Suplement - magazyn studentów Uniwersytetu Śląskiego

Tak naprawdę jeszcze rok temu niewiele osób dawało nam szanse na to, że będziemy świętować rocznicę. A jednak świętujemy. Mało tego, udowodniliśmy, że można tworzyć gazetę studencką, która jest akceptowana i po którą sięga się nie tylko dlatego, że jest bezpłatna.

Powijaki

Wszystko zaczęło się od kilku zdań, które nieco ponad dwa lata temu, w rozmowie z naszym redakcyjnym kolegą Robertem Lipką, wypowiedział były rektor prof. Tadeusz Sławek. Stwierdził mianowicie, że martwi go brak studenckiej gazety z prawdziwego zdarzenia na Uniwersytecie Śląskim. Zapewnił jednocześnie, że gdyby taka inicjatywa się pojawiła, mogłaby liczyć na duże wsparcie ze strony Uczelni. Rozmowa ta stała się impulsem, który zapoczątkował działania zmierzające do zapełnienia luki medialnej na forum akademickim. Działania tym intensywniejsze, że z zazdrością patrzyliśmy na studentów Akademii Ekonomicznej, którzy mieli swojego "Bankruta". Postanowiliśmy, że nie będziemy gorsi.

Na początku dysponowaliśmy wielkim kapitałem chęci i garścią założeń. Nie mieliśmy natomiast zielonego pojęcia, jak je obrócić w fizycznie istniejącą gazetę. Nie było jakiejś dłuższej strategii czy planu. Od tego momentu, a był to początek 2002 r., do chwili wydania pierwszego numeru, minął prawie rok. Rok spędzony na bieganiu po różnych wydziałach, oddziałach, pokojach i pokoikach, by móc pokonać wszelkie biurokratyczne zawiłości. - Żeby wydawać pismo, musieliśmy mieć pieniądze. Żeby mieć pieniądz, musieliśmy założyć koło naukowe. Żeby założyć KN musieliśmy znaleźć opiekuna naukowego itd. itd. - tłumaczy Maciek Leśnik, redaktor naczelny "Suplementu". Na szczęście, z pomocą przyszedł nam dr hab. Marian Gierula, który wspierał i wspiera nas we wszystkich trudnych momentach. Pomagał również Dział Spraw Studenckich oraz dr hab. Dariusz Rott i "Gazeta Uniwersytecka". "Suplementu" nie byłoby również, gdyby nie postawa prorektora ds. kształcenia prof. Wojciecha Świątkiewicza, który zgodził się na finansowanie pisma z rezerwy rektorskiej. Żeby sprawiedliwości stało się zadość, należy też wspomnieć o pomocy, jaką uzyskaliśmy od samorządów studenckich: wydziałowego WNS oraz Uczelnianej Rady oraz Centrum Technik Informatycznych UŚ.

Na własnych nogach

Pierwsze kolegium redakcyjne "Suplementu" odbyło się w sześcioosobowym składzie. Dominowali przedstawiciele WNS-u, ale znalazły się też perełki z innych wydziałów, np. Prawa i PiPs-u. Nie musieliśmy długo czekać na narybek dziennikarski. Obecnie trudno nam obiektywnie ustalić, jaki jest osobowy skład redakcji. Oprócz stałego grona redaktorów "S", którzy starają się przychodzić chociaż na co drugie konsylium, albo utrzymywać kontakt internetowy, są także tacy, którzy przychodzą, a potem nagle znikają, również tacy, którzy piszą coś z doskoku. Ciągle też trafiają do nas nowi ludzie: czasem, żeby popatrzeć, czasem, żeby spróbować, a czasem, żeby po prostu pisać dobre teksty. Ci, którzy łapią przysłowiowego bakcyla, oczywiście interesują nas najbardziej, a to ze względu na prostą zależność - im większej ilości osób będzie zależało na "Suplemencie", tym pismo to będzie lepsze. Problem jednak w tym, że nie jesteśmy w stanie wszystkich dopieszczać i przez to wiele tracimy jako gazeta i jako zespół redakcyjny.

Brak możliwości ciągłego kontaktu sprawia, że liczymy na samodzielność ludzi, choć zawsze służymy radą. - Każdy może tu przyjść i spróbować swoich sił - mówi Maciek Leśnik - ale jeśli uważa, że będziemy go prowadzić za rękę i ciągnąć przez wyżyny i niziny pracy dziennikarskiej - myli się. Jeżeli sam nie będzie chciał, nikt mu przypominających maili wysyłał nie będzie, gdy raz czy drugi nie odda tekstów. Inna sprawa, że jak dotąd, nie mieliśmy szczególnych problemów z egzekwowaniem materiałów. Rzeczywiście czasem spływały po ustalonej dacie zamknięcia numeru, ale wtedy trafiały do zapasów i ewentualnie szły w następnym numerze. Nigdy natomiast, mimo, że za te teksty nie płacimy, nie zdarzyło się, żeby ktoś zawiódł, jeżeli powiedział że tekst napisze. To naprawdę dobrze rokuje na przyszłość, jeżeli studenci - przyszli dziennikarze, a tacy mam nadzieję stąd wyjdą, już teraz mają wpojoną umiejętność stosowania się do terminów i zasad.

Pierwszy numer...

Tak naprawdę do końca nie wiedzieliśmy, jak zostanie przyjęty. Najbardziej baliśmy się obojętności. Nie napawały optymizmem, reakcje naszych kolegów na pojawiającą się na Uczelni komercyjną, bezpłatną prasę studencką. Na szczęście okazało się, że "Suplement" spotkał się raczej z ciepłym przyjęciem, mimo że chociażby graficznie był bardzo siermiężny. Reakcje czytelników i spływające opinie dodały nam ochoty do dalszej pracy.

Od początku wiedzieliśmy, że pisanie o kredytach studenckich, Work&Travel, metodach walki z łupieżem i pryszczami nie jest potrzebne na tyle, by stanowić pierwszy plan zawartości magazynu studenckiego. Redakcja "Suplementu" postanowiła iść w przeciwną stronę. Założyliśmy, że pewna część publikowanych artykułów będzie skierowana do bardzo konkretnej grupy odbiorców: uczestników opisywanych konferencji, sympozjów, studenckich samorządowców, itp. Reszta tekstów, mimo że obejmująca szerszy krąg tematyczny, miała jednak wciąż dotykać problemów, z jakimi student Uniwersytetu Śląskiego spotyka się na co dzień. Jednym słowem "Suplement" miał być możliwie najbliżej nas samych. - Oczywistym jest, że nigdy nie będziemy publikować tak rozbudowanych i wnikliwych tekstów, jak tygodniki na których, nie ma co ukrywać, się wzorujemy. To nie w tym rzecz. Ważne natomiast, że na swoim własnym, studenckim podwórku nie mamy się czego wstydzić. Podejmowane przez nas tematy staramy się rozważać wieloaspektowo i możliwie najbardziej profesjonalnie. To jest właśnie nasz sposób na robienie gazety i, co ważniejsze, wnioskując z reakcji, jakie towarzyszą kolejnym wydaniom, jest to sposób, który się przyjął. - mówi z-ca redaktora naczelnego Agata Piszczek.

...pierwsze problemy...

Przez początkowe kilka wydań tworzenie gazety opierało się niemal wyłącznie o kontakt internetowy. Procent instytucjonalizacji pisma praktycznie wynosił zero. Nie mieliśmy nawet siedziby. Przez kilka miesięcy spotykaliśmy się w salach ćwiczeniowych, by omawiać poszczególne numery. Na szczęście przed wakacjami fundacja Viribus Unitis udostępniła nam pokój w budynku stołówki WNS. Dzięki temu mamy swoje miejsce na uniwersyteckiej ziemi. Problemy jednak nadal są. Staramy się o zamontowanie telefonu. Marzymy również o redakcyjnym komputerze z prawdziwego zdarzenia, czy innym sprzęcie niezbędnym w pracy każdego biura, nie wspomniawszy już o redakcji. Czasami zastanawiamy się, jak to jest, że żąda się od nas profesjonalnej pracy, karci za błędy, jednocześnie nie zapewniając podstawowych środków do jej wykonywania. Na szczęście korzystamy z dobrodziejstw zaprzyjaźnionej gazety uniwersyteckiej, samorządów lub pustoszymy własne portfele.- Przechodzimy przez problemy z jakimi borykają się wszelakie koła naukowe i organizacje studenckie, które korzystają z tak zwanych pieniędzy publicznych. - tłumaczy naczelny. - Różnica opiera się o specyfikę pracy redakcyjnej. My działamy pod presją czasu. Nie możemy sobie pozwolić na odwlekanie w nieskończoność kolejnych wydań, bo czekamy np. na zakup kliszy fotograficznej.

Z procedurą zamówień publicznych wiąże się pewna anegdotka, o której opowiada autor raportu "Bankowa by night", Kuba Ćwiek: - Materiały do tekstu zbieraliśmy ponad pół roku. Najtrudniej było przeprowadzić wywiad z panią lekkich obyczajów. Kiedy wreszcie upolowaliśmy niewiastę, okazało się, że za darmo nie gada i pięciominutową konwersację wyceniła na 30 zł. Zaczęliśmy się zastanawiać, w jaki sposób możemy zbić cenę. Opowiedzieliśmy jej zatem, że Uczelnia zwróci nam kasę, ale tylko wówczas jeśli ona... wystawi fakturę. Co było najprawdziwszą prawdą! Rozbawiło ją to i wielkodusznie skasowała nas 10 zł mniej.

