Nastroje przedwyborcze

Chociaż wybory na uczelni za pasem, to kampania wyborcza jak zwykle ma charakter raczej szeptany i trzeba dobrze wiedzieć, gdzie ucho przyłożyć, żeby usłyszeć coś konkretnego. W takich chwilach żałuję, że jesteśmy (Gazeta Uniwersytecka) jedynym medium uczelnianym i wobec tego wypada nam zachowywać szlachetną, lecz z konieczności nudną neutralność. Na czas wyborów przydałyby się jakieś - jak to mówią Anglicy - tabloidy albo - jak mówią Niemcy - Revolverblatty, czyli - jak my mówimy - brukowce. Ach, jakaż by to była rozkosz nurzać się teraz w plotkach i spekulacjach, słuchać wyrazów poparcia lub przeciwnie - chować pod biurkiem pamflety i szczytowe osiągnięcia kampanii negatywnej. Prawdę mówiąc, choć to może zabrzmieć paradoksalnie w takiej małej społeczności jak nasza, raczej niewiele wiemy o naszych czcigodnych koleżankach i kolegach, którzy staną w szranki. Zresztą, sądząc po głosach dochodzących z niektórych komisji wyborczych, spora część naszej społeczności nie bardzo się przyszłą władzą uniwersytetu interesuje i dlatego z zapałem bojkotuje głosowanie na elektorów. W końcu biednej komisji udaje się znienacka urządzić łapankę i zamknąć drzwi zanim Quorum się wyśliźnie do domu. Dzięki temu skład elektorów jakoś skompletowano, na wszelki wypadek nie stawiając zbyt wysokiej poprzeczki kandydatom do tego dostojnego gremium.

A potem, gdy już wieść się rozniesie na kogo padło tym razem, elektor narażony bywa na molestowanie w pracy. Piszę ,,bywa”, bo jak się rzekło, przeważnie nikogo nie obchodzi kto będzie rządził, a tym mniej, kto będzie rządzącego wybierał. Są jednak przypadki nieuleczalnie bezwzględnych egzekutorów (NBE) swoich własnych przywilejów. Taki egzekutor też przeważnie nie jest zainteresowany wyborami, ale dowiedział się, że jego kolega został elektorem, więc w pewnym sensie jego reprezentantem. To wystarczy, żeby NBE wyruszył na łowy i osaczył elektora w jego pracowni, albo natarł nań frontalnie na korytarzu lub też złapał we wnyki dyskusji podczas niewinnie zapowiadającego się obiadu w stołówce. Szczególnie zajadli bywają NBE spoza Wydziału Prawa, albowiem oni najbardziej cierpią na niespełnioną miłość do ustaw i regulaminów. Amatorzy prawa są nieskończenie bardziej dolegliwi od amatorów fizyki, którzy zawracają głowę wyłącznie fizykom, albo amatorów socjologii, którzy zachwycają się poczynionymi przez siebie obserwacjami i w tym zachwycie pozostają, nieszkodliwi dla otoczenia. Za to dyletant prawo miłujący zmienia się w fundamentalistyczną bestię czyhającą na nieuważnego przechodnia, który bez należnej czci minął choćby jeden przecinek w regulaminie. Taki dyletant, jeśli sam nie zna jakiegoś przepisu, to nie dopuszcza do siebie myśli, że odpowiedni przepis nie istnieje. Wszak obiekt jego miłości jest doskonały i nie może być tak, że czegoś nie uregulował, pozostawiając decyzję zdrowemu rozsądkowi.

Gdy NBE upoluje w końcu elektora, zaczyna od przepytania nieszczęśnika z ordynacji wyborczej, drażniąc go niczym toreador wymyślonymi przez siebie sytuacjami, których ów akt być może nie przewidział (dodajmy, że przy całej swojej miłości do prawa nasz amator nie ma wygórowanej opinii o prawodawcach, ponieważ sądzi, że sam o wiele lepiej ułożyłby ustawę albo statut). Wreszcie, gdy elektor słania się na nogach, zalany rumieńcem wstydu z powodu własnej ignorancji, zostaje dobity bezlitosnym pytaniem: ,,A na kogo będziecie głosować?”. Liczba mnoga nie jest przypadkowa: jej użycie ma dodatkowo pognębić ofiarę, uświadamiając kolejny błąd - wszak świadomy elektor już dawno powinien był zorganizować zebranie elektorów wydziałowych i ustalić wspólną taktykę. Oczywiście nic takiego się nie odbyło i przeciętny wyborca rektora nie tylko nie wie jak będą głosować, ale nawet jak on będzie głosować. Na razie wie tylko tyle, że w marcu dojdzie do spotkania sondażowego i może wtedy pojawią się jakieś nazwiska. Być może niektóre z nich będą nawet brzmiały tak samo jak te, które podają plotki. Okazuje się, że NBE zazwyczaj zna wszystkie plotki, które my znamy, a nadto słyszał parę dodatkowych, więc nic go nie powstrzyma przed pastwieniem się nad zwłokami powalonego przed chwilą elektora. Szarpie więc jego ciało na sztuki, przedstawiając swoje własne koncepcje i kandydatury. Najczęściej wychodzi na to, że jakkolwiek skończą się wybory, to i tak elektor będzie winny katastrofie niechybnie czekającej uczelnię naszą.

Jeśli w takim nastroju resztki jego jaźni dowloką się na zebranie, to trudno oczekiwać, iż zbiorą się do kupy i będą umiały rozeznać cnoty kandydatów. A trzeba je rozeznawać roztropnie, bowiem wybory uczelniane choć wyglądają podobnie i o podobną sprawę w nich chodzi, nie całkiem są tym samym, co wybory parlamentarne czy samorządowe, o których wszelako częściej się mówi. Wzorem tamtych wyborów, bogato relacjonowanych w telewizji, usłyszymy zapewne różne wersje clintonowskiego ,,Gospodarka, durniu!”, albo ,,Przedsiębiorczość, głupku!”, które to hasła dosadnie formułują priorytety. Ale chociaż gospodarność oraz przedsiębiorczość to ważne cechy przyszłego szefa uniwersytetu, nie zapominajmy, że wybieramy rektora, a nie prezesa zarządu. Rektora, którym będzie profesor, na tyle znany w środowisku, że aby tę sławę zdobyć, musiał przez lata poświęcać się nauce, a więc nie miał czasu na kursy zarządzania i marketingu. I dzięki Bogu! Wybierzmy kogoś, kto oprócz przedsiębiorstwa widzi jeszcze w uniwersytecie coś więcej, coś, co przekracza każdą dziurę budżetową i wymyka się najbardziej zaciętym kodyfikatorom. Co to jest? Wybierzmy takiego, który najlepiej odpowie na to pytanie.

P.S. Miłośników ortografii przepraszam za ,,poróbstwo”, którego się dopuściłem przed miesiącem. Oczywiście chodziło mi o porubstwo.

Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania