rzecz o kryzysie studiów humanistycznych

Reformę czas zacząć

Na uczelnianych korytarzach pojawili się studenci pierwszego roku. Jeszcze jako potencjalni kandydaci na studia podchodzili do nas i pytali: czy jest luźno? czy łatwo się dostać? i czy to prawda, co ich ciocia słyszała od sąsiadki, że po tym kierunku to pracy nie ma wcale?

Początek nowego roku akademickiego to bardzo dobry pretekst, by postawić sobie pytania bardziej podstawowe niż te, które padają często z ust maturzystów. Po co nam Uniwersytet? Jak winien funkcjonować? A przede wszystkim - jak powinno wyglądać nasze na nim studiowanie? Te problemy warto podnieść nie tylko dlatego, że rzadko kto publicznie to robi, ale przede wszystkim z tego względu, że są to kwestie kluczowe dla przyszłości naszego kraju. Jestem przekonany, że jakość Uniwersytetów przekłada się w prostej linii na jakość życia publicznego. Jaka inteligencja opuści mury szkół wyższych, takich czasów powinniśmy się spodziewać.

milczenie elit i o potrzebie podnoszenia tematu

Temat Uniwersytetu i samego studiowania wydaje się być, w debacie publicznej, traktowany po macoszemu. Jego podejmowanie ogranicza się do kilku corocznych publikacji różnego rodzaju rankingów uczelni wyższych. W nich to możemy prześledzić, jak nasza Alma Mater wspina się lub spada w dół po szczeblach drabiny, która to ma z założenia określać jej atrakcyjność w oczach pracodawców, kadry naukowej, bądź samych oceniających. Ich pojawienie się nie jest w stanie niestety wywołać szerokiej dyskusji dotyczącej kondycji naszych Uniwersytetów. Co gorsza żywotność rankingów nie przekracza zazwyczaj dwóch tygodni, a ich wyniki nie potrafią zainteresować nawet środowiska związanego z samymi ocenianymi uczelniami. Co więcej, nawet listopadowy numer "Res Publiki nowej" z 2002 roku, w całości poświęcony Uniwersytetowi, przeszedł bez większego echa. Jedyną reakcją był felieton Kingi Dunin (opublikowany w "Wysokich Obcasach"), w którym to autorka zauważyła - zresztą całkiem słusznie - że w redakcyjnej dyskusji nie uczestniczyła żadna kobieta.

Jak zaznaczyłem na początku. w pełni zdaję sobie sprawę z wagi stawianego problemu. Jeszcze bardziej świadom jestem jego złożoności i ogromu kwestii, które wchodzą z nim w relacje. Dlatego też tekst ten nie będzie nawet próbą zdiagnozowania wszystkich bolączek dzisiejszej wyższej edukacji, a tym bardziej znalezienia na nie skutecznego lekarstwa. Moim zamiarem jest jedynie zarysowanie problemu według mnie najważniejszego, który powinien w pierwszej kolejności zaprzątać głowy ludzi związanych ze szkolnictwem wyższym. Po pierwsze dlatego, że dotyczy on jakości wykształcenia uniwersyteckiego, o którym już po krótkiej obserwacji można stwierdzić, że znajduje się w potrzasku. Po drugie dlatego, że lekarstwo, które będę chciał zaproponować nie wymaga zaangażowania wyjątkowych nakładów finansowych (deficytem których zawsze zasłaniają się zarządzający Uniwersytetami), ale przede wszystkim chęci.

Zanim przejdę do meritum chciałbym zaznaczyć,

magazyn studencki
że - pisząc o wykształceniu uniwersyteckim - mam na myśli szeroko rozumiane studia humanistyczne (zdaję sobie sprawę z braku jasnych kryteriów przynależności). Temat zaś chcę podjąć przede wszystkim dlatego, że wiedza humanistyczna od zawsze odgrywała szczególną rolę w rozwoju dziejów i kształtowaniu społeczeństw. Dlatego też studia te nie kształcą specjalistów w konkretnym wąskim fachu (farmaceuta, lekarz ortopeda, chemik), a z definicji mają przekazać szeroko rozumiana wiedzę ogólną, która to w połączeniu z umiejętnościami technicznymi ma równie szerokie zastosowanie. Warto także pamiętać, że - jak pokazują statystyki - są to najpopularniejsze studia wybierane przez maturzystów.

wiedza ogólna a umiejętności techniczne

Wydaje się, że studia humanistyczne cierpią na niemożność znalezienia złotego środka pomiędzy przekazywaniem studentom wiedzy humanistyczną z jednej, a umiejętności technicznych z drugiej strony. Przez wiedzę humanistyczną (wiedzę ogólną) rozumiem tu pewien model wykształcenia klasycznego, bazujący na znajomości antyku, łaciny, historii filozofii, historii kultury i sztuki, głównych nurtów literackich, doktryn politycznych itp. Do tej wiedzy należy przypisać także pewien nawyk zainteresowania światem współczesnym - uczestniczenie w wydarzeniach kulturalnych, czy tak prozaiczną (choć z moich obserwacji wynika, że nie tak oczywistą) sprawę jak regularne czytanie prasy. Wydaje się, że to właśnie ta sfera wykształcenia decyduje o tym, że dyplom ukończenia studiów humanistycznych różni się od zaświadczenia o ukończeniu kursu motorniczego, bądź szydełkowania.

Jeżeli chodzi o umiejętności techniczne, to mówimy oczywiście o pewnych podstawowych sprawnościach, które są niezbędne do znalezienia zatrudnienia i najczęściej dopiero z wiedzą ogólną nabierają prawdziwej wartości. Chodzi o znajomość języka obcego, umiejętność wypowiadania się (czy to na papierze, czy przed audytorium), czy też obsługi komputera itp. Jestem pewien, że umiejętności techniczne powinny stać się dopełnieniem wykształcenia humanistycznego. Dziś bowiem chyba nikt już nie wątpi, że studia powinny przygotować człowieka także do tego, by ten potrafił znaleźć się na rynku pracy. Na studiach doktoranckich pozostaną przecież nieliczni z nas.

niski poziom wiedzy ogólnej, żałosny umiejętności technicznych

Paradoksalnie, problem studiów humanistycznych nie polega jedynie na braku złotego środka pomiędzy przekazywaniem studentom wiedzy ogólnej a nabywaniem przez nich umiejętności technicznych. Zatrważający jest fakt, że nasze Uniwersytety w ogromnej większości nie uczą swoich studentów ani jednego, ani drugiego. Poziom wiedzy ogólnej u przeciętnego studenta jest przerażająco niski. Podobnie zresztą jak i poziom jego umiejętności technicznych. Wciąż przed oczyma mam studenta II roku prawa, który w teleturnieju "Milionerzy" nie potrafił wskazać poprawnej odpowiedzi na pytanie: "dla jakiej doktryny kluczowymi pojęciami są baza i nadbudowa?". Spośród dwóch możliwości marksizm i behawioryzm wybrał tę drugą! Podobnie zresztą rzecz miała się z absolwentką polonistyki, która nie wiedziała niestety, że tuż przed II wojną światową Wrocław nie był miastem polskim. Oczywiście można powiedzieć, iż przykłady te nie są reprezentatywne - niestety jednak odpowiadają pewnym intuicjom. Tak dziwnie się dzieje, że znamy się (w zależności od studiowanego kierunku) na mikrosocjologii, estetyce, polskiej polityce zagranicznej po 1918 roku, historii Włoch, gramatyce opisowej. Niestety najczęściej nasza wiedza poza ten wąski obszar danego przedmiotu już nie wychodzi. Uniwersytet zamknął nas w bardzo dookreślonej siatce tematycznej, a następnie wycofał się na pozycje egzekwowania od nas znajomości tej wąsko tematycznie dookreślonej wiedzy.

Jeszcze gorzej sytuacja ma się z umiejętnościami technicznymi. Chwilami można nawet odnieść wrażenie, że Uniwersytet specjalnie nie dba o tę sferę wykształcenia własnych studentów, wychodząc z założenia, iż studia humanistyczne z natury winny być niepraktyczne. Najbardziej widoczne jest to w kwestii nauczania języków obcych, ale lista zaniechań jest o wiele dłuższa. Najłatwiej uzupełnić ją, czytając wypowiedzi szefów firm, które zatrudniają absolwentów. Brak umiejętności: obsługi komputera, pracy w grupie, prezentacji siebie i własnych pomysłów itp. - wszystkie te zarzuty znamy chyba na pamięć.

rekrutacja, głupcze!

Warto jednak powrócić do postawionego na początku pytania - "po co nam studia humanistyczne i jak one winny wyglądać?". Naprawdę nie jestem na tyle szalony, by przekonywać, że na studiach powinien istnieć obowiązek zakładania przez studentów skrzynek mailowych. Nie chcę także, by profesorowie uczyli obsługi faksu. Nie wyobrażam sobie również egzekwowania obowiązku uczestniczenia w wydarzeniach kulturalnych, regularnego czytania prasy i wydawnictw książkowych. Mimo to jestem przekonany, że wina za tak niski poziom wiedzy ogólnej i umiejętności technicznych reprezentowany przez studentów leży po stronie Uniwersytetu. Dlaczego? Otóż problem jest prozaiczny, a tkwi w doborze kryteriów przyjmowania kandydatów na studia.

Wystarczy przejrzeć tegoroczne warunki rekrutacji na wszystkie Uniwersytety w Polsce. W większości przypadków komisji rekrutacyjnych nie interesuje ogólna wiedza maturzystów. Nie interesuje ich także to, czy regularnie czytają prasę i uczestniczą w życiu kulturalnym. Ba, czasami nie interesuje ich także to, czy mówią w języku obcym i to czy potrafią się wypowiadać w języku ojczystym, albo czy w ogóle mają coś do powiedzenia. Nie interesuje ich także, czy aktywnie uczestniczą w życiu społecznym, ani czy mają jakieś hobby. W większości przypadków egzaminy wstępne nie różnią się po prostu od szkolnej klasówki. Nic dziwnego, że szkoły średnie, które w rzeczywistości za cel stawiają sobie przygotowanie absolwentów do egzaminów na studia, ani o wiedzę ogólną, ani o umiejętności techniczne swych uczniów nie dbają. W większości przypadków traktują ją jako mało praktyczną fanaberię.

test wiedzy ogólnej, rozmowa kwalifikacyjna, egzamin z języka obcego

Czas zmienić tę chorą sytuację. Dlaczego nie poszerzyć egzaminów do szkół wyższych? Do egzekwowanych dotychczas zagadnień egzaminacyjnych wystarczyłoby dodać obowiązkowy egzamin z języka obcego, test wiedzy ogólnej oraz rozmowę z kandydatem. Uzasadnianie konieczności przeprowadzenia obowiązkowego egzaminu z języka obcego jest chyba bezzasadne. Oprócz niego warto byłoby wprowadzić test wiedzy ogólnej, który swego czasu należało rozwiązać by stać się studentem Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Setka pytań dotyczących filozofii, nauk społecznych, kultury, literatury polskiej i powszechnej, historii, polityki, bieżących wydarzeń - oczywiście tę listę można stale uzupełniać. Jest szansa, że ów test wymusiłby na kandydatach posiadanie szerokiej wiedzy humanistycznej, która to po części powinna być przepustką do otrzymania indeksu studiów humanistycznych.

Wydaje się, że istnieje też szansa na choćby częściową weryfikację umiejętności technicznych kandydata. Najlepszym na to sposobem byłoby wprowadzenie rozmowy kwalifikacyjnej. Przejrzenie przez członków Komisji CV zdającego pozwoliłby na bliższe poznanie kandydata, jego ewentualnej działalności społecznej itp. Istnieje olbrzymia szansa, że gdy pracował nad realizacją jakiegoś projektu, choćby przez chwilę zetknął się z komputerem, potrafi pracować w grupie, jest kreatywny itp. Może to także oznaczać, że lepiej będzie wykorzystywać wiedzę zdobywaną podczas studiów.

Taka poszerzona forma egzaminu pozwoliłaby na wprowadzenie jeszcze jednej nowości rekrutacyjnej. Atrakcyjnym pomysłem - stosowanym zresztą na niektórych Akademiach Ekonomicznych - wydaje się przeprowadzanie egzaminów nie na konkretne kierunki, ale na wydziały. Podział na kierunki następowałby w tym przypadku dopiero po pierwszym roku. Wspólny na pierwszym roku dla wszystkich studentów program nauczania pozwoliłby w dużej mierze na ich "obycie" się z Uniwersytetem.

więcej "wolnej ręki"

Jestem przekonany, że jeżeli chodzi o studia humanistyczne, Uniwersytet musi zmienić nie tylko sposób rekrutacji, ale i całą swoją formułę. Przede wszystkim należałoby odejść od pełnej reglamentacji w doborze zajęć. Owa reglamentacja wydaje się zrozumiała w kształceniu lekarzy, a nie humanistów. Co więcej, teza ta sprawdziła się już w przypadku kilku wydziałów polskich uniwersytetów. Nie ulega wątpliwości, że należy ustalić pewien kanon właściwy dla danego wykształcenia. Socjolog to nie polonista. Jednak ów kanon nie powinien przekraczać ok. 40% wszystkich zajęć studenta. Kolejne 30% mogłyby stanowić zajęcia wybierane z szerokiej gamy kursów proponowanych przez macierzysty instytut. Nie widzę jednak nic zdrożnego w tym, by zobowiązać studenta by pozostałe 30% wszystkich zajęć wybierał spośród kursów oferowanych także przez inne instytuty. Dlaczego student filozofii nie miałby mieć możliwości uczestnictwa w zajęciach z doktryn politycznych, współczesnej literatury czeskiej czy historii Rosji - jeżeli go tylko interesują? Jestem przekonany, że jedyna droga do uatrakcyjnienia i spełnienia istoty studiów humanistycznych wiedzie przez przekazanie możliwości wyboru w ręce studenta.

To w bardzo dużej mierze od Uniwersytetu zależy los przyszłych pokoleń i kształt społeczeństwa, w którym przyjdzie im żyć. Pytanie o jakość wykształcenia naszej inteligencji wydaje się być pytaniem podstawowym. Od setek lat Uniwersytet pełni funkcje społeczne. Jestem przekonany, iż bez wielkiej reformy może bezpowrotnie stracić swoje miejsce, które zajmował od lat.

ŁUKASZ GRZESICZAK
Redaktor Naczelny śląskiego
Magazynu Studenckiego "KLAPS"

Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania
NiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneOgłoszeniaNowe książkiOgłoszeniaNiesklasyfikowaneStopnie i tytuły naukoweW sosie własnymNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneKronika UŚOgłoszeniaNiesklasyfikowane
Zobacz stronę wydania...