NOWI

Znów zaczynamy, i jak to na uniwersytecie, jest to rzeczywiście nowy rok. Nie tak jak nowy rok kalendarzowy, który oznacza tylko zmianę daty w kalendarzu, a poza tym nic się nie zmienia, nawet kac bywa taki sam jak dwanaście miesięcy wcześniej. Nowy rok na uniwersytecie oznacza przyjście nowych ludzi, choć - to niestety smutna prawda - oznacza też, że ci, którzy już tu są, postarzeli się o rok.

Ale ci starzy niedługo będą rozpamiętywać mijające lata, bo ci młodzi pozwalają im szybko zapomnieć. Ich pojawienie przypomina powiększenie rodziny. Jest to olbrzymia radość dla rodziców, niewiele mniejsza dla dziadków, ale wujowie i ciotki też mają powody do satysfakcji. Każdy noworodek już po mniej więcej trzech latach nadaje się do wysłuchiwania opowieści, których nikt już nie chciał słuchać. A dziecko jeszcze nie słyszało ani dowcipów z brodą, ani opowieści wuja o służbie wojskowej, ani ciocinych wspomnień ze szkoły. Po wielu latach pracy dydaktycznej na uczelni można by odczuć niejakie znużenie: nauka idzie szybko do przodu, ale nie tak szybko, żeby w dydaktyce pojawiały się wciąż nowe i ekscytujące tematy. Gdy więc po kilkukrotnym powtórzeniu wykładu doprowadzi się go do stanu graniczącego z doskonałością, wydaje się, iż wszystko co było do powiedzenia zostało powiedziane. Wszystko jest jasne, więc dla normalnego uczonego przestaje być interesujące. Aż tu pojawia się kolejny rocznik, który myślą, mową i uczynkiem dowodzi, iż tak samo nic nie rozumie jak poprzednicy. Tabula rasa, mózgi nieskażone rutyną, zwoje wygładzone wskutek kolejnych cięć programowych w oświacie: znów trzeba zabierać się od nowa do pracy i tłumaczyć, a potem zdumiewać się na egzaminach, że tak wielu mimo tak wielkiego wysiłku wykładowcy tak niewiele umie.

Dokładniej rzecz biorąc, oni coś umieją, tylko nie to, co według nauczycieli akademickich powinni. Na pewno są sprawniejsi w korzystaniu z komputerów, które dla przeciętnego samodzielnego pracownika nauki stanowią nieustające wyzwanie, ale przeciętny samodzielny pracownik nauki musi wziąć trzydniowy urlop okolicznościowy nawet w celu opanowania funkcji

Rys. Marek Rojek
Rys. Marek Rojek
kuchenki mikrofalowej. Tyle, że te umiejętności nie zawsze przekładają się na wzrost połączeń neuronowych w mózgu, stanowiących o sprawnym rozumowaniu. W dodatku z szumu jaki panuje od wielu lat wokół edukacji, młodzi ludzie wynoszą przekonanie, iż powinni być nauczani wyłącznie przedmiotów bezpośrednio przydających się w życiu i znajdujących natychmiastowe zastosowanie w "rzeczywistości" - nawet jeśli "rzeczywistość" nie jest dla nich łatwa do zdefiniowania. Gdy na początku września słuchałem niektórych wypowiedzi o tym, czego powinno się uczyć w szkole, miałem wrażenie, że ludzie mówią o jakiejś zawodówce, której celem jest przygotowanie absolwentów do podjęcia pożytecznych skądinąd zajęć jak wypełnianie różnych formularzy, udzielanie pierwszej pomocy, posługiwanie się środkami antykoncepcyjnymi. Choć tego nie słyszałem, przydałoby się też pewnie kształcenie w zakresie wymiany żarówki. Ilu lat nauki potrzeba, żeby wkręcić żarówkę? Nie twierdzę, że szkoła nie powinna zajmować się żarówkami, podaniami, bandażami i prezerwatywami - zasadniczo zawsze to robiła na lekcjach robót ręcznych, polskiego, przysposobienia obronnego i higieny. Jednak próby promowania tych zagadnień kosztem "starych", nieprzydatnych wiadomości z matematyki, historii i geografii budzą spory niepokój. Ponieważ nie potrafię przeprowadzić dowodu na istnienie relacji przyczynowo-skutkowej, ograniczę się jedynie do wskazania na silną korelację pomiędzy tendencją do "pragmatyzowania" szkolnej wiedzy a ogólnym zgłupieniem społeczeństwa. Często słyszymy bowiem, że to w Stanach Zjednoczonych młodzi ludzie dowiadują się w szkole mnóstwa praktycznych rzeczy, ale też to w Stanach Zjednoczonych trzeba pisać na kubkach, że kawa jest gorąca i może oparzyć. Nie przypuszczam natomiast, żeby absolwent jakiegokolwiek liceum klasycznego, uczącego tak niepotrzebnych języków jak greka i łacina, miał kiedykolwiek wątpliwości, iż wylewanie kawy na spodnie nie jest właściwym sposobem jej konsumpcji.

Jeśli ktoś przyszedł na uniwersytet, aby poznać instrukcję obsługi robota kuchennego albo dowiedzieć się, jak skutecznie grać na giełdzie, to nie trafił w dobre miejsce. Jeszcze niedawno właściwszym wyborem byłoby pójście do terminu u szewca, ale dziś szewców już nie ma. Może więc jakiś kurs kosmetyczny? Prawda jest taka, że uniwersyteckiej nauki bezpośrednio stosować się nie da, w rzeczywistości przygotowuje ona dopiero do dalszej pracy nad sobą w tak zwanej "rzeczywistości". I lepiej, żeby tak zostało, bo z punktu widzenia uniwersytetu to tak zwana "rzeczywistość" ma jakąś wartość tylko wtedy, jeśli da się zastosować do zdobywania wiedzy: trudnej, głębokiej i przydatnej przede wszystkim człowiekowi, który tu oznacza coś więcej niż tylko aparat do naciskania guzików i wkręcania żarówek. O tym seniorzy będą chcieli przekonać tych nowych, z których, jak doświadczenie uczy, coś po paru latach wyrośnie ku ogólnemu zadowoleniu.

Ten artykuł pochodzi z wydania: