Walizka

Dobry felieton to, przynajmniej dla mnie, walizka spakowana tak, że nie da się do niej upchnąć nawet jednej dodatkowej skarpetki. I jednocześnie udająca podręczny neseser, w którym mamy tylko chusteczkę do nosa, miętowe dropsy i plan miasta.

Czytam po raz kolejny tę wypowiedź pani Kingi Dunin ("Press" nr 9/2003) i cmokam z zachwytu nad trafnością tego spostrzeżenia. A im częściej czytam, to tym bardziej rośnie we mnie złość na samego siebie. Jej felietony - faktycznie eleganckie neseserki z delikatnej cielęcej skórki, pachnące niczym Elizabeth Arden, Pierre Cardin i Giorgio Armani, jadący jedną windą. Wszystko zgrabnie poukładane, zaprasowane, sterylne... I nikt się nawet nie spodziewa, że czasem pod chusteczką, miętówkami i planem miasta schowana jest cegła lub łom. Patrzę na swoja pustą kartkę papieru i obrzydzenie mnie bierze na samą myśl, jak zapakować moją ohydną walizę. Waliza jest tekturowa z wiecznie otwierającym się zamkiem, a jej okres świetności przypadał na czasy... Bzdura, nigdy nie miała swojego okresu świetności! Mimo że pozornie jest pakowna, to i tak wiem, że już przy drugim akapicie będę musiał udeptywać jej zawartość, a jednak zawsze coś będzie wystawało. A to podejrzanej świeżości anegdota. A to obstrzępiona od ciągłego używania aluzja. A to metafora sprana do granic możliwości.

Neseserek pani Kingi wyściełany, miękkim, przyjemnym w dotyku materiałem, aż prosi się by powierzać jego wnętrzu rzeczy cenne, obce motłochowi. Moją walizę wyklejoną papierem w zielone kwiatki chroni dodatkowo pożółkła ze starości "Trybuna Robotnicza" z pyszniącym się tuż pod winietą zdjęciem, na którym dwaj dżentelmeni (sic!) w obleśnym uścisku wymieniają wielce pożądliwe spojrzenia, a wzrok ten zdaje się mówić:

- Spoko Wiesław ?

- W porzo Nikita. W porzo, bez ściemy. (Niech wreszcie i młodzi czytelnicy coś z tego zrozumieją).

W czasach, kiedy wiadomości z tej gazety były aktualne, o jednym z bohaterów zdjęcia krążyła pewna anegdota (opowiadający ją zaklinał się że autentyczna, choć ja za bardzo w to nie wierzę). Otóż podczas oficjalnego przemówienia miały ponoć paść znamienne słowa: Nie będziemy tolerować wichrzycieli żądających pieniędzy za wykonywaną pracę! Anegdotka to - jak widać - dość płaska, głupia nawet trochę, tym bardziej nie spodziewałem się, że wróci do mnie czkawką po tylu latach. Oto w "Gazecie Prawnej' (17.09.03.) Janusz K. Kowalski aż zakipiał z oburzenia na wieść o podwyżkach w jednostkach sfery budżetowej. Nim został przez redakcyjnych kolegów obezwładniony i przywiązany do fotela zdążył jeszcze wklepać do komputera dwa (na pierwszą stronę!) artykuły temu skandalowi poświęcone.

Dla Janusza K. Kowalskiego oraz wspierających go doktorów

Rys. Marek Rojek
Rys. Marek Rojek
(Jankowiaka z BRE Banku i Wyżnikiewicz - Instytut Badań nad Gospodarką), sfera budżetowa to niemal Targowica wbijająca nóż w serce Matki Polski, przy milczącej aprobacie rządu, nie panującego nad wydatkami. Jako jeden ze sprawców mordu, ze strachem biorę się do artykułu, który Janusz K. Kowalski podpisał tajemniczo JKK i cóż tam znajduję: Pracownicy budżetówki są i tak uprzywilejowani. Mają większą pewność zatrudnienia, wypłaty otrzymują w terminie. Tymczasem w wielu firmach wynagrodzenia wypłacane są w części i z opóźnieniem. I co panie Churchill, głupio panu teraz? To pan twierdziłeś, że: w kapitalizmie jest nierównomierny podział dóbr, a w socjalizmie równomierny podział niedostatku. Nie przewidziałeś pan polskiej drogi do kapitalizmu z równomiernym podziałem niedostatku.

Nie wiem jak płacą w "Rzeczpospolitej", ale na wszelki wypadek, gdyby ta większa Rzeczpospolita wzięła sobie do serca artykuły pana JKK, zawijam w "Gazetę Prawną" trzy kabanosy i pół litra "łąckiej" śliwowicy. To podstawowy zestaw służący do przetrwania w trudnych czasach. Od razu w mojej walizce robi się swojsko. Myślałem co prawda jeszcze o "Panu Tadeuszu", ale i tak mam bałagan niczym Hermenegilda Kociubińska w swojej torebce. Co poetka hermetyczna nosiła w torebce? Proszę odpowiedzi szukać u Gałczyńskiego. I to szybko, póki jeszcze Gałczyńskiego wolno czytać! Przezorni jednak na wszelki wypadek niech zadzwonią do Krakowa i zapytają. Sprawa nie jest taka oczywista, odkąd paru tamtejszych niedouczonych kretynów zażądało usunięcia z tego miasta wszystkich pamiątek po Boyu-Żeleńskim. Debilizm przedstawionych Boyowi zarzutów jest tak absurdalny, że poniżej mojej godności jest ich cytowanie, podobnie jak podawanie nazwisk owych tumanów (niech na zawsze okryje je pogarda milczenia), którzy rzecz całą wymyślili. I to gdzie? W Krakowie!! W Krakowie, w którym łatwiej spotkać na ulicy laureata Nobla czy kandydata do tej nagrody niż w Sztokholmie.

Norweski rysownik Blix (podaję za "Dziennikiem" K. Mętraka) zanotował w 1943 roku odzywkę Hitlera do Göringa: Wcale się nie dziwię wściekłości Szwedów. Jak wyrżniemy całą europejską inteligencję, to ładnie będą wyglądać ze swoją nagrodą Nobla. Na stokach Kadeckiej Góry podwładni Adolfa wyprzedzili w swych literackich upodobaniach Młodzież Wszechpolską rozwiązując problem Boya jednym strzałem. Naszym rodzimym kretynom pozostaje jedynie roztrzaskanie pomnika i spalenie książek. Od czegoś jednak trzeba zaczynać. Gdybym pisał o śmierci, toby mnie szanowano, ale ja się wygłupiam, więc jakże mają mnie nie lekceważyć. Tak narzekał Boy, nie wiedząc, że dzięki kilku matołom będzie traktowany ze śmiertelną powagą jako zagrożenie dla niewinnych polskich serduszek i maleńkich rozumków. Nie każdy ma takie szczęście. Marzę, żeby na mnie przynajmniej po śmierci napluli, tak jak francuska młodzież studencka na Anatola France`a. Śmierć nie daje przywilejów, umrzemy przecież wszyscy. (S. Kisielewski)

Nie ma artystów szczęśliwych (...). Ludzkie szczęście ma się do sztuki czystej nijak. Ta smutna refleksja Andrzeja Dudzińskiego ("Przekrój" 25.05.03) poparta jest jeszcze bardziej dramatycznym wyznaniem: Najchętniej spaliłbym wszystkie te rysunki, te pisma, w których mnie drukowano, i zaczął wszystko od nowa. Patrząc na te swoje - bez ładu i składu pisane bazgroły, też najchętniej zrobiłbym to samo. Zamykam swoją tekturową marnotę. Obwiązuję dla pewności paskiem. Ten pasek to też rzecz wielce symboliczna, taki mój "sznurek Montaigne`a": Przynoszę tylko wiązankę cudzych myśli. Ode mnie jest tylko sznurek, który je łączy.

P.S. "Głowa to jest jak walizka / Można do niej wszystko wciskać..." śpiewał przed laty Jacek Kleyff - nieświadom istnienia neseserków pani Dunin.

Ten artykuł pochodzi z wydania:
Spis treści wydania
NiesklasyfikowaneOgłoszeniaNiesklasyfikowaneWydawnictwo Uniwersytetu ŚląskiegoNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneStopnie i tytuły naukoweW sosie własnymNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowaneZ CieszynaKronika UŚNiesklasyfikowaneZ CieszynaNiesklasyfikowane
Zobacz stronę wydania...