O studentach, którzy jeżdżą koleją

Wielu studentów, z różnych powodów, zmuszonych jest do dojeżdżania na swoje uczelnie ze swojego miejsca zamieszkania. Problem dojazdu części z nich z racji tego, że mieszkają dość daleko, rozwiązują jedynie dwie, jeszcze państwowe, instytucje przewozowe –PKS i PKP. Pierwsza, niestety, z góry odpada bo jest droższa i nie honoruje ulg studenckich. Zostaje im więc jedynie „Pewność Komfort Punktualność” oferowana przez polską kolej. O tym jakie wrażenia i emocje funduje nam tego rodzaju podróż oraz o kilku okazyjnych atrakcjach, jakie można przeżyć podczas półtoragodzinnej jazdy pociągiem – poniżej.

Nasza przygoda z PKP zaczyna się każdego ranka dnia najczęściej powszechnego na trochę brudnym i szarym kolejowym dworcu, gdzie wraz z innymi ludźmi „skazanymi na kolej” czekamy na starej już daty wehikuł (czytaj: pociąg), mający zawieźć nas do Katowic. Przecieramy zaspane oczy, które powoli rejestrują smutną rzeczywistość otoczenia. Spoglądamy na zegarek –pociąg powinien już tu być. No cóż, spóźnienia to część kolejowej rzeczywistości. Rosnący na peronie gwar zniecierpliwienia i niezadowolenia przerywa głośna zapowiedź pani spikerki: „Ekhm... przyspieszony pociąg z Raciborza do Katowic, planowany odjazd o godzinie ósmej minut pięćdziesiąt osiem jest opóźniony o około 10/20/30 minut” (niepotrzebne skreślić). Jęk zawodu przelewa się przez tłum nieszczęśników stojących na peronie, którzy znowu będą musieli tłumaczyć się swojemu szefowi/wykładowcy/nauczycielowi dlaczego nie pojawili się w pracy punktualnie. Co bardziej impulsywni wyrzucają pod adresem PKP kalejdoskop najbardziej wyszukanych przekleństw. Po jakimś czasie jednak bezradność bierze górę nad agresją i peron z wolna ucisza się...

Tak na marginesie –pociąg „przyspieszony” to taka hybryda pomiędzy osobowym, a pospiesznym; podobno „nie zatrzymuje się na wszystkich stacjach” (dokładnie na trzech), ale jeżeli wsiada tam jakiś znajomy konduktora lub maszynisty albo jakaś atrakcyjna dziewczyna, jakoś znajduje się na to czas. Wydawać by się mogło, że pociągi mogą być albo osobowe albo pospieszne (nie licząc ekspresów). Tymczasem PKP wymyśliło „złoty środek” –pociąg przyspieszony. Najciekawsze w tym wszystkim jednak jest to, że obowiązują w nim przepisy takie same, jak w osobowym.

W końcu przez megafon nadchodzi zbawienna zapowiedź pani spikerki, która z wyraźnym zażenowaniem w głosie ogłasza: „Eee...Opóźniony przyspieszony pociąg z Raciborza do Katowic wjedzie na tor x przy peronie drugim”. Jeszcze tylko parę minut oczekiwania i gdzieś na horyzoncie, przez mgłę poranka przebijają się trzy, charakterystyczne reflektory (światełka w tunelu...). Po chwili na peron wtacza się szynowy pojazd, pamiętający zapewne czasy dzieciństwa naszych rodziców. W jednym momencie gawiedź na peronie zamienia się w rozpychające się łokciami bydło, pędzące w kierunku wrót wejściowych w celu zdobycia dla siebie jak najlepszych miejsc i zupełnie nie liczące się z savoir-vivre’ową zasadą „wychodzący ma pierwszeństwo”. Powstały wówczas chaos często wykorzystują wszelakiej maści złodzieje i kieszonkowcy, okradając wybranych nieszczęśników na oczach dłubiących w nosie SOK-istów i udających czujność „funkcjonariuszy” policji.

Jeżeli uda nam się wywalczyć w przedziale miejsce siedzące, mamy chwilę czasu aby zwrócić uwagę na estetykę miejsca, w którym przyjdzie nam spędzić najbliższe (planowe) półtora godziny. O ile do szarości otoczenia spowodowanej brudem wrośniętym do części składowych wagonu nasze oko zdoła się przyzwyczaić, o tyle do końca podróży nasz zmysł powonienia drażnił będzie a to nieprzyjemny odór rozlanego alkoholu (względnie denaturatu) lub rzygowin, a to bijący z wagonowego kibla smród ludzkich odchodów. W najbardziej optymistycznym wariancie będzie to tylko jedyny w swoim rodzaju, „metaliczny” zapach, którego trudno pozbyć się z płuc jeszcze na długo po opuszczeniu pociągu. Innym zmysłem poszkodowanym przez środowisko, w którym przyszło nam się znaleźć może być nasz słuch, zmuszony do mimowolnego odbierania rozmów współpasażerów, komentujących głośno, nierzadko bulwarowym językiem, ostatnie wydarzenia z życia politycznego lub sportowego, względnie hałasu dochodzącego z ich walkmanów/odbiorników radiowych lub melodyjek dzwoniących co chwilę telefonów komórkowych. Bardzo często cały ten zgiełk dociera do naszych uszu jednocześnie, a kiedy jazda się zaczyna dochodzi do niego jeszcze stukot kół pociągu i szum, o którym nieco poniżej.

Jeśli nie potrafimy sobie znaleźć miejsca siedzącego (tłok tudzież wolny, lecz zarzygany przedział) albo z jakichś przyczyn po prostu mamy ochotę trochę postać (w końcu cały dzień siedzimy –albo uczelnianych w ławkach albo w knajpach) zawsze możemy zrobić to w korytarzu. Niestety, właśnie tam najczęściej gromadzą się tzw. „palący”, mimo iż „w pociągach osobowych obowiązuje całkowity zakaz palenia papierosów”. Palacze oczywiście nic sobie z tego przepisu nie robią, a upominani (z rzadka) przez konduktora wykazują co prawda elementy kultury i nie gaszą niedopałka na jego policzku, niemniej krzywo patrzą na osobnika, który usiłuje im przerwać „podkarmianie raka”. Kiedy kanar odchodzi zapalają kolejną fajkę i po krzyku. Ze zdaniem duszących się obok nie liczą się wcale. No, niektórzy, co prawda, pytają: „Czy mogę zapalić?”, ale jest to pytanie domyślnie retoryczne.

Nadchodzi wreszcie upragniona przez wszystkich chwila i pociąg w końcu jednak rusza, a nawet nabiera względnej prędkości (czyżby altruistyczna chęć maszynisty odrobienia swego opóźnienia...?). Wtedy to do uszu naszych zaczynają dobiegać niemiłe dźwięki, które po jakimś czasie zamieniają się w trudny do zniesienia hałas. Crescendo owe można by oczywiście nieco zredukować, gdyby drzwi do przedziału były uprzejme się domknąć. Przypadki takie zdarzają się jednak niezmiernie rzadko, co swoją drogą nie powinno zbytnio dziwić skoro średnia data produkcji wagonów oscyluje w okolicach lat sześćdziesiątych, czasem siedemdziesiątych, w porywach wczesnych osiemdziesiątych. Powyższy fakt z pewnością tłumaczy także notoryczne niezamykanie, niedomykanie lub nieotwieranie się okien. Oczywiście problem ten istnieje tylko w sytuacji kiedy w oknach są szyby, które zdołały przetrwać atak przypadkowych pseudokibiców. Osobnicy ci mają bowiem dziwny zwyczaj obrzucania pociągów kamieniami, butelkami i koktajlami Mołotowa. W zależności od pory roku i sprawności ogrzewania zepsute okno może nie być powodem do zmartwienia. Dziwnym trafem jednak okna są pootwierane w zimie a pozamykane w lecie. Szczytem bezczelności było podstawienie przez PKP wagonu zupełnie pozbawionego szyb w dniu, kiedy temperatura na dworze wynosiła dobre pięć stopni Celsjusza poniżej zera... („dziękujemy i życzymy przyjemnej podróży”)

Powyższych trudności w jakiś niewiadomy sposób zawsze potrafi uniknąć „załoga” pociągu czyli kierownik pociągu i „kanar”. Warto zatem usadowić się w miarę blisko ich przedziału służbowego, gdzie warunki przeważnie są nieco lepsze. Przy odrobinie szczęścia można usłyszeć rozmowę konduktora z osobnikiem kupującym u niego bilet, ponieważ wsiadał na stacji gdzie kasy albo nie było, albo była zamknięta:
- Poproszę jeden do Katowic
- Proszę bardzo. Wypisywać?
- Co wypisywać?
- No...bilecik
- No oczywiście, że wypisywać. Od kiedy to wolno jeździć bez biletu?
- No wie pan...ale u mnie kosztuje drożej...
- Rozumiem. W porządku.
- Jak pan chce...nie ma sprawy. Ale z dziesięciu panu nie wydam
- Nie szkodzi, poczekam.
Wówczas co bardziej porządny konduktor rusza na poszukiwanie drobnych wśród podróżnych (bo są tacy, którzy każą iść i zrobić to samemu), co najczęściej łączy z bardzo niewdzięczną czynnością sprawdzania biletów. Na ogół obywa się bez scen –nikt nie jedzie „na gapę”, a kanar znajduje kogoś, kto „mu rozmieni”. Tylko czasami okazuje się, że czyjaś legitymacja jest nieważna, czyjś bilet nie skasowany, albo najzwyczajniej w świecie czyjaś gęba się kanarowi nie podoba, a antypatię swoją próbuje tłumaczyć rzekomo niewyraźną pieczątką na zdjęciu... Zdarzają się przypadki konduktorów starających się być przy kontroli biletów zabawnymi (pewnie ludzie „z powołania”). Biorąc jednak pod uwagę ogólną, smutną sytuację w kraju oraz lokujące się w ciemnych odcieniach szarości walory estetyczne pociągów, których tacy osobnicy są kierownikami, jakoś nie dziwi brak wyrozumiałości i poczucia humoru wśród pasażerów...

Humoru tego nie dodaje im także coraz częstsze w ostatnich czasach pojawianie się w składach PKP coraz większej ilości osób żebrających. Jest to bardzo niemiły, wstydliwy i delikatny problem. Owszem, trzeba mieć poszanowanie dla bliźniego w potrzebie lub trudnej sytuacji życiowej (choć coraz częściej zdarzają się oszuści, żerujący na ludzkiej litości), ale trzeba również zrozumieć współczesnego, zagonionego człowieka, którego nawet w pociągu zaczepia któryś tam z kolei ubogi, proszący o wsparcie. Każdemu nerwy mogą w końcu puścić. Tym bardziej, że (może zabrzmi to śmiesznie) według przepisów żebranie w pociągach jest zabronione...

Na poprawę samopoczucia pasażerów z pewnością nie wpływa też świadomość wspólnej podróży z pijanymi rezerwistami, pseudokibicami lub pospolitą chuliganerią. Kontrola biletów w tych okolicznościach to niemalże cud. O ile rezerwiści często ograniczają się do głośnych śpiewów, tradycyjno-rytualnych pompek, ewentualnie tłuczenia butelek, o tyle cała reszta (podobno „konstytucyjnym prawem podróżująca koleją za darmo”) często lubi zaczepiać Bogu ducha winnych ludzi siedzących w wagonach; w celach najczęściej „zarobkowych”. Ci, w odróżnieniu od wspomnianych wyżej żebrających, bynajmniej nie odchodzą dalej usłyszawszy „Nie mam”. Wręcz przeciwnie –wtedy właśnie przystępują do działania, często pomagając sobie nożami, pałkami lub tego typu podobnym sprzętem. Ludzie, mający pecha zostać przez nich zaczepionymi mogą liczyć w tej sytuacji tylko na siebie. Załoga pociągu nagle gdzieś znika, zaś współpasażerowie wykazują totalną znieczulicę, udając że nic nie widzą i nic się nie dzieje.

Zdarzyć się może, że w czasie podróży zajdzie konieczność załatwienia przez nas swych potrzeb fizjologicznych (na przykład po przeżyciu wydarzeń opisanych w akapicie powyżej). Radzę jednak robić to tylko w ostateczności, bowiem tradycyjne „siusiu” w pociągu oznacza przymus zetknięcia się z mikroklimatem wagonowej ubikacji, co dla bardziej wrażliwych może być szokiem, a już co najmniej przeżyciem dość przykrym, zostającym w pamięci przez długi czas. Wiadomo przecież, że „zabrania się korzystania z ubikacji podczas postoju pociągu na stacji”. Chętnie jednak przyjrzałbym się autorowi tego hasła, korzystającemu z niej podczas jazdy pociągu; na przemian przyspieszającego i zwalniającego. Zdolności jakimi musi wykazać się facet próbujący kulturalnie opróżnić swój pęcherz w takiej sytuacji z pewnością dorównują umiejętnościom niemalże akrobatycznym. Jak to wygląda w przypadku płci żeńskiej nie śmiem się nawet domyślać...

Wszystkie powyższe atrakcje może byłyby i do zniesienia Pod warunkiem jednak, że czas spędzany w pociągu byłby możliwie jak najkrótszy. Niestety, w przypadku niektórych studentów wynosi on półtora godziny z tolerancją plus minus dziesięć minut. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim jednotorowość linii kolejowej, łączącej ich miasto z miastem, w którym studiują. Nie trzeba być absolwentem technikum kolejowego, by stwierdzić słuszność tezy mówiącej, że dwa pociągi jadące naprzeciw siebie po jednym torze nie unikną kolizji (takie przypadki mają miejsce jedynie w grze komputerowej „Railroad Tycoon”). Dlatego konieczne jest stosowanie na takich liniach „stacji-mijanek”. Tylko, że prawie nigdy obydwa pociągi nie pojawiają się na mijance równocześnie. Jeżeli jeden się spóźni, bo coś nawali (na przykład ktoś ukradnie szyny albo linie trakcyjne), drugi musi na niego czekać, równocześnie sam się spóźniając. A skoro drugi ma opóźnienie, to spóźni się też i trzeci, czekający na niego na następnej mijance... Jednym słowem: jeżeli nawali się jeden –wszystkie mają opóźnienie. Oczywiście istnieje jeszcze tysiąc innych powodów, dla których polskie pociągi się spóźniają. Od tych najbardziej błahych, jak flirt pana konduktora z atrakcyjną panią zawiadowczynią stacji czy chęć wypalenia do końca przez tegoż konduktora świeżo napoczętego papierosa, aż do tych poważniejszych jak na przykład szkody górnicze. Podczas jazdy po takim podłożu pociąg zwalnia tak bardzo, że wyprzedzają go nawet rowerzyści (!) jadący drogą obok. Wszystko to razem sprawia, że poczucie upływającego czasu, a przede wszystkim punktualność to dla Polskich Kolei Państwowych pojęcia wciąż abstrakcyjne..

Ostatecznie jednak pociąg jakoś dociera do naszej stacji docelowej. Jeszcze tylko krótka walka z zardzewiałymi drzwiami wyjściowymi, których jednak nie warto otwierać zbyt wcześnie. Pewnego dnia zatrzymali mnie SOK-iści (Służba Ośmieszania Kolei), zarzucając mi zbyt wczesne otwarcie tychże drzwi (jakieś pięć sekund przed zatrzymaniem się pociągu) i „spowodowanie tym samym zagrożenia dla ruchu” (sic!). Po krótkiej rozmowie spisali moje dane i kazali zapłacić 20 złotych kary. Kiedy odmówiłem postraszyli kolegium. Nie przyszło do dziś. Najwyraźniej chłopaki zbierali na piwo. Szczerze dziwię się, że plajtująca kolej znajduje fundusze na utrzymywanie ćwierćinteligentów, o sumienności pracy których mogą świadczą ciągłe skargi bitych i okradanych pasażerów oraz coraz to nowe i wymyślne grafitti na pociągach... Jeżeli jednak uda nam się uniknąć kontaktu z tymi osobnikami, spokojnie możemy postawić nogę na słynnym, katowickim dworcu, któremu można by poświęcić naprawdę wiele akapitów. Każdy, kto choć raz się tam znalazł pewnie zrozumie z jakich względów celowo i dyplomatycznie pominę ten temat...

Analizując wyżej wymienione okoliczności łatwo zauważyć, że podróż koleją (jakakolwiek, a tym bardziej częsta) w polskich warunkach to średnia przyjemność. Trudno też mieć o Polskich Kolejach Państwowych dobre zdanie i trzeba naprawdę długo myśleć, żeby powiedzieć o nich coś pozytywnego. Niestety, właśnie na PKP skazanych jest bardzo wielu ludzi dojeżdżających do szkoły lub pracy. Mimo spartańskich warunków ludzie ci się nie skarżą. Albo się przyzwyczaili, albo zmęczyli się ciągłym bezskutecznym narzekaniem i po prostu przywykli. Denerwująca jest jednak ciągle rosnąca wysokość sum, którymi kolej każe płacić za swoje „usługi”. Biorąc pod uwagę widzialną ostatnio gołym okiem powszechną pauperyzację społeczeństwa, niesamowitą bezczelnością jest regularne podnoszenie cen –wprost proporcjonalne do ubożenia ludności i odwrotnie proporcjonalne do warunków „podróży”. Może zauważy ten paradoks kolejny pan minister transportu, który zamiast przeznaczać pieniądze podatników na kolejną marmurową posadzkę w swoim ministerstwie lub złotą muszlę klozetową w swym gabinecie, mógłby pomyśleć o wszystkich tych jednostkach, które codziennie, by dotrzeć do swojego miejsca nauki, pracy lub zamieszkania muszą obijać się w brudnym i śmierdzącym wagonie drugiej klasy, rocznika produkcji 1967...

Wypadałoby jednak zakończyć ten tekst jakimś optymistycznym akcentem; zatem proszę bardzo. Polskie Koleje Państwowe oświadczyły, że do końca tego roku kalendarzowego nie podniesie cen przejazdów. Niestety, (a miało być optymistycznie) biorąc pod uwagę „niespodziewankę”, zafundowaną nam przez dogasających obecnie „parlamentarzystów”, w postaci dosyć dużej dziury budżetowej, nie przywiązywałbym do tego oświadczenia zbyt dużej uwagi.

Wszystko przed nami. Pożyjemy, pojeździmy, zobaczymy...

Autorzy: Robert Lipka
Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania