Triumf szklanego ekranu

W pierwszym tygodniu marca odbył się w Katowicach Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej "Interpretacje". Już po raz piąty "Estrada Śląska", kierowana przez Grażynę Szołtysik, podjęła się organizacji niemałego przedsięwzięcia teatralnego, objętego patronatem Prezydenta Piotra Uszoka i Samorządu Miasta. W tym roku było to zadanie o tyle trudniejsze, że organizatorzy mogli liczyć na pomoc niewielkiej liczby sponsorów. W szranki konkursu stanęło siedem spektakli młodych reżyserów. Dwa z nich to debiuty. Monika Pęcikiewicz, reżyserka Leworęcznej kobiety Petera Handkego, jest studentką III roku Wydziału Reżyserii Akademii Teatralnej w Warszawie. Dariusz Kuciewicz, autor form dokumentalnych i teledysków, po raz pierwszy wyreżyserował spektakl Teatru Telewizji - Gwiazdy i los człowieka Macieja Psiuka. Wojciecha Smarzowskiego też można potraktować jako reżysera o niewielkim stażu pracy. Poza małymi formami telewizyjnymi udało mu się zrealizować do tej pory tylko jeden spektakl - Małżowinę według własnego scenariusza z Marcinem Świetlickim w roli głównej. Grono początkujących w dziedzinie reżyserii zamyka Łukasz Kos, absolwent szkoły krakowskiej i były asystent Krystiana Lupy, Andrzeja Wajdy i Rudolfa Zioły. Pozostali uczestnicy tegorocznych "Interpretacji" to ludzie znani i uznawani już w środowisku teatralnym. Piotr Cieplak już dwa razy gościł na katowickim festiwalu, a w 2000 roku niemal otarł się o statuetkę "Lauru Konrada". Andrzej Bubień, dyrektor artystyczny Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu, z powodzeniem przygotowuje spektakle już od 1993 roku, kiedy to powrócił z Sankt Petersburga po ukończeniu Wydziału Reżyserii Państwowego Teatru Muzyki i Kinematografii. Jacek Orłowski, etatowy reżyser Teatru im. S.Jaracza w Łodzi, to twórca, którego spektakle zdobywały już liczne nagrody, zarówno za reżyserię, jak i role aktorskie. Przykładem sukces przedstawienia Seks, prochy i rock and roll Erica Bogosiana z 1997 roku, wyróżnionego m.in. Chopin Theatre Award 2002 za najlepsze przedstawienie oparte na literaturze amerykańskiej.

Festiwal sztuki reżyserskiej

W tym roku zwracała uwagę niewielka liczba spektakli Teatru Telewizji - w konkursie uczestniczyły tylko dwa przedstawienia. Kulisy takiego stanu rzeczy ujawniał sam Dyrektor Artystyczny Festiwalu Kazimierz Kutz. Smutnym faktem pozostaje coraz mniejsza produkcja spektakli Teatru Telewizji. Rocznie realizuje się zaledwie około dwudziestu przedstawień i zwykle dominują wśród nich propozycje starszych, rzec można, najbardziej spektakularnych reżyserów. Najlepszym dowodem tej posuchy jest kształt ramówki, przeznaczonej dla Teatru Telewizji. Od początku tego sezonu czas antenowy spektakli dzielony jest z udramatyzowanymi widowiskami historycznymi, autorstwa Bogusława Wołoszańskiego. Uczestniczą w nich zazwyczaj znani aktorzy, wcielający się w role ważnych postaci historycznych. Programy te, skądinąd bogate pod względem merytorycznym, są jednak przede wszystkim ilustracją dawnych wydarzeń, stąd w pełni zadowolić mogą jedynie zapalonych miłośników rodzimej przeszłości.

W pierwszej wersji programu "Interpretacji" znalazły się spektakle Grzegorza Jarzyny i Krzysztofa Warlikowskiego. Ta informacja zelektryzowała środowisko śląskich teatrologów. Niestety, pertraktacje organizatorów z Teatrem Rozmaitości zakończyły się niefortunnie i nastąpiły zmiany w repertuarze.

Festiwal sztuki reżyserskiej

"Interpretacje" rozpoczęły się spektaklem mistrzowskim Kazimierza Kutza - Damy i huzary Aleksandra Fredry z Teatru Starego w Krakowie. Piąta edycja festiwalu zwracała uwagę odbiorcy choćby poprzez sam skład jury. Udało się zgromadzić w jednym miejscu i w jednym czasie takie tuzy polskiej sceny, jak Gustaw Holoubek, Adam Hanuszkiewicz, Jan Englert. Poza tym zaproszenie do jury przyjęli godni reprezentanci innych muz - Franciszek Starowieyski i Jan Kanty Pawluśkiewicz, kompozytor sygnału festiwalowego "Interpretacji". Młodą polską reżyserię uosabiała Anna Augustynowicz, dyrektor artystyczny Teatru w Szczecinie i laureatka pierwszej edycji festiwalu w 1998 roku za przedstawienie Moja wątroba jest bez sensu Wernera Schwaba.

Wśród spektakli konkursowych teatru żywego planu dominowały w tym roku propozycje spoza środowiska stołecznego. Wystąpiły teatry z Łodzi (im. S.Jaracza i Nowy), z Opola (im. J.Kochanowskiego) i z Wrocławia (Teatr Polski). Repertuar festiwalu pokazał, że młodzi reżyserzy usiłowali w minionym roku zainteresować widza i podjąć z nim rozmowę zarówno za pomocą klasyki teatralnej, jak i najnowszych, najbardziej spektakularnych tekstów. Pojawił się Szeksipr (Król Lear w reż. Piotra Cieplaka, jedyny spektakl z Warszawy, z Teatru Powszechnego), nie brakło Czechowa ( Wujaszek Wania w reżyserii Jacka Orłowskiego, nota bene spektakl pozostający prawdziwą niewiadomą dla autorki tych słów z powodu ograniczonej liczby biletów dla zainteresowanych). Rosyjską przeszłość teatralną reprezentowała również inscenizacja Wilków i owiec Aleksandra Ostrowskiego (Andrzej Bubień, jako wychowanek petersburskiej szkoły reżyserskiej, ma spore doświadczenie w pracy w teatrach wschodnich, stąd także, jak sam przyznawał, wynika jego zamiłowanie do literatury rosyjskiej). Natomiast Łukasz Kos, młody reżyser związany z Teatrem Nowym w Łodzi, zaprezentował Beztlenowców Ingmara Villqista. To jeden z przykładów obecności na scenie najnowszej dramaturgii. Teksty Villqista, polskiego dramaturga, który ukrywa się pod pseudonimem o skandynawskich skojarzeniach, coraz częściej budzą zainteresowanie reżyserów teatralnych, zyskały też przychylne opinie krytyków. Poza sprawnością warsztatową i znakomicie budowanym dialogiem scenicznym, posiadają jeszcze cenną wartość kreowania prawdziwych emocji, zrodzonych z podglądania niezafałszowanej, choć okrutnej czasami relacji międzyludzkiej. Co ciekawe, uwaga dramaturga koncentruje się przede wszystkim wokół bohaterów w jakiś sposób naznaczonych odmiennością - upodobania seksualne, choroba, dewiacje psychiczne. Takie tematy nie ilustrują jednak strategii skandalisty; prezentowane kontakty międzyludzkie stanowią raczej wyjaskrawiony przykład uczuć i rozterek ludzi tak zwanych normalnych. Sytuacje kreowane przez Villqista to znakomity materiał dla interpretacji scenicznej, bo ujawniają one cechy bardzo istotne dla fenomenu teatralności. Potrafią - dobrze zagrane - wywołać fascynujący rodzaj skupienia, dzięki któremu widz, z pełną świadomością dystansu, jest jednocześnie emocjonalnie zaangażowanym świadkiem zdarzeń. I gdyby właśnie, patrząc z perspektywy dwóch miesięcy, zastosować powyższą miarę w ocenie spektakli prezentowanych w konkursie, gdyby zapytać o zdolności młodych reżyserów w kreowaniu tak rozumianego teatru, teatru emocji i teatru napięcia, nie pozwalającego widzowi na beztroski dystans, można by ustanowić dla spektakli żywego planu następujący ranking. Przodowały w konkursie: Król Lear i Beztlenowce. Ciekawe były również Wilki i owce, najsłabiej zaś wypadła Leworęczna kobieta.

Pamiętnik

Sposób Cieplaka na zagranie Szekspira to dobrze pomyślana asceza. Reżyser zanegował jakiekolwiek nawiązania do pełnych rozmachu inscenizacji Szekspirowskich. Historia monarchy ograniczona została do minimum, zbudowana ze znaków, które odsyłały do znaczenia podstawowego - relacji międzyludzkiej, nie pretendując do nadmiernej opisowości. Z tym związane jest ubóstwo przestrzeni i dekoracji. Zdarzenia toczą się na czarnym tle - najpierw w przestrzeni zamkniętej (dwór królewski). W części drugiej przestrzeń poszerzona zostaje nikłym i martwym światłem - znakiem niemocy raczej niż energii. Miejsce gry wypełnione jest pojedynczymi, sugestywnymi rekwizytami. Na przykład czerwony pled - nieodłączny towarzysz upokorzonego Leara - w równym stopniu przypominał płaszcz królewski, co stare okrycie żebraka. Kartony papieru, którymi przykryto zwłoki bohaterów, kierowały wyobraźnię widza w rejony świata współczesnych kloszardów, gdzie granica między egzystencją a śmiercią pozostaje nikła tak samo, jak w królestwie rządzonym przez córki Leara. Wprowadzenie kostiumu współczesnego wydaje się być najbardziej oczywistą z możliwych interpretacji. W tym przypadku aktualizacja nie przybrała jednak znamion drogi na skróty - pozostawała raczej okrutnym memento, przypominając o mechanizmach nienawiści i złości wyzwalanych przez ludzki egoizm. Warto wspomnieć jeszcze o bardzo dobrych rolach. W pamięci pozostaje, poza perfekcyjną grą Zapasiewicza w roli tytułowej, młody aktor Adam Woronowicz, kreujący rolę Edgara. Niesamowita jest scena konfrontacji dwóch obłąkanych (Edgar i Lear), wzruszenie budziły również momenty spotkania Edgara ze ślepym ojcem. To, co fascynuje w roli Woronowicza, to niesamowita zdolność przeobrażenia się postaci scenicznej. Z niepozornego, nieistotnego wręcz młodzieńca zmienia się w postać, której szaleństwo sugestywnie wypełnia przestrzeń sceniczną. W zderzeniu z Learem cierpienia bohatera nabierają jeszcze większego wyrazu. Spektakl w reżyserii Piotra Cieplaka wyróżniony został przez Annę Augustynowicz.

Festiwal sztuki reżyserskiej

Łukasz Kos zręcznie połączył sześć opowieści, składających się na cykl jednoaktówek Ingmara Villqista. Wbrew sugestiom autora, ale z korzyścią dla dramaturgii spektaklu, zrezygnował z zakończenia cyklu Lemurami, wprowadzając w finale mocny akcent w postaci jednoaktówki Bez tytułu - porażającej wizji przedśmiertnego spotkania bohatera chorego na aids z rodzicami. Sprawdził się również pomysł podziału jednoaktówek. Motywem łączącym pozostawał Fantom. Rozbicie akcji Fantomu na trzy sceny przedzielone Beztlenowcami i Cynkweissem nie zagroziło spójności spektaklu. Całość przybrała rozmiar kalejdoskopu prezentującego fragmenty najbardziej intymnych przeżyć ludzkich. Udało się utrzymać napięcie zrodzone z podglądania emocji rozgrywających się w kameralnych sytuacjach rodzinnych. W interpretacji reżyserskiej dużą rolę odegrała ciekawie zaaranżowana przestrzeń. Granice gry wyznaczone zostały różnokolorowymi parawanami. Dzięki tym rekwizytom silniej uobecniła się metafora teatralna - widz usytuowany został w pozycji podglądacza tego, co na ogół niedostępne, co ukryte za parawanem. Można było obserwować oblicza, których z reguły nie przybiera się na użytek publiczny, bo pozostają najlepszym odbiciem skrytych emocji. Szczególnie utkwiła w pamięci wysmakowana pierwsza scena spektaklu (Lemury). Młoda para na proscenium, wyodrębniona światłem podkreślającym upudrowane twarze i egzaltowaną mimikę, przypominała papierowych kochanków z komedii dell'arte. Ten początek - aczkolwiek śmieszny, znakomicie wprowadził jednak w świat spektaklu. Jerg i Karla stanowili duet zapowiadający bogactwo drobiazgów emocjonalnych, z których utkana była każda z postaci przedstawionych (potrzeba uczucia i bliskości, skłonność do pretensji, egoizm, złośliwość i pragnienie czułości). Beztlenowce zyskały uznanie Jana Englerta i aplauz widowni. Łukasz Kos zdobył nagrodę publiczności, przyznawaną tradycyjnie już przez Marszałka Województwa Śląskiego Jana Olbrychta.

Festiwal sztuki reżyserskiej

Opracowanie sceniczne sztuki Aleksandra Ostrowskiego, dziś już prawie zapomnianego pisarza z Rosji, to gest wielkiej odwagi. Wilki i owce, realistyczna historyjka o damsko-męskich relacjach roszczeniowych, sama w sobie nie może już dziś wzbudzić większych wzruszeń. Oddaje co prawda bogactwo charakterów ludzkich, nudzi jednak przerostem słowa, obnażającym luki w napięciu dramatycznym. Andrzejowi Bubieniowi udało się ocalić walory tego utworu, mocno nadwyrężone patyną czasu. Stało się tak nie tylko dzięki dobremu poprowadzeniu zespołu, ale przede wszystkim ze względu na wzbogacenie anegdoty dawką dobrych efektów plastycznych i muzycznych. Te właśnie wrażenia pozostają najtrwalsze. Działania bohaterów, podzielonych zamysłem dramaturga na "wilki i owce", zacierają się w pamięci, ale pozostaje obraz - świat rosyjskiej prowincji, ożywiony dźwiękami, w rytm których bardzo zwinnie poruszają się postaci, jak zabawne lalki w zamkniętej, oszklonej przestrzeni. Może właśnie dzięki tej muzyczności i harmonii gestów przedstawienie Bubienia wyróżnione zostało przez Jana Kantego Pawluśkiewicza, który zauroczył się "koronkowymi sekwencjami" spektaklu.

Na tle przedstawień konkursowych najsłabiej wypadła Leworęczna kobieta Petera Handkego w reżyserii Moniki Pęcikiewicz. Była to opowieść o samotności, o nadaremnym poszukiwaniu kontaktu z drugim człowiekiem. Niespełnienie emocjonalne stanowiło determinantę nieudacznych działań każdej postaci: tytułowej bohaterki, jej syna i wszystkich mniej lub bardziej przypadkowych osób obecnych na ich drodze. Temat niezwykle subtelny i bardzo aktualny. Niestety, młoda reżyserka nie uniknęła monotonii. Monologi postaci zmieniały się w nużącą spowiedź, podsycaną zabiegiem teatralnym jawnie zapożyczonym - głosem z offu głównej bohaterki. W efekcie powstał spektakl oddzielony od widza nieprzemakalną barierą. Brakło skupienia, myśl zbyt łatwo uciekała w różne strony.

Festiwal sztuki reżyserskiej

W konkursie, tak jak wspomniałam, uczestniczyły tylko dwa przedstawienia Teatru Telewizji. Obejrzeliśmy w zamian za to trzy spektakle mistrzowskie: Misia Kolabo Piotra Kokocińskiego w reżyserii Ryszarda Bugajskiego, Pieniądze innych ludzi Jerry'ego Sternera w reżyserii Macieja Englerta oraz Balladę o Zakaczawiu w reżyserii Waldemara Krzystka. Wspomnieć należy o ogromnej frekwencji braci studenckiej. Od poniedziałku do środy aula na WNS wypełniała się po brzegi. Dyskusje po projekcjach nie były zbyt rozbudowane, raczej nieśmiałe, ale powiedzieć można, że na uniwersytecie znów udało się powtórzyć jedyne w Polsce zjawisko spotkania młodych ludzi z Teatrem Telewizji i jego twórcami. Spektakle, poprzez sposób prezentacji, prowokowały intensywny odbiór. Znacznie bardziej uchwytne niż na ekranie telewizora pozostawały rozmaite drobiazgi kompozycyjne. Można było bardziej smakować szczegóły gry, bardziej zwracać uwagę na fragmenty wyznaczające określony charakter przestrzeni przedstawionej. W tym roku w konkursie startowali dwaj młodzi twórcy. Jako pierwszy zaprezentowany został groteskowy spektakl Gwiazdy i los człowieka Macieja Psiuka. Reżyser Dariusz Kuciewicz opowiedział smętną historię z czasów stalinowskich, wykorzystując wszelkie efekty montażu cyfrowego. Pojawiła się przed widzem rzeczywistość manifestacyjnie wykreowana, nie było mowy o jakichkolwiek niuansach mimetycznych. Jawnie sztuczne tło, elementy przestrzeni odrealnione poprzez deformację, przerysowana gra aktorska - wszystko to czyniło spektakl pokrewnym stylistyce komiksu i komedii slapstikowej. Natomiast jakość prymitywnych, motywowanych strachem, działań bohaterów budziła skojarzenia z tragifarsą. Pomysł fabularny - poszukiwanie astronoma na rozkaz Stalina przez dwóch członków NKWD - to okazja do kreowania sytuacji wyzwalających śmiech. Był to jednak ten rodzaj ekspresji, pod którym ukrywa się dawka refleksji nad pokracznymi sytuacjami i nielogicznymi działaniami, które wypełniają ludzki los. Źródła tego mogą być różne, czasem równie bezsensowne jak w przypadku akcji sztuki. Działania bohaterów sprowokowane były chwilową zachcianką Stalina, który zdążył zasnąć, zanim wypełniono jego rozkaz, okupiony śmiercią i cierpieniem wielu bohaterów.

Drugim spektaklem Teatru Telewizji była Kuracja - adaptacja prozy Jacka Głębskiego pod tym samym tytułem. I właśnie Kuracja w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego zatriumfowała podczas tegorocznych "Interpretacji". Fakt to znamienny. Po raz pierwszy od początku festiwalu "Laur Konrada" zdobył twórca Teatru Telewizji. Do tej pory odnotować można było większe zainteresowanie jurorów spektaklami żywego planu. Zresztą sami oceniający wielokrotnie podkreślali trudność sytuacji - konieczność oceny konkurujących ze sobą spektakli o zasadniczo odmiennych środkach wyrazu. Wyróżnienie przedstawienia telewizyjnego znamienne pozostaje również ze względu na zmieniającą się specyfikę tego typu widowiska. Trudno już dziś z rozmysłem stosować precyzyjne granice gatunkowe. Teatr Telewizji zmienia się w widowisko telewizyjne, wykorzystujące różnorodne techniki generowania obrazu. Znikają dawne produkcje studyjne, podporządkowane precyzyjnej analizie tekstu i statycznej rejestracji gry aktorskiej. Zjawisko to, zauważalne przez środowisko artystyczne już od kilku dobrych lat, wywoływało do tej pory raczej postawę zdystansowanej obserwacji. Toteż od pięciu lat trwania "Interpretacji" spektakle telewizyjne zyskiwały raczej sporadyczne uznanie jurorów. Zwróciła na siebie uwagę na przykład Maria Zmarz-Koczanowicz Sandrą K. według prozy Manueli Gretkowskiej. Tym razem jednak jurorzy, nie bawiąc się w refleksję na temat różnic między spektaklami teatralnymi i telewizyjnymi, podkreślali siłę wrażenia, decydującą o ocenie spektaklu danego reżysera. Dla Adama Hanuszkiewicza, Gustawa Holobuka i Franciszka Starowieyskiego najbardziej sugestywna pozostała interpretacja Wojciecha Smarzowskiego.

Wojciech Smarzowski

Kryterium wyboru wcale nie wiązało się z zachwytem nad możliwościami przekazu telewizyjnego. Podkreślano natomiast walory mimetyczne i plastyczność spektaklu. Starowieyski zachwycił się subtelną wizualizacją. Precyzyjne oświetlenie twarzy bohaterów budziło skojarzenia jurora ze stylistyką dziewiętnastowiecznych portretów. Holoubek zaznaczył wartość rozwiązań dramaturgicznych. Podkreślił cenną umiejętność przekształcenia prozy na układ zdarzeń zgodny z klasycznymi regułami budowy tragedii. Dzięki temu historia młodego lekarza idealisty uczyniła z widzów "niewolników miejsca", skazanych na uczucia litości i trwogi. Kuracja to opowieść o psychiatrze, zaangażowanym w los pacjentów do tego stopnia, że decyduje się on na obserwację świata z ich perspektywy. Udając chorego, podejrzanego o schizofrenię, staje się jednym z pacjentów szpitala psychiatrycznego. Zawiązanie akcji stanowi znakomity początek refleksji o granicach między normą a nienormalnością. Przypadkom bohatera - jak motto - towarzyszy anegdota o zdrowiu psychicznym. Granice normy są tak nieuchwytne, jak odpowiedź na pytanie: "gdzie zaczyna się łysina?"... Spektakl mobilizował uwagę tym intensywniej, im wyraźniej uświadamiał widzowi nieuchronność klęski bohatera. Jego działania wzmagały coraz bardziej stopień uwikłania w sytuację bez wyjścia - w sensie mentalnym i fizycznym jednocześnie. Przypadkowa śmierć jedynego świadka kamuflażu przekreśliła szanse bohatera na powrót do świata ludzi "normalnych". Finał zdarzeń pozostawia widza w mało optymistycznej sytuacji, w sytuacji świadka porażki najbardziej szlachetnych, motywowanych zdrowym rozsądkiem, działań jednostki. Kuracja zrealizowana została z dużą dbałością o podporządkowanie efektów wizualnych naczelnej linii dramaturgicznej. Zamknięta przestrzeń, intensywne dźwięki i często stosowany flash-back - wszystko to wzmagało sytuację osaczenia głównego bohatera. Można powiedzieć, sztuka dobrze zrobiona, w której jakość formy dobrze służyła fabularnym celom. Werdykt jury stanowi również z pewnością gest zainteresowania wobec środowiska młodych twórców spektakli telewizyjnych. Piszę o tym nie bez kozery, wszak sam dyrektor artystyczny festiwalu deklarował przy rozdaniu nagród chęć pomocy młodemu zdolnemu laureatowi. Trudno orzekać, że werdykt był premedytacją, tym bardziej że Kuracja zyskała przychylność także młodej, studenckiej publiczności, a nagrodzona została przez reżyserów "utkanych" przede wszystkim z miłości do teatru żywego planu. Można by powiedzieć raczej o sprzyjającym zbiegu okoliczności dla twórcy Teatru Telewizji, który pragnie zrealizować swe marzenia związane z filmem.

W ramach "Interpretacji", jak co roku, odbyły się również imprezy towarzyszące. Muzeum Historii Katowic gościło Józefa Opalskiego, który prowadził Rozmowy o Konradzie Swinarskim i reżyserii, natomiast Zakład Wiedzy o Teatrze UŚ przygotował promocję "Pamiętnika Teatralnego". W środę, 6 marca, odbyło się spotkanie z redakcją tego kwartalnika. Prof. Edward Krasiński i dr Grzegorz Janikowski prezentowali dwa zeszyty poświęcone pamięci Jerzego Grotowskiego. Autorzy zgromadzonych artykułów, na czele z bratem artysty - profesorem Kazimierzem Grotowskim, opisali znane i mniej znane fakty z biografii twórcy koncepcji "teatru ubogiego". Tom, którego zamysł powstał jeszcze przed śmiercią Grotowskiego, stanowi próbę weryfikacji najbardziej powszechnych i tradycyjnych już ujęć jego dzieła. Jest też, jak deklarują redaktorzy, szczególnym przykładem dialogu międzypokoleniowego, bo skupia wspomnienia świadków i pasję badaczy młodego pokolenia, zafascynowanych testamentem, jaki pozostawił dla teatru światowego Jerzy Grotowski. Spotkanie wzbogacone zostało również bardzo osobistymi refleksjami uczestnika wrocławskich wydarzeń teatralnych sprzed kilkudziesięciu lat. Dyrektor Teatru Śląskiego Bogdan Tosza opowiadał o emocjach, towarzyszących świadkom kontaktów Jerzego Grotowskiego z Jean Louis Barrault w 1975 roku.

Adam Hanuszkiewicz

Ostatnim akcentem "Interpretacji" pozostało przedstawienie z Teatru Nowego w Łodzi - Sen Pluskwy Tadeusza Słobodzianka w reżyserii Kazimierza Dejmka. Ten spektakl mistrzowski ujawnił walory scenicznej kompozycji zbiorowej. Zwracało uwagę dopracowanie szczegółu w różnorodnych, na poły groteskowych scenach, opisujących nieokreśloną rzeczywistość Rosji postkomunistycznej. Słobodzianek pesymistycznie diagnozuje rozkład mentalności jednostki, skazanej na egzystencję w świecie pozbawionym jakichkolwiek uzasadnień religijnych bądź ideologicznych. Albo, mówiąc inaczej, człowieka tak przywiązanego do ideologii, że wobec rozpadu jasnych kryteriów światopoglądowych, rozpada się jego byt. Wszystko zostało pomieszane. Nie dziwi w tej rzeczywistości mianowanie przypadkowego bohatera Chrystusem, nie bulwersuje Chrystus, któremu trudno odróżnić piekło od nieba. Przedstawienie, harmonijne w formie, prowokowało dysharmonię ducha. Wywołało uczucie niepokoju, bo znaczenia płynące z kompozycji zdarzeń, wiązały się nie tylko z egzystencją bezradnego homo sovieticusa. Można było odkrywać głębsze aluzje. Tak jak na Słobodzianka przystało, skojarzenia piętrzyły się na wielu poziomach, zarówno tych literackich czy metateatralnych, jak i społeczno-obyczajowych. Spektakl jest przykładem teatru nie zaangażowanego, ale prowokującego dyskusję. To przedstawienie dynamizuje "leniwą myśl", schowaną gdzieś na półkach bezpiecznej, wygodnej codzienności. Warto zobaczyć, w jaki sposób Dejmek dookreślił tekst Słobodzianka "pertraktującego" z Majakowskim.

Jan Englert

"Interpretacje" przebiegły raczej spokojnie, bez większych wstrząsów estetycznych i organizacyjnych. Nie było burzliwych dyskusji ani podczas przedstawień Teatru Telewizji, ani w czasie rozmów Kutza z reżyserami bezpośrednio po spektaklach żywego planu, rozmów jak zwykle pełnych swoistego dowcipu i ironii. Werdykt jury przyjęty został ze zrozumieniem, co nie znaczy że bez echa. Wzbudzi on na pewno jeszcze niejedną refleksję nad kształtem Teatru Telewizji i, co bardzo istotne dla sytuacji młodych polskich reżyserów, będzie prawdopodobnie dobrą promocją dla twórczości filmowca Wojciecha Smarzowskiego.

Autorzy: Beata Popczyk-Szczęsna, Foto: Archiwum Arkadiusz Ławrywianiec
Ten artykuł pochodzi z wydania: