Raport z dzielnicy uciech

W ubiegłym miesiącu naszą społeczność poruszyła tragedia, do jakiej doszło w pobliżu rektoratu: podczas gangsterskich porachunków zginął przypadkowy przechodzień, śpieszący do pracy. W okolicy uniwersytetu można by się spodziewać wybuchu jakiejś chemicznej aparatury, albo widoku gołego uczonego, który z okrzykiem ,,Eureka” na ustach narusza normy obyczajności, jednak strzelanina wydawała się nie do pomyślenia. A jednak się stało i w chwili, gdy piszę ten felieton, wciąż nie wiemy, czy i w jaki sposób władze

Kobiety lekkich obyczajów od wielu lat krążą, a raczej stoją wokół terenu, który chcielibyśmy nazywać ,,campusem”, ale jeśli to czynimy, to raczej wyrażając ,,wishful thinking” niż oddając stan rzeczywisty. Jest to teoretycznie miejsce, które powinno tętnić normalnym, nie przestępczym, życiem przez całą dobę - położone w centrum dużego miasta, wyposażone w sale, które mogłyby przyciągać nie tylko studentów, ale każdego, kto zainteresowany jest czymś jeszcze oprócz relizacji swoich elementarnych potrzeb fizjologicznych. Jednak ,,campus” pustoszeje nie tylko podczas wakacji, on się pogrąża w ciemności i zapomnieniu każdego wieczora. Być może jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest właśnie to centralne położenie, które nie pozwala znaleźć w pobliżu terenów pod budowę domów akademickich, a nawet zwykłych mieszkań dla wykładowców. Na ,,campusach”, do których chcielibyśmy się porównywać, życie nie kończy się wraz z napisaniem ostatniego słowa na tablicy. Zazwyczaj wokół campusu, lub nawet na jego terenie ktoś mieszka. Dla pozostałych dojazd czy dojście nie stanowi problemu, więc uniwersytet nie jest tylko zespołem budynków, w których odbywają się zajęcia dydaktyczne. Jest przestrzenią, w której jedni spędzają - jak się potem okazuje - najpiękniejsze lata swojego życia, a inni - po prostu całe życie. Tutaj można przyjść i po południu, i wieczorem, szukając rozrywki, ale także kontynuując w bibliotece trud zaczęty rano w sali wykładowej. A kto przyjedzie z Ligoty do centrum Katowic dwa razy w ciągu dnia? Szkoda, że pośpieszne decyzje w sprawie uruchomienia Uniwersytetu Śląskiego w 1968 r., a potem nieprzemyślane decyzje inwestycyjne doprowadziły do tego, że zamiast zbudować przyzwoite centrum akademickie, najlepiej z dala od śródmieścia, mamy teraz to co mamy: dzielnicę uniwersytecką, która po wyjściu ostatniego petenta przypomina dzielnice urzędów z ich posępnym urokiem nekropolii.

Owszem, życie nie do końca zamiera w pobliżu uczelni, lecz nie jest to rodzaj życia godny filozofa. Przez wiele lat zjawisko tzw. ,,uniwersytutek” było traktowane, co tu dużo mówić, niezbyt poważnie. Początkowe zaskoczenie ustąpiło przyzwyczajeniu, a ostrze ewentualnego protestu natychmiast było tępione rytualnym zaklęciem obrońców wolności: ,,przecież to nie jest sprzeczne z prawem”. Dzięki takiej wykładni władzom miasta i policji wygodnie było umywać ręce; zapewne w innych rejonach zmartwienia były o wiele poważniejsze. Sarkanie profesorów, którym Pan Bóg dał mądrość, lecz oderwał od rzeczywistości, nie mogło wzruszyć realistów w urzędach i komendach, bo, poza wszystkim, ileż to głosów przysporzy popularność wśród uczonych? Z pewnością w przekonaniu władz nie pomaga też chimeryczna postawa społeczności akademickiej, której jedni członkowie domagają się kontroli zezwoleń na parkowanie w obrębie ,,campusu”, a inni wolą utrzymywać stan parkingowej anarchii. Tak więc na wszelki wypadek władze od lat ograniczały się do rutynowych zapewnień, że gorzej nie będzie. Czas płynął, a zgorszenie zaczynało ustępować przyzwyczajeniu. Stan oblężenia ,,campusu” trwał, a niektórzy nawet próbowali dostrzec płynące stąd korzyści. Mówiono na przykład, że alfonsi zapewniają nam ochronę przed innymi przestępcami, bo nie chcą na swoim terenie kłopotów z policją. To jednak nie była prawda. Obok przypadków zwykłego chuligaństwa, objawiającego się w wycinaniu słupków parkingowych, dochodziło też do włamań i kradzieży w pomieszczeniach uczelni, a więc ów rzekomy parasol mocno był dziurawy. Słychać też było o zaczepkach pod adresem naszych pań, które nie mogły spokojnie czekać na mężów, żeby nie narazić się na napaści ze strony nierządnic lub ich towarzystwa. Podobno kogoś pobito, gdy zwrócił uwagę, że osoby postronne nie powinny krążyć po uczelnianych gmachach. Ale to wszystko świadczyło być może o naszym przewrażliwieniu. Jednak kule, które ugodziły śmiertelnie owego młodego człowieka nie są iluzją

Często podaje się przykład amerykańskiej prohibicji, żeby uzasadnić pogląd, iż pochopna kryminalizacja jakiegoś czynu może doprowadzić do gwałtownego i wymykającego się spod kontroli wzrostu bandytyzmu. Jednak są zachowania niesprzeczne z prawem - jak owa prostytucja pod uczelnią - które prędzej czy później prowadzą do gangsterstwa. Nie jest prawdą, że wszystko, co nie jest zakazane jest dozwolone w każdym miejscu i czasie (ostatnio na przykład przeczytałem, że pewien młody człowiek został ukarany przez kolegium d/s wykroczeń, ponieważ zbyt głośno krzyczał ,,brawo” podczas wiecu wyborczego prez. Kwaśniewskiego). Jeśli wszystko jest w porządku, to myślę, że klienci prostytutek nie będą mieli nic przeciwko legitymowaniu ich przez policyjne patrole. Nie ukrywam, że liczę jednak na ich instynkt samozachowawczy i wierzę, że po miesiącu regularnego nękania w ramach prawa, dzielnica uciech zmieni adres.

Ten artykuł pochodzi z wydania: