NIE MA RADOŚCI BEZ ZŁOŚLIWOŚCI

Pierwszy powakacyjny felieton, zwykle wychodzi fatalnie. Przez trzy miesiące skwapliwie gromadzę w sobie różne drobniejsze i grubsze złośliwości, którymi odreagowuję na to, co słyszę, widzę bądź czytam. A kiedy zbliża się październik i siadam nad kartką papieru, to zamiast jadowitego chichotu zgryźliwego i kąśliwego karła, wydaję z siebie jedynie jęk zawodu. Bo i nad czym się tu pastwić? Wszystko to sprawy przebrzmiałe, nieaktualne, przeżute i przemielone przez inne jadowite gnomy i jędzowate harpie naszego dziennikarstwa. Opluci dawno starli z siebie ślinę o barwie drukarskiej farby. Skopani wymasowali już obolałe miejsca, a obnażeni zakryli wstydliwie swoje słabizny. Wszyscy pospołu: kaci i ich ofiary, zasiedli do sporządzania bilansu korzyści i strat, jakie przyniosły im publiczne pyskówki i połajanki.

A moja złośliwość jest niewinna, bezinteresowna, czysta.

Rys. Marek Rojek
Rys. Marek Rojek
Nie czerpię z niej żadnych profitów. Nie intryguję. Nie atakuję i nie bronię interesów grup, koterii czy klik. Nie powoduje mną chciwość i zawiść. Ba, osobom, o których piszę ani nie szkodzę, ani im nawet nie zazdroszczę. Nie obchodzi mnie ich popularność i powodzenie - choć czasem drażni, bo nie darzę ich sympatią. No bo czegóż, na przykład, miałbym zazdrościć takiej Reni Jusis? Talentu? Urody? Inteligencji? Nie żartujmy. Ja jej nawet współczuję. Piosenkarka (?!) ta chodzi ponoć po ulicach z przyklejonym ostentacyjnie na ramieniu plastrem antykoncepcyjnym. Jeszcze do niedawna mogła liczyć na to, że widok ten wywoła u mężczyzn lubieżne uśmiechy i obleśne pomlaskiwania. Teraz oglądają się za nią jedynie złodzieje. A wszystko dzięki bezbłędnej interpretacji tego symbolu, dokonanej przez samego księdza prymasa: "Przecież za te środki [antykoncepcyjne] chwytają ludzie bogaci, bo u nich jest najbardziej rozbudzone życie erotyczne". Bogata i rozbudzona Reni Jusis mogłaby przecież w chrześcijańskim odruchu ofiarować taki plaster bardziej potrzebującym - choćby i Romanowi Giertychowi. Niechby sobie przykleił...., na czoło oczywiście. O ileż mniej poronionych koncepcji (w tym i tych dotyczących Orlenu) rodziłoby się w jego głowie. Jemu, to już całkiem niczego nie zazdroszczę. No bo czego? Urody? Talentu? Poglądów? I nawet mu współczuję. Kręgosłup (rzecz jasna, że nie ideowy) ma chory. Zawistni pacjenci ze szpitala MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie, skarżą się na przewodniczącego, że zachowuje się jak ostatnie chamisko. Nie dość, że wchodzi poza kolejnością, to nawet: "Niech będzie pochwalony" nie mruknie pod nosem. A jak ma mruknąć, kiedy w poczekalni na stoliku leżą pewnie same żydowsko-masońsko-liberalne szmatławce, a "Naszego Dziennika" nie uświadczysz! To komu on tam ma się kłaniać?

W trosce o dobre samopoczucie Romana Giertycha, wiceprzewodniczący śląskiej Ligi Polskich Rodzin Stanisław Zapała, wystosował do swych podwładnych wzór pisma, które ci mają spontanicznie wysyłać do bibliotek. Owo pismo to nic innego jak zawoalowane żądanie prenumeraty "Naszego Dziennika". Niestety zapał Zapały osłabł, kiedy usłyszał, że bibliotek w Katowicach, Gliwicach i Sosnowcu nie stać na taki luksus. Tym bardziej, że i chętnych do czytania też za wielu nie ma: "Jeśli o gazetę proszą dwie osoby, to jej nie kupimy - mówi Mieczysława Szulc, dyrektorka MBP w Sosnowcu". Jeżeli jedną z tych dwóch osób mógłbym być ja - to drugą niewątpliwie musi być sam Zapała. Więcej chętnych nie udało mi się zlokalizować. Wypowiedź pani dyrektor Szulc należy jednak traktować z wielką ostrożnością, wydrukowała ją bowiem "Gazeta Wyborcza". A przecież ojciec Rydzyk powołując się na opinię ekspertów od polskiego rynku prasowego czyli Kongres Polonii Amerykańskiej wyraźnie wymienił dwa jedynie prawdziwie polskie pisma: "Nasz Dziennik" i "Nasza Polska". Pozostałe, to tylko: "polskojęzyczne media w kraju" (por. "Polityka" 28.08.2004 r., s. 14).

"Polskojęzyczna" "Gazeta Wyborcza" nie jest więc gazetą wiarygodną! Zauważył to zresztą Bronisław Wildstein w (równie przecież "polskojęzycznej") "Rzeczpospolitej": W "Dużym Formacie", dodatku GW, reportaż o sprawie agenta SB Karkoszy. Jak na GW nieomal obiektywny (podkr. moje). Panu Wildsteinowi też niczego nie zazdroszczę, a już na pewno nie odwagi i poczucia humoru: W prasie strasznie dużo o zawodach sportowych w Atenach. Zainteresowanie to zaskakuje, biorąc pod uwagę dziwaczne konkurencje tam rozgrywane, jak: półbieg, kajakarstwo synchroniczne, kolarstwo jaskiniowe itp. (Na chwilę muszę przerwać - aż przetrzecie Państwo załzawione od śmiechu oczy po przeczytaniu tych Wildsteinowych dowcipów) Może zainteresowanie to wynika z faktu, że komentatorem tych zawodów jest prezydent Kwaśniewski na stale zatrudniony w TVN 24, ale i tak udzielający się wszędzie. Nic dziwnego że nie ma czasu na nic innego". Cóż za odwaga! Jakież cięte pióro! W Pałacu Prezydenckim prawdziwa panika: Labuda wpadła w histerię, Szymczycha dwa razy wieszał się na klamce (Wildstein z pewnością napisałby, że zawsze wisiał u prezydenckiej klamki), tak im Bronuś przysunął. Kiedy wreszcie przestały mi sztywnieć usta od ciągłego cmokania nad tekstem w "Rzeczpospolitej", doczytałem artykuł do końca. Tym razem mój zachwyt wywołała dyplomatyczna niemal powściągliwość redaktora Wildsteina: W "Naszym Dzienniku" (czemu nie w: ND - czyżby niepotrzebne skojarzenia? przyp. mój) o Szaronie i Miłoszu. Podobnie". Przepraszam panie redaktorze, ale w mojej bibliotece - o czym z bólem wspominałem - nie ma "Naszego Dziennika". Czy może pan bliżej wyjaśnić, o co chodzi? Czy Szaron też sympatyzował z komunizmem i chciał z Izraela zrobić 17 republikę? A może protestował przeciwko wydawaniu Talmudu? Dziwne to panie redaktorze Wildstein, że w swoim "Autorskim przeglądzie prasy" nie zauważył pan najbardziej haniebnego w III Rzeczpospolitej tekstu, jakim był wydrukowany w "Naszym Dzienniku" nekrolog Czesława Miłosza. Brakło atramentu w ciętym piórze - rozumiem. Radzę zwrócić się o pomoc do posła LPR Witolda Hatki. Bieda jedynie z tym, że poseł Hatka jest człowiekiem bardzo zajętym. Wydał właśnie epokowe dzieło: Ostatni krąg. Przemyślenia o "Solidarności", o Powstaniu Warszawskim, o Rządzie Światowym. Hatka wyrasta nam na czołowego snajpera Ligi. Rozprawił się z KOR-em (trockiści żydowskiego pochodzenia), z paryską "Kulturą" (tuba KOR-u, bezczelnie atakująca Kościół i prymasa Stefana Wyszyńskiego), z Janem Nowakiem Jeziorańskim (arogancki agent CIA), itd. w tym duchu. Niewątpliwie jeśli tylko poseł Hatka odnajdzie brakujące w Wielkopolskim Banku Handlowym 2,6 mln zł, które to pieniądze - pewnie przez jakieś niedbalstwo głupiego urzędnika - gdzieś się posłowi LPR zapodziały, to niechybnie wyda kolejny tom swoich głębokich (jak dziura w kasie wspomnianego banku) przemyśleń: o Miłoszu i Szymborskiej (co za moskiewskie ruble Noble sobie kupili), o męczeństwie ks. Jankowskiego (co dobrocią swoją Jaguary oswajał), i niewątpliwie o "Naszym Dzienniku", co elementarzem każdego prawdziwego Polaka być powinien. Pan poseł rozdaje swoje dzieło (jako pokutę?) przed kościołem Jezuitów w Bydgoszczy. To dobry pomysł. Może zaczną rozdawać i "Nasz Dziennik". Póki co jednak, muszę przemyśleć apel Stanisława Tyma (też o dziwo w "Rzeczpospolitej" 21-22.08.2004 r., s. A12): Szanowni Państwo! Kupujcie "Nasz Dziennik". Jest on tańszy od rolki papieru, a ma tę przewagę, że używać nie trzeba, bo na nim gówno jest już wydrukowane. Cóż za gruboskórna złośliwość! Producenci papieru nie zasłużyli sobie na takie porównanie.

Ten artykuł pochodzi z wydania: