Nowe Horyzonty Cieszyn 2004

Festiwal światłem malowany

Cieszyn jest spokojnym miasteczkiem, leżącym trochę na uboczu. Przepełnia go atmosfera letniej nudy i rozprężenia. Dzieci karmią gołębie na rynku, starsi ludzie, trzymając się pod ramię spacerują ulicą Głęboką, zakochani siedzą w parkach i słuchają muzyki, a znudzeni pogranicznicy machają ręką i przepuszczają ludzi przez mosty. Lecz oto nagle z wąskiej uliczki wyłania się tłum młodych ludzi. Pędzą, jak w amoku, rozprawiają o czymś z podekscytowaniem, wyraźnie dokądś spieszą się, a na szyjach "dyndają" im identyfikatory. Czyżby manifestacja polityczna? Nie, zbyt pokojowa. A może wycieczka szkolna? Nie, zbyt żwawa. To właśnie rozpoczęło się wielkie filmowe święto, które od kilku lat organizuje w Cieszynie Gutek Film, Era i Uniwersytet Śląski.

W tym roku, na festiwalu Nowe Horyzonty można było

Próba przed projekcją filmu Metropolis
Próba przed projekcją filmu Metropolis
zobaczyć jedenaście cyklów filmowych, jak zwykle: filmy konkursowe, panoramę kina światowego, filmy ubiegłego sezonu, kino latynoamerykańskie i dokumenty. Pojawiły się też nowe propozycje. Był m.in. cykl filmów koreańskich (Odkrycie Korei), Cremaster (pokaz kultowej serii filmów Matthew Barney'a), nocne szaleństwo (filmy kategorii B, C a czasem i D - horrory, musical z Bollywood, japońska manga i trylogia obrzydliwości Petera Jacksona). Odbyły się także trzy retrospektywy: Michelangelo Antonioniego, Kazimierza Kutza i Beli Tarra.

Trudno byłoby opisywać wszystkie wydarzenia tego festiwalu, na którym oprócz seansów miało miejsce również kilka przedstawień teatralnych, cały cykl koncertów, kilka wystaw, projektów plastycznych i muzycznych, happeningów i projekcji specjalnych. Jedną z nich była projekcja odrestaurowanej kopii Metropolis Fritza Langa. Pokaz miał miejsce w kościele ewangelickim i towarzyszyło mu prawykonanie muzyki napisanej, specjalnie na tę uroczystość, przez Abla Korzeniowskiego. To ekspresyjne dzieło wykonywało prawie dwustu muzyków i chórzystów. Dzięki tej prezentacji ekspresjonizm Langa zyskał całkiem nową wymowę.

Po godzinach spędzonych w kinowym fotelu w pamięci zostały mi - paradoksalnie - filmy najlepsze i najgorsze (a przynajmniej szokujące), a poza tym jeszcze te, na które długo czekałam.

Do pierwszej grupy zaliczam film Petera Greenawaya: Tulse Luper Suitcaises. Jest on w istocie nowym "filmowym katalogiem" tego reżysera. Doskonale wpisuje się w jego dotychczasową twórczość i świadczy o doskonałej kreatorskiej kondycji twórcy. Obsesja katalogowania świata, towarzysząca mu już od lat, znajduje tu swój nowy wyraz w osobie Tulsa Lupera, legendarnego wielkiego podróżnika, pisarza i filmowca, antropologa i dziennikarza, badacza i kochanka, wreszcie (co najważniejsze) wielkiego kolekcjonera wszystkiego, co można zbierać. Postać ta to bez wątpienia alter ego samego Greenawaya. W części dzieł Lupera pokazywane są fragmenty filmów Greenawaya (np. Zet i dwa zera), a notatki i szkice Tulse'a sporządził zapewne sam reżyser na swoim tablecie graficznym. Film jest retortą zawadiackiego alchemika, mieszającego obrazy i dźwięki, pismo i rysunki, teatr i dokument, prawdę i falsyfikaty. Można by przyjąć, że Greenaway jest typem średniowiecznego hagiografa, który więcej wymyśla na temat swego bohatera, niż relacjonuje. W istocie kreuje swego świętego od podstaw, nadając mu własnoręcznie kształty i kolory, ożywiając jego oblicze swym boskim demiurgicznym tchnieniem.

Film jest twórczą kontynuacją prowadzonych przez reżysera

Oleś/Trzaska/Oleś - koncert
Oleś/Trzaska/Oleś - koncert
poszukiwań nowego języka filmowego. Sam Greenaway nazywa go nie tyle filmem, co przedsięwzięciem multimedialnym - "projektem na pięć mediów" (kino, telewizję, Internet, DC-rom i książkę). Jak zwykle, twórca balansuje na granicy starych i nowych form przekazu, różnych środków komunikacji, aprobując zarówno tradycyjne, jak i supernowoczesne. Oprócz filmów, na zainteresowanych tematem widzów czeka też książka, serial telewizyjny, prezentacja na płycie CD i strona www. Ale nawet w kinie wzrok błądzi po ekranie w pogoni za nowymi elementami wyskakujących ekranów i okienek rodem z komputera. To już zupełnie inne kino. Dla tradycjonalistów to już nie jest kino, lecz jego mutacja.

W Cieszynie można było zobaczyć tylko dwie z trzech części nowego projektu Greenawaya (The Moab Story, Vaux to the Sea). Trylogia koncentruje się wokół liczby 92 - liczby atomowej uranu. Czas akcji filmu ściśle jest też powiązany z tym, co Greenaway nazywa "czasami uranu" - historia rozpoczyna się w momencie odkrycia tego pierwiastka w Kolorado (w 1928 r.), by zakończyć się wraz z upadkiem muru berlińskiego i końcem zimnej wojny, w której uran był swoistym "straszakiem". Pierwiastek ten ma w historii Greenawaya wymiar zaiste apokaliptyczny. Jego liczba atomowa pojawiała się w tym kontekście już we wcześniejszych filmach reżysera. W Kronice wypadków była to liczba ofiar, a w Wyliczance - liczba gier (i zgonów), tym razem - liczba walizek. Jest to zatem rodzaj liczby podstawowej, determinującej budowę świata. Walizki Lupera są w sensie dosłownym konstrukcją jego życia, ale również wyznacznikiem jego tułaczych losów podróżnika, wagabundy, więźnia, twórcy i prześladującej go śmierci.

Na wspomnienie zasługuje jeszcze kilka filmów

Kazimierz Kutz
Kazimierz Kutz
zaprezentowanych w Cieszynie. Przede wszystkim wielką radość sprawiła mi możliwość obejrzenia całego dzieła filmowego Michelangelo Antonioniego. To nie tylko radość z oglądania dobrych, niestarzejących się, mądrych i pięknych obrazów filmowych, to także radość z możliwości obejrzenia ich wszystkich razem, w kolejności powstania i - co bardzo ważne - na dużym ekranie. Przeraża fakt, że filmoznawcy i miłośnicy kina skazani są dzisiaj na kopie video największych arcydzieł kinematografii. Zniknęły DKF-y, coraz mniej jest kin studyjnych, a telewizja i komputer nie są w stanie oddać piękna starego dobrego kina... Muszę przyznać, że Przygoda, Noc, Zaćmienie, Czerwona Pustynia czy Zawód: Reporter były dla mnie wielkim przeżyciem tego festiwalu, właśnie ze wspomnianych wcześniej powodów.

Były też dwa zupełnie nowe filmy, które wzbudziły mój zachwyt - koreański Flower Island i kanadyjski The Saddest Music in the World. Oba reprezentują różne opcje kina współczesnego. Film koreański to kino kameralne, psychologiczne, egzystencjalne. Zwykła historia trzech zagubionych kobiet, które poznają się przypadkiem i podążają razem na mityczną Wyspę Kwiatów. Nie istnieje na niej zło, cierpienie, ból, za to spełniają się tam wszystkie marzenia. Z prostego marzenia kobiet o takim właśnie miejscu, rodzi się przyjaźń, rozkwitająca podczas długiej wspólnej podróży. Same stają się dla siebie kwiatami, ich marzenia o bliskiej osobie urzeczywistniają się. I choć nie brak cierpienia poruszania się po grząskim terenie ludzkich emocji i sentymentalizmu, reżyser wychodzi zwycięsko z tej próby. Niezwykle interesujące są same postaci kobiet. Jedna z nich zdradziła męża z bogatym starcem, by móc kupić córce pianino (starzec miał niestety atak serca i wszystko się wydało). Druga opuściła dom ojca, by szukać matki, która porzuciła ja w dzieciństwie. Jest też młoda śpiewaczka, która straciła głos, gdyż nie śpiewała dla ludzi, lecz dla sławy i pieniędzy (a głos ów był jej dany przez anioły). Ostatnia to mieszkanka Wyspy Kwiatów - artystka, dobry duch, przyjaciółka pierwszej kobiety. Flower Island przesiąknięty jest delikatnym symbolizmem, zagubieniem we mgle i śniegu, wśród gór, na końcu drogi. Jest też podróżą do mitycznego raju - na południu, na morzu, wśród lazuru wód - do Wyspy Kwiatów. Szara, smagana wichrem, przypominająca swym pustynno-skalistym charakterem Wyspy Galapagos, okazuje się miejscem, gdzie trzeba osiąść, by zyskać spokój. Miejscem specjalnie dla kobiet, pozbawionym płci męskiej, w którym mogą w spokoju przemyśleć swoje życie. Dla śpiewaczki to także ostatnia przystań - umiera jak anioł, w teatralnej wersji wniebowstąpienia, pogodzona z innymi skrzydlatymi rajskimi mieszkańcami. Film balansuje na granicy paradokumentu i plastycznego wizjonerstwa. Skromny, poruszający emocje daleko bardziej, niż europejskie produkcje tego typu.

Drugi ze wspomnianych filmów

Franciszek Dzida
Franciszek Dzida
(The Saddest Music in the World) ma zupełnie inny charakter. To rodzaj archeologii kina. Film ekspresjonistyczny, zrealizowany według wszelkich prawideł i założeń kina niemieckiego lat dwudziestych, przeniesionych w XXI wiek. Przyznać trzeba, że jest to dzieło porażające urodą, a jednocześnie zajmujące historią, zabawne i nostalgiczne zarazem. Pełna absurdu fabuła jest historią smutnej baronowej, okaleczonej niegdyś przez kochanka (w wyniku wypadku samochodowego traci ona nogę, a on -chirurg-alkoholik - obcina jej drugą przez pomyłkę), dziś będącej krzyżówką bussines woman z nostalgiczną bohaterką melodramatów amerykańskich kina niemego. Baronowa ogłasza konkurs na najsmutniejszą piosenkę świata, a przy tym sprzedaje hektolitry piwa. Ukoronowaniem jej marzeń staje się przymiarka, wykonanych przez nieszczęsnego kochanka, protez - szklanych nóg, które napełnione są piwem. Na ogłoszony konkurs zjeżdżają się dziwne indywidua. Rozpoczyna się walka na śmierć i życie o wygraną... Burleska przeplata się tu ze łzami. Jest to doprawdy kino dziwaczne i fascynujące, reżyserowane przez Guy'a Maddin'a, który tworzy swe dzieła dla wąskiej publiczności, w dalekim Winnipeg.

Na koniec kilka uwag o filmach, na które długo i z niecierpliwością czekaliśmy. Są nimi nowe filmy Pedro Almodóvara i Larsa von Triera. Złe wychowanie, mimo że ogląda się go przyjemnie, jest jednak filmem zaskakująco słabym, choć szeroko dyskutowanym w związku z tematyką (fala rozrachunków Europy z pedofilią okazuje się być tu raczej elementem politycznej koniunktury, w którą film wpisuje się i z której korzysta, niż rzeczywistym problemem).