... i pierwsze wpadki

O dziwo, póki co, nie było ich tak wiele. Pewnie, że w każdym numerze uważny czytelnik może wychwycić niedociągnięcia i błędy interpunkcyjne, czy nawet - o zgrozo - ortograficzne. ("Sekretaż redakcji" na jakiś czas doszczętnie zdruzgotał morale zespołu). Ciągle jednak się docieramy. Próbujemy różnych sposobów i systemów, aby błędów było coraz mniej. Gorzej z przekłamaniami w tekstach. Tych zdarza się niewiele, ale jednak zdążyliśmy już za nie zebrać srogie cięgi. Największym, które odbiło się szerokim echem, była kwestia biblioteki wydziałowej na WNS-ie. Napisaliśmy, że na książki studenci zaoczni czekają kilka dni, gdy tymczasem czekają ok. godziny. Za ten błąd do dzisiaj bijemy się w piersi i - nauczeni doświadczeniem - sprawdzamy materiały dostarczane przez naszych dziennikarzy po trzykroć.

Sporo nerwów kosztowała również Redakcję nagroda, którą przyznaliśmy dla najgorszego portiera wszechczasów. Tekst okazał się na tyle chwytliwy, że przedrukowała go "Gazeta Wyborcza", tymczasem zwycięzca plebiscytu konsekwentnie polował na redaktorów "Suplementu" przez następne kilka miesięcy.

Bez reformy ani rusz

Na początku pismo było centralnie sterowane. Mniej więcej do wakacji trwała ewolucja pisma w stronę demokratycznego modelu funkcjonowania redakcji. Pierwsze pięć numerów prowadził redaktor naczelny i to on załatwiał całość spraw. Znaczy to, że napisał część tekstów, zajmował się ich składem, częściowo korektą i całym szeregiem spraw, nazwijmy to administracyjno-finansowych. Oczywiste było jednak, że długo tak nie pociągniemy. Już w miesiącach wiosennych Maciek scedował część swoich obowiązków na jeszcze dwie osoby. Po wakacjach zespół się jednak tak skonsolidował, że zreformowaliśmy wewnętrzne struktury.

W gestii naczelnego pozostały sprawy administracyjne i ostateczny nadzór nad wszystkim. Staramy się, żeby tak, jak w niektórych zawodowych redakcjach, przechodziły przez jego ręce wszystkie teksty. Za nim stoją dwie zastępczynie - twierdzenie, że zastępcy przeważnie nic nie robią, pozostawiają bez komentarza i przypominają tylko kilka bezsennych nocy, kiedy trzeba było coś napisać na gwałt i jednocześnie dokonać adjustacji kilku tekstów w ciągu paru godzin. To jednak nie wszystko: praca destabilizująca psychikę - jak wkładanie ulotek reklamowych do środka dwóch tysięcy egzemplarzy Suplementu, bądź kręgosłup - jak kolportaż magazynu na uczelni również nie omija "redakcyjnej góry", nawet tej niewieściej.

Trwać i rozwijać się

Tak naprawdę jeszcze rok temu niewiele osób dawało nam szanse na to, że będziemy świętować rocznicę. A jednak świętujemy. Mało tego, udowodniliśmy, że można tworzyć gazetę studencką, która jest akceptowana i po którą sięga się nie tylko dlatego, że jest bezpłatna. Cieszymy się, kiedy dwa tysiące egzemplarzy "Suplementu" nie zalega tygodniami na wydziałach, lecz rozchodzi się błyskawicznie. Cieszymy się, kiedy jako jedyna niekomercyjna gazeta spoza Warszawy lądujemy w dziesiątce najlepszych gazet studenckich w kraju (Ranking miesięcznika "Dlaczego"), kiedy duże portale internetowe podejmują z nami współpracę. Nie jesteśmy folderem reklamowym i miejmy nadzieję nigdy nie będziemy. Prawdą jest natomiast, że nie damy rady rozwijać się dalej bez wsparcia finansowego. Zabiegamy o nie w różnych miejscach, czasami czując się jakbyśmy prosili o jałmużnę. Puste kieszenie zmusiły nas do tego, by od października lekko skomercjalizować pismo. Zamieszczamy reklamy i przez to magazyn stracił na objętości. Pojawiły się zatem głosy krytyki. Informujemy więc: za pieniądze z tych reklam kupiliśmy aparat cyfrowy. Nie wędrują one do naszej kieszeni i nie zamieszczamy reklam z czystej sympatii do ich zleceniodawców. Liczymy też, że dzięki nim w tym roku uda nam się zwiększyć nakład "Suplementu" do trzech tysięcy egz. Dlaczego? Nie chcemy jedynie trwać. Chcemy Wam służyć i z Waszą pomocą ciągle się rozwijać.

Logo Suplement
Autorzy: Maciej Leśnik
Ten artykuł pochodzi z wydania: