O niebezpieczeństwach żartowania

O tym, że opowiadanie żartów nie jest zajęciem bezpiecznym, niejeden się już przekonał. Zawsze bowiem istnieje obawa, że ktoś nasz dowcip zrozumie opacznie albo wcale, albo poczuje się nim urażony, i wtedy mogą nas spotkać przykre konsekwencje. Dodatkowo, w związku z rozwijającym się zjawiskiem tzw. politycznej poprawności, liczba żartów "bezpiecznych" coraz bardziej maleje, bo nie wiadomo, czy jakaś "mniejszość" nie poczuje się naszym żartem, choćby był najniewinniejszy w świecie, dotknięta i da temu wyraz w sposób dla nas nieprzyjemny. A nawet żart niewinny może wywołać burzę. Gdy niedawno na odwrocie wieczka serka waniliowego zamieszczono głupawy limeryk o młodej małżonce z Dąbrowy Górniczej, co to zamiast obiadu podaje mężusiowi ów serek, feministki ze Śląska gorąco zaprotestowały na forum lokalnej gazety, a protest dotarł i wyżej, bo nawet rzecznik wielkiego koncernu poszedł do Canossy i zaczął się głupawo tłumaczyć, że wszystkiemu winna agencja reklamowa, a w ogóle to już ta partia serków została przez ludność skonsumowana, a więc "grzech" się więcej nie powtórzy. Feministki te poczuły się urażone dwojako: po pierwsze mianowicie jako kobiety, po drugie zaś - jako Ślązaczki,

Rys. Marek Rojek
którym jakoby autorzy wierszyka psują opinię w oczach mieszkańców pozostałej części kraju (feministki ze Śląska oczywiście biorą pod uwagę, że Dąbrowa Górnicza to nie Śląsk, ale Zagłębie, więc w głębi ducha mogłyby się z tego wierszyka cieszyć, wiedzą wszak też dobrze, że przeciętny Polak takich niuansów nie dostrzega i sugerowana głupota obciążyłaby również młode mężatki z drugiej strony Brynicy; a te przecież nigdy by nie podały zamiast obiadu serka waniliowego, choćby najsłynniejszej marki, do której serki innych firm nie umywają się tak pod względem koloru, konsystencji, jak i smaku).

Są jednak i żarty pod innym względem niebezpieczne, a mianowicie proroctwa - będące wykwitem czyjegoś wisielczego humoru - które w niedalekiej przyszłości się spełniają. Gdy kilka lat temu wprowadzono obowiązek wyposażenia samochodów osobowych w gaśnice, a potem fotelików dla dzieci, jeden z felietonistów, napisał zjadliwie, że niedługo ustawodawcy każą kierowcom wozić ze sobą sztuczną nerkę. Był to oczywiście argument ad absurdum. Ale...

Kilka tygodni temu w serialu "Klan", starsza z Lubiczówien, która - ku zdziwieniu rzesz internautów - mimo niewybitnej urody i rażącego braku tzw. "warunków" (najlepsze "warunki", jak wiadomo z reklamy, ma pewna dziewczyna z Simplusa), wprost nie może się opędzić od adoratorów w różnym wieku, podróżując w towarzystwie swojego aktualnego przyjaciela (i szefa zarazem) - dla niepoznaki jechali każde swoim samochodem - uratowała na drodze życie przygodnego kierowcy, który zasłabł. Uczyniła to za pomocą urządzenia zwanego defibrylatorem, służącego do przywracania akcji serca, a które to urządzenie miała akurat przy sobie (albo też miał jej luby, dokładnie nie pamiętam). Następnie wygłosiła do widzów (boć przecież nie do nieszczęsnego przyjaciela-szefa) tekst: uważam, że takie urządzenie powinien wozić ze sobą każdy kierowca.

W tym miejscu poczułem się niepewnie. Jak znakomicie wiadomo, "Klan" - choć w warstwie fabularnej nie mający z realizmem wiele wspólnego (co możemy osądzić choćby na podstawie sposobu, w jaki jest tam przedstawiony uniwersytet oraz panujące na nim stosunki i zwyczaje) - bywa wszak narzędziem delikatnej propagandy, zwykle dotyczącej tzw. spraw społecznych, zwłaszcza zdrowotnych (były tam już np. opiewane przenośne dializatory, na które następnie zbierała pieniądze Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy; "chorowaliśmy" z bohaterami na alzheimera, depresję, AIDS i WZW, obecnie m.in. "leczymy" się na prostatę, usuwamy znamiona barwnikowe, uczęszczamy do szkoły rodzenia), niekiedy też czysto komercyjnej (vide zeszłoroczne zakupy w Biedronce). Gdy więc bohaterka serialu głosi o konieczności wyposażenia każdego kierowcy w defibrylator - cóż to może znaczyć? Czy to tylko zachęta (dyskretne propagowanie defibrylatorów trwa tam od dłuższego czasu, co zauważy każdy śledzący fabułę)? Czy może znak, przygotowanie tego, że już w stosownym ministerstwie jakiś starszy specjalista, czy tzw. legislator, pisze ustawę o tym, że każdy kierowca ma wozić w samochodzie zestaw do reanimacji od 1 stycznia 2006? A potem tę ustawę pozytywnie zaopiniuje znana mediom przedstawicielka Instytutu Transportu Samochodowego (pani ta, od lat skwapliwie uzasadniająca w mediach kolejne posunięcia prawodawców, zwiększające obciążenia kierowców, jest w swoim dziele tak zawzięta, że już kiedyś zacząłem przypuszczać, iż może mści się ona na wszystkich kierujących za to, że nie była w stanie zrobić prawa jazdy lub udało się jej to dopiero za którymś razem). Sejm, mimo licznych głosów protestu, przegłosuje, senat zatwierdzi, pan prezydent podpisze a potem... potem będzie tak jak zawsze. Producent defibrylatorów, oczywiście wyłoniony w przetargu, będzie miał kłopoty z dostarczeniem na rynek tylu urządzeń, by starczyło dla kilku milionów samochodów. I znów powtórzy się moja niegdysiejsza udręka, gdy, jako przesadny legalista, postanowiłem się zaopatrzyć w terminie w gaśnicę. Objeździłem, pamiętam, pół województwa (ale jeszcze przed ostatnią reformą, więc mniejszego niż dziś), wszystkie stacje benzynowe i sklepy motoryzacyjne, wszędzie zastając gaśnice wykupione. Potem to samo powtórzyło się z fotelikiem dla dziecka. Aby być w zgodzie z przepisami, po długich poszukiwaniach kupiłem jakiś fotelik przesadnie drogi, bo dopiero w kilka miesięcy po wejściu w życie obowiązku wożenia dzieci w fotelikach producenci zarzucili rynek tanimi artykułami. Ten - dodać muszę - przynajmniej się przydał, bo następnego dnia po zainstalowaniu fotelika, jadąc z dzieckiem już przepisowo zapiętym, uczestniczyłem w "kolizji", na szczęście niegroźnej. Co do gaśnic, kilka miesięcy po wejściu w życie obowiązku ich posiadania przeczytałem w jakimś poradniku, że gdy się auto zapali, należy... w żadnym razie nie próbować go gasić posiadaną gaśnicą, która jest za mała, by gaszenie się udało, tylko wysiadać i uciekać. No więc, kiedy już zdobędę defibrylator i poddam się (obowiązkowemu) szkoleniu, jak go używać, pewnie stanie się coś, co sprawi, że cały ten wysiłek okaże się daremny.

Taką wizję zobaczyłem oczami wyobraźni i postanowiłem się nią podzielić, będąc pewnym, że pozostanie tylko wytworem mojej fantazji.

P.S. Czytelnik tego felietonu zorientował się, jak sądzę, że oczywiście nie mam nic przeciw defibrylatorom jako takim i ich wprowadzeniu do powszechnego użycia. A jeśli wrażenie odbiorcy jest inne, tedy kiepski ze mnie felietonista, co nie potrafi przelać myśli na papier w sposób wystarczająco jasny, i zamiast zapełniać łamy "Gazety Uniwersyteckiej" swoimi tekstami, powinienem poszukać sobie lepszego zajęcia.

Piotr Żmigrodzki

Autorzy: Piotr Żmigrodzki, Rys. Marek Rojek
Ten artykuł pochodzi z wydania: