O rzeczach niewłaściwych

Każdy, kto ma okazję (lub jest zmuszony) słuchać radia przez dłuższy czas, zwłaszcza w pewnych porach dnia, na przykład rano, szybko zaczyna odczuwać znużenie powtarzanymi przez spikerów z różną częstotliwością (czasem nawet raz na kwadrans) wiadomościami. Rzecz w tym, że są to za każdym razem wiadomości te same, podawane tym samym tempem (czasem szybkim, wtedy pół biedy, bo się nie zwraca na nie uwagi), tym samym tonem, z tymi samymi błędami (zwłaszcza redakcje warszawskie cierpią na chroniczną niezdolność do poprawnego reprodukowania nazw miejscowości z tzw. terenu, co słuchacza pochodzącego z danego obszaru może doprowadzić do białej gorączki). Tak więc już po godzinie takiego słuchania umiemy te wiadomości niemalże powtórzyć na pamięć, a przełączenie się na inną stację też nie pomaga, bo tam znowu te same newsy, tylko może innym głosem i z innymi błędami podane. A gdy wieczorem siądziemy przed odbiornikiem telewizyjnym, już możemy recytować niemal równo z Gugałą, Pochanke czy Durczokiem, a jeśli jeszcze mamy talent parodystyczny i nauczymy się naśladować ich dziwaczne miny, gesty i ruchy, moglibyśmy wręcz pomyśleć, że bylibyśmy w stanie ich w okienku zastąpić - i nawet nie trzeba by nam było promptera; wszak już wszystko umiemy na pamięć. No, może tylko pseudodowcipne komentarze do poszczególnych materiałów, które stały się nieodłączną częścią programów informacyjnych, tak dobrze nam nie wychodzą, bo nie mamy sztabu ludzi, którzy by je nam pisali.

Są jednak informacje, które przez media przelatują lotem błyskawicy. Taka mgławicowa wiadomość przemknęła tym razem przez Internet; gdybym nie włączył przypadkowo komputera pewnego dnia w porze popołudniowej i nie otworzył strony "Rzeczpospolitej", gdzie się ona pojawiła w rubryce "Z ostatniej chwili", nigdy bym się nie dowiedział, że w Warszawie zebrało się grono uczonych socjologów (a z pewnością były wśród nich również i socjolożki - ten słowotwórczo-feministyczny produkt współczesnych czasów), którzy zastanawiali się nad tym, dlaczego ośrodki badania opinii publicznej poniosły w ostatnich wyborach klęskę, prognozując wyniki dokładnie odwrotne od rzeczywistych. Odpowiedź, jaką uczeni socjologowie (i socjolożki) znaleźli, okazała się dziecinnie prosta. To nie ośrodki badań popełniły błąd. Winni są ludzie, którzy "podawali fałszywe informacje na temat swoich preferencji wyborczych", czyli, mówiąc po ludzku, wstydzili się przyznać, że głosowali na PiS i Kaczyńskiego. Na tym skrótowa informacja się kończyła. Spodziewałem się jej rozwinięcia w wieczornych dziennikach telewizyjnych - tymczasem nic. W gazetach następnego dnia - cisza. Wiadomość zniknęła, jakby ją pożarł jakiś robak komputerowy czy inny wirus.

Rys. Marek Rojek
I teraz nie wiem, czy grono uczonych socjologów (i socjolożek) poprzestało na wspomnianej wyżej konstatacji, czy też może zdobyło się na to, by zapytać, dlaczego to mianowicie ludzie mówili ankieterom nieprawdę. Bo przecież z pewnością nie po to, by ośrodkom badania opinii, a wraz z nim uczonym socjologom (i socjolożkom) zrobić na złość.

Odpowiedź tymczasem na to pytanie wydaje się dziecinnie prosta i fakt, że socjologowie (i socjolożki) jej nie podali do wiadomości, tylko ową oczywistość potwierdza. Nie trzeba być specjalnie bystrym obserwatorem życia społecznego w Polsce, by się zorientować, że pewne poglądy wypada publicznie artykułować, by być ogólnie akceptowanym, inne - wręcz przeciwnie. Jeśli zwolennik jakiejś partii słyszy od rana do nocy w mediach (od dziennikarzy, komentatorów, także zaproszonych do studia "socjologów medialnych", którzy - jak nigdy dotąd - w ostatniej kampanii występowali niby jako niezależni eksperci, choć w rzeczywistości byli członkami komitetów wyborczych, a nawet - z powodzeniem - kandydowali do parlamentu), że partię tę popierają np. "ludzie słabo wykształceni, z małych miejscowości, o postawach roszczeniowych, zamknięci na nowe trendy, ograniczeni kulturowo, nietolerancyjni, ksenofobiczni, często niedostosowani do zmieniającej się rzeczywistości gospodarczej" i tym podobne epitety, to przecież zapytany przez młodzieńca z jakiegoś OBOP-u czy CBOS-u, na kogo głosował, odpowie w taki sposób, żeby w oczach swojego interlokutora uchodzić za osobę "z wykształceniem wyższym, o wysokiej stopie dochodu, otwartą na nowości, innowacyjną, tolerancyjną, zamieszkałą w mieście powyżej 300 tys. mieszkańców, dostosowaną do zmieniającej się rzeczywistości itp." Jest to mechanizm psychologiczny tak prosty, że z pewnością zrozumie go nawet uczeń szkoły średniej. Socjologowie (i socjolożki) zgromadzeni na naukowym konwentyklu z pewnością to wiedzą, a jeśli tego głośno nie mówią, to - używając utartego zwrotu - udają Greka (socjolożki może wolałyby udawać Greczynki, zostawiam to ich wyborowi).

Zjawisko, o którym piszę, nie dotyczy zresztą jedynie poglądów politycznych. Są koncepcje ekonomiczne, które warto głosić, i są takie, o których lepiej milczeć. Są postacie, które należy chwalić i takie, o których nie zwykło się pisać inaczej niż źle. Są tezy, których głoszenie jest mile widziane i może przynieść konkretne korzyści i takie, z którymi nie należy się wychylać. Nie napiszę, które to są, boć to przecież wszyscy wiedzą. Kiedyś zebrał je w książeczce pt. "Vademecum Europejczyka" Piotr Wierzbicki, po latach można powiedzieć, że ów katalog jest wciąż aktualny, zmieniły się tylko szczegóły. Sam zaś Wierzbicki za swoje występki srogą poniósł karę: wskutek jakichś tajemniczych machinacji, których istotę trudno zwykłemu człowiekowi przeniknąć, bo, jak to u nas bywa, każda ze stron podaje dokładnie odwrotną wersję wydarzeń, ten bezkompromisowy (wydawałoby się) publicysta, autor "Traktatu o gnidach", najwybitniejszego polskiego pamfletu, wymierzonego w tzw. lewicową inteligencję, skończył jako felietonista organu wydawanego (w każdym razie firmowanego) przez tę samą lewicową inteligencję, z którą wcześniej toczył fundamentalne spory ideowe. Jego zaś zastępczyni, kobieta równie bezkompromisowa, a w pisaniu może jeszcze bardziej agresywna, na pewno zaś mniej wyrafinowana, wylądowała przy Czerskiej jako szeregowa pracownica redagowanego tam "dziennika środka", a w istocie quasi-tabloidu. Będzie teraz mogła ze swoim wałkiem (dla niewtajemniczonych: to rekwizyt jej rubryki w poprzednim miejscu pracy) uganiać się po istniejących podobno w tym budynku korytarzach pionowych za swymi dawnymi antagonistami, żeby dać im po głowie. O ile ochrona jej wcześniej nie unieszkodliwi.

Fakty przypomniane w akapicie poprzednim można by uznać za przestrogę, że już samo pisanie o tym, że są rzeczy uznawane ogólnie za niewłaściwe, jest niewłaściwe i niebezpieczne. Siłą rzeczy i niniejszy felieton okazuje się niewłaściwy. Dlatego kończę go czym prędzej i z nadzieją, że może nie za bardzo narozrabiałem.

Piotr Żmigrodzki

Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania
NiesklasyfikowaneW sosie własnymBez przypisówWydawnictwo Uniwersytetu ŚląskiegoKronika UŚStopnie i tytuły naukoweOgłoszeniaNiesklasyfikowane
Zobacz stronę wydania...