Część I

Ze studentami przez Azję

Trzeci już raz wybrałem się do Mongolii dla kontynuowania badań współczesnych mitów mongolskich. Tym razem moja droga miała prowadzić także do Chin do tzw. Mongolii Wewnętrznej, gdzie mieszka więcej Mongołów (3,5 miliona), niż w samej Mongolii. Podobnie jak w latach ubiegłych towarzyszyli mi w pracy terenowej studenci. Byli to ''Folkloroznawcy'' z Wydziału Filologicznego i ''Dziennikarze'' z Wydziału Nauk Społecznych oraz dwoje studentów z Krakowa. Grupa studencka liczyła 12 osób, a jej kierownikiem był Marcel Kwaśniak, student V roku Kulturoznawstwa UŚ a równocześnie student III roku Etnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Marcel, uczestnik poprzedniej naszej wyprawy do Mongolii, ma już azjatyckie doświadczenia i także tym razem wywiązał się z zadania znakomicie.

Mongolka Ariuna udzieliła wielu pomocnych informacji
Mongolka Ariuna udzieliła wielu pomocnych informacji

Wyprawa trwała dwa wakacyjne miesiące. Przygotowywaliśmy się do niej cały rok. Trzeba było - prócz środków, jakie dała nasza Uczelnia - zdobyć resztę od sponsorów. Mimo, że nie jest to łatwe, udało się przekonać wielu sponsorów do naszej idei. Z pismami-prośbami, które chętnie sygnował Dyrektor Instytutu Nauk o Kulturze prof. dr hab. Tadeusz Miczka - za co składamy mu najlepsze podziękowania - odwiedzaliśmy mnóstwo instytucji i prywatnych biznesmenów. W sumie dali oni kilkanaście tysięcy złotych i dużą ilość produktów oraz wyposażenia. Na słowa podziękowania zasłużyli Jan Czubala, biznesmen z Gdańska (3.000 zł), Ludwik Wacławczyk z Rybnika (2.500 zł), Radio Venessa (2.500 zł), Pilicka Telefonia i kilkanaście jeszcze innych osób i instytucji.

Pociąg transsyberyjski - którym jechaliśmy - ma specyficzną atmosferę. Przeważają obecnie biznesmeni różnych nacji. Mongołowie handlują na peronach lub z okien wagonów ciuchami. Inni wracają lub jadą na handel do Chin. Trochę turystów zachodnich. No i Rosjanie, gościnni, chętni do rozmowy i do wypitki. Po godzinie zawieramy znajomości. W sąsiednim przedziale jedzie wesoły Mikołaj. Miał dziadka Polaka. Szybko się z nami zaprzyjaźnia. Ciągle powtarza - jestem Polak. Chętnie udziela mi wywiadu i niezwykle szczerze mówi o swojej robocie. Pracuje jako ochroniarz, jego boss Fiodor popija z jakimś ciemnowłosym ''kawkazcem'' w sąsiednim przedziale. Po jakimś czasie jestem zaproszony jako honorowy gość do ich przedziału. Słucham opowieści o wielkich interesach i wielkich pieniądzach. Gdy rozmowa schodzi na myślistwo, Fiodor zaprasza mnie na polowanie, mogę dostać od niego zezwolenie na odstrzał łosia lub niedźwiedzia. On może na swym terenie załatwić wszystko.

Im bliżej granicy mongolskiej tym więcej dosiada Mongołów. Wnoszą wielkie toboły. To rosyjskie towary których u nich brak. Ładują uparcie pod ławy, na półki, zajmują cały służbowy przedział naszej ''prowodnicy'' w końcu kompletnie zapychają wagon restauracyjny. Co chwilę ktoś taszczy wielki ciężar przez korytarz i trzeba się cofać do przedziału.

Szukam Mongołów rozumiejących po rosyjsku. Obchodzę kilka wagonów. Mówią, ale słabo i nie nadają się do folklorystycznego wywiadu. Gdy zrezygnowany wracam z niczym, zjawia się w moim przedziale Mongołka Ariuna. Drobna, śliczna dziewczyna, mówi świetnie po rosyjsku i chętnie udzieli mi wywiadu. Wsiadła bez miejscówki więc koczuje gdzie się da. Skończyła studia w Rosji, jest lekarką pediatrą, ma męża policjanta, mieszkają 5 kilometrów za Ułan Bator u jej macochy. Wybrała się pierwszy raz na handel do Rosji, sprzedała co przywiozła z Chin a za ruble kupiła rosyjskie produkty na handel w Ułan Bator. Chce zarobić na mieszkanie, bo z pensji lekarza jest to niemożliwe. Po godzinnym wywiadzie pyta mnie czy nie moglibyśmy przewieźć część jej towarów gdyż boi się celników. Zgadzam się, ale pod warunkiem, że znajdzie mi kilku narratorów, chętnych do wywiadu w Ułan Bator. Umowa stoi. Ariuna ma towar rozrzucony po całym pociągu. Pracowicie zaczyna go gromadzić w naszych przedziałach. W końcu siada u nas i rozmawiamy całe godziny. Potem przyprowadza - o dziwo - chętnych do rozmowy Mongołów. Jak ona to robi - przecież to ludzie tak dla mnie zamknięci.

W drodze do Golmundu. Na zdjęciu urocza chinka , Maciej, prof. Czubala, śpiący Adam, śpiący David, Marcel, Anna
W drodze do Golmundu.
Na zdjęciu urocza chinka , Maciej,
prof. Czubala, śpiący Adam, śpiący David, Marcel, Anna

Siadają obok mnie dwie Mongołki i starają się jak mogą odpowiadać na pytania z mojego kwestionariusza. W końcu rozumiem dlaczego tak chętnie rozmawiają. Są siostrami i mają do mnie wielką prośbę. Do Polski pojechał i nie daje znaku życia ich brat. Dają adres swój w Mongolii, pokazują jego ostatni list. Mają nadzieję, że go odnajdę.

Za godzinę po tej rozmowie Ariuna przyprowadza nam kolejnego narratora - kobietę. I ta stara się jak może odpowiadać, zaprasza do swojej miejscowości. Nie pojadę - mieszka zbyt daleko od Ułan Bator. Na końcu prawie płacząc prosi czy nie zechciałbym jej napisać co z jej siostrą. Pojechała do Polski i tu handlowała dłuższy czas, ale popadła w złe towarzystwo i została aresztowana za morderstwo. Jej współtowarzysze zabili Wietnamczyka, a oskarżona o to została ona. Od aresztowania upłynął już rok czasu, siostra jednak nie daje znaku życia.

Na każdej większej stacji Ariuna wystawia przez okno pozostałe jeszcze chińskie sukienki i wykłóca się o cenę z sybiraczkami. Przy nas czuje się bezpieczniej bo stoimy na peronie przy samym wagonie. Nim nas poznała już dwa razy wyrwano jej z rąk towar i pojechała bez zapłaty.

Na wielkich stacjach syberyjskich Omsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk, Irkuck pociąg stoi nieraz dwadzieścia minut. Wychodzimy wówczas na peron i kupujemy u babuszek chleb, ryby, gorące kartoszki, ciepłe pierożki, bliny. Jest tu mnóstwo taniego i smakowitego jadła, no i taniej samogonki. Przypominam sobie moją podróż z 1991 roku, jeszcze za życia ZSSR, babcie podawały swoje produkty w normalnej gazecie, nawet gorące kartoszki, teraz wszystko opakowane w celofany, folie - wielki postęp.

Po pięciu dniach jazdy jesteśmy na granicy z Mongolią w Nauszkach, trwa wielogodzinna odprawa graniczna. Wędrujemy więc po stacji, robimy zakupy i patrzymy na dramaty wyrzucanych z pociągu wraz z towarami handlarzy. Widać nie mają na opłatę cła. Marcel spotyka młodego, bezradnego i załamanego Holendra. Jego dwaj koledzy wyszli z pociągu w Irkucku i nie wrócili. Cały ich bagaż został w przedziale, są bez paszportów. Z miejscowej maleńkiej poczty chce dzwonić do Holandii by ministerstwo tego kraju pomogło ich odnaleźć. Nie potrafi się jednak dogadać z Rosjanami. Przy naszej pomocy udaje mu się połączyć. Rzeczywiście wymagał pomocy - przez całą dobę, nie potrafił się z nikim porozumieć. Jak mu jednak miała Holandia pomóc, nie wiem.

Wjeżdżamy do Mongolii. Mamy bezpłatne wizy jakie dała nam mongolska ambasada w Warszawie (za udział w opracowaniu przewodnika turystycznego po tym kraju). W pierwszej nadgranicznej stacji Suchebator stoimy dłuższy czas. Pociąg obstawiły straże i idzie kontrola. Gdy tylko odprawę zakończono i odeszli strażnicy wypełzło skądś mnóstwo małych oberwańców, prosząc turystów o jedzenie.

W tym czasie Ania Kokot - pierwsza nasza chora - leży w gorączce sama w przedziale. Była na górnej półce, uchyliła okno i spała. Spod jej głowy oberwańcy wyrwali torbę, w której miała drobiazgi i cenny aparat fotograficzny. Są bardzo sprawni, ustawili potrójną czy poczwórną piramidę, czyli aż trzech smyków musiało stanąć jeden drugiemu na barki. Ania rozpacza, żałuje aparatu i zdjęć szczególnie z Bajkału. Obiecała swojej sponsorującej ją gazecie pełny serwis zdjęć a tu taka przykrość. Podrostki tymczasem skupiają się przy oknie i żądają od niej dolarów to oddadzą aparat. Ariuna, Marcel i Ania podejmują negocjacje. Wyrostki żądają najpierw 300 dolarów w końcu obniżają okup do 30 dolarów i torbę żywności. Nie chcą jednak pokazać aparatu. Pociąg rusza i nadzieje na wymianę się kończą.

Resztę dnia i całą noc mkniemy przez stepy do Ułan Bator. Rano wita nas stolica. Cały peron ludzi oczekuje na turystów. Mnóstwo Mongołów oferuje nam swoje mieszkanie na hotel. Wystawiają na kartkach ceny. Najtaniej, dwa dolary za noc. Do nas dociska się jednak przedstawiciel hoteliku Gana. Wiedział, że przyjedziemy, zna Marcela i Małgosię po imieniu. Zagarnia nas na hol dworcowy, za chwilę zjawia się nasz przyjaciel Monho ze swoją propozycją. Wybieramy duże paropokojowe mieszkanie w centrum miasta z łazienką i telefonem. Będziemy płacić po 3 dolary za dobę. Monho podwozi nas dużym i eleganckim autobusem swojej firmy. Lokal opuszcza samotna Francuzka, która parę dni tu mieszkała. Mamy lokum, mamy przewodników, dobry nastrój i młodzież natychmiast rusza poznawać miasto. Będziemy tu czekać aż dogoni nas Piotr Antoniak z Moniką, Anną i Krzysztofem, którzy nie mogli wyjechać z nami gdyż ich sponsorzy zwlekali ze wsparciem finansowym.

Ja od pierwszego dnia wyszukuję ludzi i prowadzę wywiady. Praca to żmudna. Dużą pomoc udzielają mi dawno już poznani mongolscy przyjaciele. Zapraszają do siebie albo gdzieś w cichej kawiarence siadamy do długiej rozmowy. Większość moich nowych narratorów otwiera się opornie i udziela informacji półgębkiem. Tacy są Mongołowie i to wiem od dawna. Trafiają się jednak ludzie co w lot rozumieją pytania i potrafią udzielić obszernego wywiadu. Wszystko to zapisuję w notesie, a gdy gawędziarz nie boi się dyktafonu, rejestruję na taśmie. Moje naukowe praktyki budzą zainteresowanie naszych studentów i albo mi towarzyszą w wywiadach albo też szczegółowo wypytują o przebieg kolejnych rozmów i wartość uzyskanych materiałów. Sami większość czasu spędzają zwiedzając stolicę w towarzystwie Mongołów, ale też innych światowych trampów. Poznają klasztory, muzea, robią krótkie wypady do olbrzymich jurtowisk za miastem. Wieczorami zaś przesiadują w karaoce, gdzie specjalizują się w śpiewaniu (...).

Autorzy: Dionizjusz Czubala, Foto: Archiwum prof. D. Czubali
Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania