(O pracowniach internetowych na Wydziale Filologicznym c.d.)

Elektroniczna zabawka czy dalekowzroczna inwestycja?

W styczniowym numerze Gazety Uniwersyteckiej ukazał się tekst Wylogowanej ("GU" 4/2002) poświęcony sprawie korzystania przez studentów z pracowni komputerowej na Wydziale Filologicznym. Z artykułu napisanego w nieco żartobliwym tonie przebija, powiedział bym - dziecięcoufne - spojrzenie na świat. Jakkolwiek popieram zgłoszony przez autorkę postulat szerszego dostępu do Internetu, to jednak uważam, że przedstawione przez nią argumenty są nie do przyjęcia. Nie dziwię się więc, że nie przekonały one pani prof. Elżbiety Gondek, która "odpowiada" Wylogowanej w ostatnim numerze Gazety ("GU" 6/2002). Poza tym również ta wypowiedź mnie nie przekonuje.

Nie wiem czy nie ma zwyczaju odpowiadania w prasie na anonimy, jak napisała pani profesor. Wiem, że jeśli pojawia się krytyka funkcjonowania jakiejś instytucji, to obowiązkiem jej kierownika (lub kogoś oddelegowanego do tego celu) jest na tę krytykę w sposób rzeczowy odpowiedzieć. Prasa i w ogóle media istnieją między innymi po to, żeby sprawy dotyczące szerszego gremium a jednocześnie konfliktowe przedstawiać i poddawać pod publiczną dyskusję. Są też po to, aby umożliwić wszystkim stronom zabranie głosu. I nie ma tu znaczenia, czy autor listu do redakcji podpisuje się pełnym imieniem i nazwiskiem czy też pozostaje ukryty pod pseudonimem. Jeżeli redakcja przyzwoitej gazety uznała zasadność publikacji takiego listu, to niezależnie od stopnia anonimowości zasługuje on na uwagę. Jeśli ktoś, z jakichkolwiek względów, chce pozostać incognito - jeżeli nie narusza niczyjej czci i dobrego imienia - wolno mu. Poza tym artykuł Wylogowanej tym bardziej zasługiwał na odpowiedź, że pod jej tekstem znalazł się dopisek Redakcji informujący o tym, że "nie jest to jedyny głos, jaki dotarł [...] w tej sprawie" (Inną sprawą jest, że przynajmniej dla pani profesor artykuł Wylogowanej nie był anonimowy, co sama przyznaje!).

W każdym razie odpowiedź, choć nie bez oporów, ukazała się. I cóż w niej znajdujemy? Przede wszystkim na początku dowiadujemy się, iż "każdy rozsądnie myślący człowiek domyśli się, że pewne decyzje podejmowane są w szczególnych sytuacjach". Po tym enigmatycznym wstępie następuje ogólne ubolewanie nad kondycją finansową polskiej nauki, które pani profesor kończy pochwałą wysokiej świadomości kadry naukowej, która wręcz z własnej pensji funduje studentom drogi sprzęt. Jeżeli tak jest istotnie i nauczyciele akademiccy DOBROWOLNIE przekazują na rozwój uczelni część swoich dochodów to gratuluję. Jednak nie sądzę. To chyba raczej dalekowzroczna, prorozwojowa polityka władz uczelni wymusza pewne rozwiązania finansowe. Ogólny stan polskiej gospodarki jest zły i naukowcy nie są jedyną grupą społeczną, która nie zarabia tyle, ile powinna. Równie dobrze można powiedzieć, że jeśli mamy nowoczesną salę operacyjną to dzięki lekarzom, którzy część zarobków przekazują na ten cel lub są dwukrotnie opodatkowani.

Jeśli chodzi o sprawę Internetu, to można odnieść wrażenie, że pani Prodziekan w ogóle "nie czuje" problemu. Dlatego zapytam konkretniej: Czy opłaty za łącza internetowe są zależne od ilości odebranych kilobajtów? Czasu spędzonego "on-line"? Czy komputer zużywa olbrzymią ilość energii elektrycznej? Czy w przerwach między zajęciami komputery są wyłączane? Czy ktoś przeprowadził może kosztorys: ile kosztuje godzina pracy pracowni komputerowej? Łącza internetowe nie są za darmo, a korzystanie z nich? Odnoszę wrażenie, że niezależnie od ilości czasu spędzonego w Internecie koszta są równe lub prawie równe.

Być może są jakieś inne czynniki, które uniemożliwiają szerszy (poza zajęciami) dostęp do sieci? Jakie? W tekście p. Elżbiety Gondek nie ma o nich mowy.

Szkoda też, że styl w jakim została sformułowana odpowiedź jest daleki od życzliwości, nawet jeśli skierowanej do nierozsądnych i infantylnych studentów (morały proponuję zostawić bajkom i - ewentualnie - kaznodziejom). Postawa wyższości i absolutnej racji jest chyba obca tej instytucji, jaką jest uniwersytet?...

"Nic nie jest za darmo" - pisze prof. Elżbieta Gondek. Nie zgadzam się. Schematyzm, krótkowzroczność i brak szerszego spojrzenia są za darmo. Można czerpać pełnymi garściami.

Autor jest studentem Wydziału Filologicznego UŚ. Imię i nazwisko jest znane redakcji "GU".

* * *

Pisząc artykuł pt. "Elektroniczna kość niezgody", który ukazał się na łamach styczniowego numeru "Gazety Uniwersyteckiej", nie spodziewałam się , iż wywołam taką reakcję. Mój tekst jest subiektywną relacją osoby niezorientowanej w polityce uczelnianej, aczkolwiek jego treść opiera się głównie na faktach. Tym bardziej jest mi przykro, iż fakty, które prof. Gondek przytoczyła w swojej wypowiedzi ["GU" 2002, nr 6(95)] są sprzeczne z prawdą, ponieważ nigdy nie miałam przyjemności rozmawiać z Panią Prodziekan w tej, ani jakiejkolwiek innej sprawie.

WYLOGOWANA

Autorzy: K.A.
Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania