Między anamnezą a innowacją wystawa Zbigniewa Purczyńskiego

7 kwietnia w cieszyńskiej galerii uniwersyteckiej przywitaliśmy gościa z łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, profesora w tamtejszej szkole - Zbigniewa Purczyńskiego. Przywiózł wystawę swoich abstrakcyjnych grafik, obdarzonych mocą dyskretnego przyciągania, czy raczej niespodziewanego wychodzenia z ograniczeń ram i stawania się realnym światem. Skoro tak, to musi to być uczeń Stanisława Fijałkowskiego - pomyślałam, a moje przypuszczenia okazały się prawdziwe. Jednak, choć zależność uczeń-mistrz jest widoczna (mimo, że sam Purczyński jest dziś mistrzem), nie chodzi tu bynajmniej o to, że można by pomylić obrazy artystów. Ukończenie dobrej szkoły - co zdarzyło się Purczyńskiemu - oznacza w przypadku malarza z jednej strony wtajemniczenie w alchemię barwy, z drugiej wdrożenie w konieczność rozwijania malarskiej świadomości. W przypadku Fijałkowskiego było to np. wąchanie malarskiego gruntu czy pstrykanie weń palcami, by przekonać się o jego przydatności i szlachetności, ale też - czytanie odpowiednich lektur i wdrożenie przekonania, że malarstwo jest wyzwaniem dla człowieka, a nie samego zmysłu wzroku. Mamy więc do czynienia z dumą z przynależności do pewnej tradycji, szkoły, warsztatu, sposobu myślenia i patrzenia, zdecydowanie zaś brak chęci zacierania własnego pochodzenia. Ta rzadka cecha u artystów uformowanych w minionym stuleciu - podkreślanie tradycji - była niegdyś oczywista. Innowacyjność formy nie jest dla Purczyńskiego tak ważna, jak jej uroda, brzmienie, ekspresja, "wędrówka do korzeni plastycznego kształtowania" - jak pisał o nim Ryszard Otręba. Zauważyć jednak trzeba, że grafiki Purczyńskiego, choć na pierwszy rzut oka zdają się być niezwykle tradycyjne, są wynikiem osobistych innowacji warsztatowych. Artysta wymyślił własną technikę graficzną, sposób na zrobienie matrycy; jest ona wykonana z zastygającej masy, a elementy drukujące powstają dzięki dodawaniu, mamy więc do czynienia z wypukłodrukiem. Ta technika, mniej męcząca i pracochłonna niż drzeworyt czy linoryt ma - jak zauważył to Grzegorz Sztabiński - "daleko idące konsekwencje artystyczne", między innymi "możliwość działania pod bezpośrednim wpływem emocji". Dzięki temu formy Purczyńskiego zachowują witalność i ruchliwość. Ta spontaniczność jest jednak kontrolowana, gdyż artysta zanim przystępuje do wykonania grafiki, wykonuje serię obrazów, które wykrystalizowują pomysł realizowany później w grafice. Do obrazów nie przykłada jednak takiej wagi, jak do grafik, a więc i tu nie można mówić o tradycyjnym, ortodoksyjnym podejściu do warsztatu.

Pierwszy z lewej Zbigniew Purczyński
Pierwszy z lewej Zbigniew Purczyński

Na wystawie pokazano prace z ostatnich kilku lat, m. in. cykle Konstelacje, Sentencje, Obszar zamknięty, Cień, Linia. Dzięki temu ekspozycja jest spójna i jednorodna, trudno wszakże domyśleć się z podobnego zestawu, że Purczyński zaczynał od sztuki realistycznej, od świetnych portretów uchwyconych zamaszystym gestem pędzla i wyczarowanych światłem (choć wnikliwszy obserwator zauważyłby abstrakcyjne podejście do formy już w tych wczesnych pracach). Duże formaty grafik przygotowane na cieszyńską wystawę działają subtelnymi kolorami prostokątnych płaszczyzn papieru, delikatnie niuansowanymi, zgaszonymi, ale wyrazistymi, pełnymi żywotności i mocy. Na takim tle pojawia się niczym gość z innego świata, niespodziewanie, kolorowa forma falistej linii, "zmiękczonego" okręgu - następuje zderzenie. Za każdym razem udaje się artyście zachować zdziwienie podobnym spotkaniem, zdumienie urodą i odrębnością form. Każda forma doprowadzona jest do dojrzałości, szlachetnej dźwięczności, nie ma form przygniecionych, groteskowych, in statu nascendi. Zderzenie następuje w aurze cudowności, na sposób nagły, kairologiczny jak błyskawica. Sugestia przestrzeni, dziania się powoduje, że lapidarne formy narzucają się z mocą naszej wyobraźni, ewokują jakieś narracje, choć są to opowiadania nie ze świata ludzi; są to opowieści ze świata płaszczyzny, punktów oraz linii. Bez antropocentryzmu, za każdym razem stajemy się wszakże światkami cudu, niespodzianki ujawnienia się form zwykłych i prostych, na które Purczyński potrafi spojrzeć zupełnie świeżym okiem. Umiejętność wytrącania z utartych torów widzenia i myślenia to zwrócenie uwagi, że tuż obok nas, wokół nas są tajemnice, świat emanujący energią i pięknem, który przestał nas obchodzić, gdyż nauczono nas go ignorować i omijać w imię pragmatyzmu. Purczyński przypomina nam o tym prostym i pięknym świecie, zdumiewa nas tym, że jest on nadal dostępny przy odpowiednim nastrojeniu umysłu. Ukazuje zdarzenia form, które się naprawdę dzieją, ich realność, nieprzewidywalność, "duma" przypomina nam o możliwości życia w pełni i o cudzie takiego wydarzenia. Dziś, gdy niezwykłość i cud kojarzą sie z ekstremalnymi wydarzeniami polityczno-społecznymi, katastrofami lub religijnymi objawieniami, przypomnienie o duchowym wymiarze cudu rodzić może tylko wdzięczność. Zaniedbanie i powierzchowność - z tych grzechów uleczą nas prace Purczyńskiego, ale tylko wtedy, gdy sami będziemy tego chcieli.

Autorzy: Anna Markowska, Foto: Jerzy Pustelnik
Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania
NiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneKronika UŚNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneOgłoszeniaWydawnictwo Uniwersytetu ŚląskiegoNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneZ CieszynaStopnie i tytuły naukoweW sosie własnym
Zobacz stronę wydania...