Ludzie za mgłą

W KRAJU RYBAKÓW I POETÓW

Lucjan Wolanowski

Wstydzę się bardzo, ale muszę przyznać, że w Islandii zjawiłem się bez przygotowania tematu, czy tematów. Wstydzę się, bo w mym zawodzie reportera – taka znajomość jest podstawą działania. Reporter mianowicie musi się liczyć z tym, że gdy zadaje głupie pytania – czyli zdradza swą ignorancję – to może się spodziewać głupiej, lekceważącej odpowiedzi.

Omawiając którąś z mych książek Stefan Kisielewski napisał, iż wydaje mu się, że ja jadąc do jakiegoś kraju – już wiem o nim więcej niż wielu z tych, którzy stamtąd wracają...

Tym razem tajemnica warsztatu była prosta. Miałem wracać do kraju z reportażu z północnej Norwegii. Zaradny agent biura podróży zwrócił mi uwagę na fakt, że islandzkie linie lotnicze nie należą do żadnej organizacji regulującej ceny biletów, czyli że ze względów konkurencyjnych stosują znacznie niższe stawki. Innymi słowy, gdybym mój voucher wykorzystał do przelotu linią islandzką, to miałbym znacznie więcej kilometrów do wykorzystania. No i mógłbym też zatrzymać się w Islandii...

wulkan
Erupcja wulkanu Hekla

Trzeba się było szybko decydować. Już w samolocie sięgnąłem po folder reklamowy. Między zachwytami nad hotelami i biurami turystycznymi – wygrzebałem informacje, że lecę na wyspę na Atlantyku, powierzchnia mniej więcej jedna trzecia polski, ludność (wtedy) ok. 200 tysięcy osób, język islandzki, stolica Reykjavik. Liczne wulkany (Hekla), gejzery i lodowce (Vatnajökuli). Klimat umiarkowany, chłodny. Rybołówstwo, hodowla owiec. Kolonizowana od drugiej połowy IX wieku. W 1262 opanowana przez Norwegów, od 1380 pod panowaniem Danii. Od 1918 – niepodległe państwo, połączone z Danią unią personalną – ale osobny rząd i parlament. W czasie II wojny światowej garnizony najpierw brytyjskie a potem amerykańskie.

To była moja skromna wiedza, gdy zapowiedziano, że samolot podchodzi do lądowania i zapaliły się światełka nakazujące zapięcie pasów...

autograf
Autograf Halldóra K. Laxnessa (1902-1998),
Islandczyka, laureata Nagrody Nobla
w dziedzinie literatury z 1955 roku
(ze zbiorów Mariusza Kubika)

Polskim konsulem honorowym był wtedy pan Finboje Kjartansson. Gdy szukałem jego telefonu, miałem mój zasób wiedzy uzupełnić jeszcze o wiadomość, że Islandczycy nie mają nazwisk... Mają imiona i „otczestwo”. A więc, na przykład ja nazywałbym się Lucjan Henriksen, czyli Lucjan syn Henryka, ale już moja córka nie nosiłaby nazwiska Henriksen, tylko Anna Lucjansdottir, czyli córka Lucjana. Noblista Halldõr K. Laxness, to nazwisko „eksportowe”, bo laxness to jeziorko, w którym łowił łososie...

Gejzery
Gejzery - stały element krajobrazu Islandii

Lata minęły od mego spotkania z panem konsulem, ale dalej wspominam jego życzliwość. Studiował w Polsce jeszcze przed wojną, mówił biegle po polsku, a że był szanowanym biznesmenem – więc jego wybór był niejako oczywisty. Zawdzięczam mu pierwsze wejście w islandzką rzeczywistość, a mianowicie rejs z flota rybacką... To nie było takie proste. Szyper kutra walczył jak lew, abym został na lądzie... Trzeba to zrozumieć i... pogodzić się z tym. Rybołówstwo ma swoje tajemnice, ma obszary, gdzie opłaca się łowić. Kto wie, może ja jestem znawcą w tej dziedzinie, może chcę podpatrzeć ich metody? To samo działo się wiele lat później, gdy pływałem z australijską flotą wielorybniczą. Obcy na pokładzie nie jest dobrze widziany.

Wreszcie uwierzono mym zapewnieniom, że nie jestem nawet wędkarzem. To była burzliwa noc, gdy odziany w wypożyczone kilka warstw ciepłej odzieży stałem na pokładzie i oglądałem znikające światełka osad na wybrzeżu.

wodospad
Gullfoss - złote wodospady

Dramat śmierci wielkich dorszy jest wielkim widowiskiem. Ogromne ryby już wyłowione z sieci na pokład – rzucają się na swych towarzyszy niedoli, jakby chciały się nasycić głód w tym ostatnim odruchu. Rybacy z wielkimi maczetami, jakby do żniw trzciny cukrowej – wędrują między kolejnymi transportami dorszy i przecinają im kręgosłup poniżej łba jednym celnym uderzeniem. Prawo nie dopuszcza, aby ryba „usnęła”, musi zostać zabita zaraz po wyciągnięciu z wody, inaczej nie nadaje się do konsumpcji, ale tylko do przetworzenia na mączkę, czyli ze stratą dla rybaka. Tam się nic nie marnuje. Islandczycy mówią, że nie potrafią wykorzystać tylko zapachu ryby, wszystko inne da się sprzedać...

Nad ranem pokład zalany jest krwią. W ładowniach jest jeszcze miejsce. Echo – sonda namierzyła kolejną ławicę, nikt nie myśli o wypoczynku. Kilka kubków bardzo mocnej kawy i pościg za zdobyczą trwa dalej. Jestem już tolerowany na pokładzie, gdy zbliżam się do grupki rybaków, zaraz przechodzą na angielski, abym wiedział o czym mówią. Znajomość tego języka jest powszechna, filmy amerykańskie i brytyjskie idą w wersji oryginalnej, nie opłaca się przekład. Młody rybak pokazuje mi ledwie widoczne we mgle chatki na wybrzeżu, opowiadając o ich tradycji i ludziach, którzy je zamieszkują... Czy w tym kraju wszyscy się znają?

Domy
Charakterystyczna zabudowa - domy kryte darnią i mchem

Ten sam po kilku dniach przynosi mi do hotelu zaproszenie na swe wesele. Siedzę w tym towarzystwie, sąsiedzi zwracają się do mnie po angielsku. Pan młody wstaje i czyta jakieś teksty, po każdym obecni biją brawo... Sąsiad mi wyjaśnia: to są wiersze, które pan młody napisał dla swej żony jeszcze w okresie narzeczeństwa...

Poezja była żywiołem tych ludzi. Mówi się, że w średniowieczu Islandia wysyłała swych poetów na dwory królewskie i magnackie na lądzie Europy. Co kilka lat zjawiali się znów w ojczyźnie, aby na zebraniach ludowych opowiedzieć o tym, co działo się w krajach, w których tworzyli. A przecież wtedy rejs na Islandię to nie była podróż odrzutowcem, ale niebezpieczna wyprawa przez wzburzone fale północnego Atlantyku...

Opowieści poetów były skrzętnie notowane. Tam zachował się każdy papierek, ich wojna nie dotknęła. I gdy są jakieś luki w kronikach historycznych na naszym kontynencie, to wiele wątpliwości wyjaśnić można studiując zapiski islandzkich poetów. Naturalnie trzeba opanować ich język, wywodzący się z norweskiego, ale nawet pewne litery, jak na przykład „d” ze spłaszczonym jakby wierzchołkiem – są odmienne.

Gejzery są obłaskawione i dostarczają obfitość gorącej wody do domów islandzkich osiedli. Nie ma więc kominów, powietrze jest orzeźwiająco czyste. Zwały śniegu otaczały pływalnię pod gołym niebem, kiedy szedłem, aby tam popływać. Gorąca woda jest studzona, kłęby pary tworzą jakby mgiełkę. Lekka mgła będzie mi się zawsze kojarzyć z Islandią, zupełnie niespodziewanie obłok „zjeżdża” na ziemię, niby dekoracja teatralna. Ulica nawykła do takiego widowiska porusza się normalnie, tylko ja zatrzymuję się zafascynowany niezwykłym widokiem. Po kilku minutach – obłok unosi się w górę...

Kto wie, może to dziwne światło skłania tych wykształconych i cywilizowanych ludzi do wiary w zjawiska nie z tej ziemi? Za mego pobytu, przed sądem w stolicy toczyła się sprawa, która mnie interesowała, ale która dla Islandczyków nie była czymś niebywałym. Na ulicy zasłabł i zmarł pewien mężczyzna. były problemy z dziedziczeniem, bo nie udało się odnaleźć jego testamentu. Sędzia zarządził seans spirytystyczny, w czasie którego zmarły wskazał... skrytkę w jego biurku. Tę otwarto komisyjnie i znaleziono potrzebny dokument.

W czasie wojny Islandia była bardzo ważnym przystankiem na szlaku konwojów, płynących z Kanady czy USA z zaopatrzeniem dla ZSRR do portu w Murmańsku. Szlak bardzo niebezpieczny, całe stada – tak to się nawet nazywało – hitlerowskich okrętów podwodnych czatowało na trasie, aby odciąć zaopatrzenie dla ówczesnego sojusznika demokracji. Pan Finboje opowiadał mi, że w konwojach były dość często polskie statki i on opiekował się marynarzami. Pewien konwój – wspominał – zawinął 3 maja. Marynarze z orkiestrą przeszli przez miasto do rezydencji konsula, gdzie było przyjęcie. Trwało ono czwartego i piątego maja dalej, szóstego sąsiedzi po trzech bezsennych dobach wezwali policję. Marynarze tłumaczyli, iż Polacy są takim bohaterskim narodem, że praktycznie mają codziennie święto narodowe...

Inne wspomnienie konsula nie było już tak zabawne. W alianckim konwoju był polski statek „Wilia”, zbudowany jeszcze przed I wojną światową i mający swe najlepsze lata już dobrze za sobą. Po krótkim postoju, nabraniu paliwa i uzupełnieniu zapasów wody, czy prowiantu – konwój ruszył w drogę. Była zarządzona całkowita cisza radiowa. „Wilia” wypadł z szyku, uderzył w skałę podwodną i zatonął z całą załogą.

Notuję uważnie relację o tej tragedii i coś mi się nie zgadza.

- Pan konsul wspomina, że już w poniedziałek poczynił przygotowania do pogrzebu, a morze zwróciło pierwsze ciała polskich marynarzy dopiero w środę

- Zgadza się. Ale w niedzielę w nocy pojawił mi się we śnie kapitan „Wilii”, opowiedział, co się stało, pokazał ranę na skroni i prosił, aby po wojnie zawiadomić rodzinę w Polsce...

Fotografie ze zbiorów autora

Ten artykuł pochodzi z wydania: