na cyklu nierozerwalnie wiążącym emploi z wiekiem artysty. I tak: najpierw gra się amantki, potem matki, babcie, a w końcu brzydkich mężczyzn. Skalpel chirurga, mógłby wprowadzić do tego ustalonego porządku wiele zamieszania; dezorientując widzów albo, co gorsza, zmuszając ich do myślenia. Wątpliwości naszej nestorki filmu, można oczywiście zwalić na karb najbardziej powszechnej cechy jej zawodu, czyli zawiści, ale - pomijając cały arsenał dowcipów i złośliwości wiążących się z tym tematem - nie sposób nie przyznać kobiecie pewnej racji. Ledwo uporałem się z problemem amantki i jej wpływem na życie kulturalne kraju, to już przy matce, natrętne skojarzenie Matka-Polka pozbawiło mnie złudzeń, że tym razem jakoś bez polityki się obejdzie.

Niestety, żyjemy w kraju, którego gospodarkę poddano przed kilkunastu laty dość wszechstronnej operacji plastycznej. Po to przynajmniej, by zatuszować wieloletnie zaniedbania i nadać jej choć tyle tylko wdzięku, żeby na salonach Europy nie wywoływała paniki i odrazy. Na nic zdały się zabiegi wykonywane pod okiem najlepszych zachodnich chirurgów gospodarczych. Pacjentka wyła z bólu, zgadzała się na wiele, ale przeszczep został odrzucony. W "Polityce" (5.03.05.) Igor T. Miecik, poddał analizie kilka przypadków, które kiedyś rokowały największe nadzieje, a teraz grozi im widmo intensywnej terapii. Gdzie nie spojrzeć klapa. Bankowość, kancelarie prawnicze, koncerny kosmetyczne, prasa sensacyjna - wszędzie zapaść. Oczywiście: funkcjonują, zarabiają (nawet nieźle), inwestują, zatrudniają,,,, ale robią to już bez entuzjazmu, bez przekonania, zaangażowania, wiary. Polacy bowiem - po pierwszym zachłyśnięciu się nowością - złośliwie teraz obsikują dwa podstawowe filary korporacji: nowe systemy zarządzania i identyfikację z firmą. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź wydaje się być prosta. Cała tajemnica tkwi w naszej mentalności, nawykach nabytych po jarzmem (wybierzcie sobie, jakie tam jarzmo chcecie), przyzwyczajeniach, niefortunnym położeniu geograficznym, tradycji...etc. Dla ekonomisty to będą oczywiście trele morele. Operując takim systemem pojęć można rozwikłać tajemnicę obrzędu topienia Marzanny, a nie zabierać się do praw rządzących gospodarką. Coś w tym jednak jest! Jako naród zgorzkniałych malkontentów, swoim zachowaniem zdecydowanie nie przystajemy do kapitalistycznych norm opartych na: radości tworzenia, przebojowości, inicjatywie. W bieżącym roku; jedynie 1% rodaków wiąże swoje życiowe plany z założeniem własnej firmy. Jak na tygrysa kapitalizmu to apetyty mamy raczej wyliniałego kota kanapowca.

Nasza zachowawczość i podejrzliwość tworzą mur, o który porozbijało sobie nosy wielu specjalistów od marketingu. Nieszczęśnicy organizują jakieś szkolenia, kursy, konferencje, które w ich krajach traktowano z nabożeństwem równym cudom Mojżeszowym, a tu rechot i jednoznaczne sugerowanie miejsca, w które ich rewelacyjne pomysły winno się wsadzić. Oczywiście znalazło się paru naiwnych, ślepo wierzących w zbawienne skutki przemiany ustrojowo-obyczajowej. Rozpoznać ich łatwo: to ci, do których nie podejdzie żaden interesant. Wygląda to mniej więcej tak: Elegancki, uśmiechnięty (z zadbanym uzębieniem) młodzieniec, podrywa się na widok petenta, zapewniając go już na wstępie, że gotów jest służyć mu wszelką pomocą na jaką go tylko stać. Załatwienie zaś - tej niewątpliwie istotnej sprawy - stanie się dla niego źródłem niewyczerpanej dumy i satysfakcji. Nawet nie zdąży życzyć petentowi miłego popołudnia, kiedy ten ostatni spłoszony bierze nogi za pas, mrucząc przy tym mało pochlebnie: Musi pijany albo pedał?! Na nic zdają się zaszczytne przykłady kreowania własnego wizerunku na wzór i podobieństwo amerykańskich braci. Radosne spotkanie dwóch biznesmenów zza wielkiej wody poklepujących się kordialnie, licytujących się pojemnością kont bankowych, spłaconymi domami, dziećmi na najlepszych uniwersytetach, szansami na prezesurę - naszym rodakom zalatuje hipokryzją i bufonadą. Poważny człowiek zagadnięty wnikliwym pytaniem: Jak leci? lub równie inspirującym: I co słychać? odruchowo przybiera obolałą minę i za pomocą pełnych rezygnacji gestów sugeruje, iż żywot Hioba w porównaniu z jego ostatnim miesiącem to istna frajda. Rozmówca spluwa z rezygnacją i potakująco kiwa głową w poczuciu solidarności w tak beznadziejnej sytuacji. Etykieta wymaga, by obie strony przy pożegnaniu osiągnęły consensus, wyrażając obawy, co do prognoz na przyszłość i życzyły sobie łagodnego zgonu nim nadejdzie przelew z pierwszą emeryturą.

Wielkie firmy i korporacje, w powszechnym mniemaniu podzieliły naród na niewolników i nadzorców strzelających tym pierwszym nad głowami batem bezrobocia. I o dziwo wiele osób odetchnęło z ulgą; bo wreszcie jest jakiś konkretny wróg - a nijak przecież żyć bez wroga. Obyczajów i nawyków łatwo się nie zmieni, choć być może przydałby się im jakiś lifting czy peeling. Przyzwoitość wymaga by tego typu propozycje sprawdzić jednak najpierw na samym sobie. Ze wstydem przyznaję, że pierwsza konfrontacja z lustrem nie wypadła dla mnie korzystnie. Nadmierna tkanka obłudy, zwały złości i pieniactwa, przebarwienia światopoglądowe, plackowate płycizny myślowe, rozstępy wiarygodności...Jednym słowem - ruina! Dłużej tego tolerować nie mogę. Teraz albo nigdy. Idę po pumeks do szorowania pięt!

Jerzy Parzniewski

Autorzy: Jerzy Parzniewski, Rys. Marek Rojek
Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania
OgłoszeniaNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneRozmowaPre-teXtWydawnictwo Uniwersytetu ŚląskiegoW sosie własnymStopnie i tytuły naukoweKronika UŚNiesklasyfikowane
Zobacz stronę wydania...