Z kolei film von Triera, The Five Obstructions, to arcyciekawa artystyczna blaga, prowokacja i żart z publiczności. Widz siedzi w kinie, oglądając film o tym, jak von Trier utrudnia innemu reżyserowi nakręcenie filmu, który już kiedyś został przezeń nakręcony... Cóż, i tym razem Lars bawi się naszym kosztem. Jednak my bawimy się równie doskonale, oglądając ten filmowy eksperyment, rodzaj performance'u. Po Dogville, nie dziwi taka kolejność rzeczy. Dobrze, że reżyser wciąż poszukuje nowych form wypowiedzi, nawet jeśli wydają się one kontrowersyjne.

Przy okazji wypada wspomnieć też o tym,

Klatka z filmu Brodeuses Eleonore Faucher (nagroda publiczności)
Klatka z filmu Brodeuses Eleonore Faucher
(nagroda publiczności)
co mogło się na tegorocznym festiwalu nie podobać - było to kino irańskie. Doprawdy, uwielbiam Abbasa Kiarostamiego, jednak filmy młodych twórców z tego kraju, dotyczące kolejno problemów niedorozwiniętych irańskich górników i niezbyt rozgarniętych irańskich nauczycieli, którzy poza niesieniem tablic na plecach niewiele potrafią i niewiele rozumieją, przyprawiły mnie o zły humor. Czyżby chęć realizacji panoramy kina irańskiego wymagała prezentacji również kina złego, nieudolnego technicznie, nieporuszającego żadnego problemu, który mógłby zainteresować Europejczyka? Kiarostami jest mistrzem, który, pokazując Iran, mówi o sprawach uniwersalnych, a jego sposób ekspresji stał się dla młodych twórców irańskiego kina niemal dogmatem. Im mniej się powie, tym lepiej. Im mniej się pokaże, tym lepiej. Im mniej się pomyśli, tym lepiej. Nie jestem przekonana, co do konieczności prezentacji kina, które nie ma nic do przekazania. Gdyby filmy te były dokumentami, miałyby przynajmniej pewien walor prawdy historycznej i społecznej. Jako filmy fabularne - są puste i mało przekonywujące.

Inaczej prezentowała się panorama kina koreańskiego. Wybrano dzieła zróżnicowane i ciekawe, nie tylko wizualnie, ale i tematycznie. Można było zobaczyć filmową wersję eposu narodowego o bohaterskiej dziewczynie, która nie dała się zgwałcić urzędnikowi, jak również koreańską wizję terroru, wywoływanego na Ziemi przez kosmitów. Jeśli zestawimy choćby te dwa dzieła ze wspomnianą Flower Island, powstaje bardzo ciekawa mozaika tej odległej kinematografii. Warto też wspomnieć, że jest to kino zarówno bardzo specyficzne, jak i uniwersalne, nie tak hermetyczne, jak kino Iranu (nawet jeśli trudno jest nam wytrwać trzy godziny, słuchając monotonnej melorecytacji eposu). Zdecydowanie ma ono wartość poznawczą.

Festiwal dobiegł końca. Można go podsumować następująco: był udany. Zaprezentowano na nim wiele interesujących filmów, które zapewne w naszych kinach nie pojawią sie. Wyświetlono też kilka niezbyt dobrych obrazów; jest to zresztą rzeczą naturalną. Każdego dnia była okazja do zobaczenia czegoś interesującego - starego lub nowego, w zależności od upodobań. Na zakończenie pracowicie spędzonego dnia, chętni mogli raczyć się dawką horrorów, czy czegoś rozśmieszającego. I to też kreuje wizerunek tego festiwalu. Ciekawego ze względu na filmy, koncerty i niezobowiązującą atmosferę. Zdecydowanie, mojego ulubionego festiwalu filmowego w Polsce.

Autorzy: Anna Maj, Foto: Jacek Śliwczyński
Ten artykuł pochodzi z wydania: