Polska warcząca

Codziennie, niezmiennie, co rano, nad krajem niesie się głuchy warkot. To nasi rodacy witają nowy dzień wzajemnym na siebie warczeniem. Ale warczenie męża na żonę, rodziców na dzieci, dzieci na rodziców, to tylko werble, przygrywka przed prawdziwą walką na epitety, grubiaństwa, złośliwości, którą stoczą później w pracy i szkole. Można by się spodziewać, że mając tak bogate tradycje w ciągłych waśniach i swarach potrafimy wznieść je na poziom wyrafinowania niedostępny dla narodów zadowolonych, uprzejmych i pogodnych. Gdzie tam! Zamiast cienkiej i ostrej jak ostrze gilotyny ironii - mamy wzajemne okładanie się cepami. Zamiast sarkazmu zatrutego jadem pogardy - mamy walenie sztachetą po plecach. Zamiast zaciskającej się na gardle przeciwnika struny splecionej z kpiny i szyderstwa - mamy kopniak wymierzony nogą obutą w gumiaka. Takie to homeryckie boje toczą nasi bohaterowie z pierwszych stron gazet! Dziękujmy Bogu, że mamy jeszcze piłkarskich kibiców, bo gdyby nie oni, to za najgorszą hołotę uchodziłyby nasze polityczne elity.

W związku z tym właśnie, mam państwu do opowiedzenia dramatyczną historię, która jednakże pozbawiona jest walorów dydaktycznych - o moralizatorskich już nawet nie wspomnę - i z tego też względu nie powinna być czytana przez osoby wrażliwe, nieletnie, kobiety w ciąży i... mieszkańców Poznania. Jeśli zaś chodzi o studentki Wydziału Pedagogiki i Psychologii, to - owszem, czytać mogą ale tylko w obecności pracowników naukowych. Uwaga opowiadam:

Kiedy mieszkałem w domu wariatów... Nieźle się zaczyna, co? Dokładnie rzecz biorąc, to nie w żadnym "domu", ale regularnym szpitalu psychiatrycznym. I - by kwestię tę ostatecznie wyjaśnić, sprawiając tym samym zawód moim wrogom - nie przebywałem tam jako pacjent. Nie zmienia to jednak faktu, że poznałem wiele ciekawych osób, których oryginalność jednak nie umywa się nawet do tego, co na co dzień obserwuję w pracy. Jedną z ciekawszych postaci był np. psycholog z Poznania - powiedzmy że miał na imię Jacek. Ów Jacek został zatrudniony przez ekipę realizującą w tymże szpitalu film (przy którym i ja się wówczas pętałem), w charakterze konsultanta od przypadków specjalnych. Krótko mówiąc; miał "otwierać" zamkniętych w sobie niczym ostrygi schizofreników, tak by mogli poprzez swoje wypowiedzi zaistnieć w przyszłości na ekranie. Bywało jednak, że - zajęty "konsultacjami" z miejscowym personelem medycznym średniego szczebla, Jacek nie zawsze miał czas i siłę, by udzielać się na planie. Wówczas jego obowiązki spadały na mnie. Widząc mój paniczny strach, zdradził mi kilka profesjonalnych "chwytów" (choć do końca nie jestem przekonany czy nie wymyślił ich na poczekaniu), które pozwalały mi tuszować ewidentne dyletanctwo i nie ośmieszać się w oczach pacjentów. Mimo to czasami patrząc w lustro widziałem (jakby to napisał Bułhakow) zamiast swojej, twarz Dymitra Samozwańca. Hochsztaplerstwo było na tyle udane, że paradując w białym kitlu i z podpatrzoną u lekarzy nonszalancją witając się z pacjentami ( złośliwi twierdzili, że chodziłem głównie tam gdzie całowano mnie w rękę, ale to bezczelne kłamstwo) zaczynałem powoli wierzyć w to że jestem w prostej linii spadkobiercą talentu Antoniego Kępińskiego. Ba! Nawet mój nauczyciel roztrząsał w mojej obecności (pewnie z powodu chwilowego braku personelu medycznego średniego szczebla) co ciekawsze przypadki, łaskawie przy tym zagadując o moją na ten temat opinię. Otóż i przykład:

PKP Wars

Jacek, jadąc na plan naszego filmu, nieszczęśliwie wsiadł do pociągu byle jakiego. Bylejakość pociągu polegała na tym, iż wiózł on kibiców Śląska Wrocław, wracających z Poznania po meczu z tamtejszym Lechem. Gdyby pociągiem takim podróżował Attyla na czele bandy rozjuszonych Hunów, to z pewnością przerażony przesiedziałby całą drogę w toalecie - o ile posiadałaby jeszcze drzwi! Pan psycholog, jak na poważnego akademika przystało, postanowił zachować dalece idącą wstrzemięźliwość w nawiązywaniu nowych znajomości. Zamiast jednak - jak każdy normalny obywatel w takiej sytuacji - ulokować się na dachu wagonu, czy jego osiach, z samobójczą naiwnością wlazł od razu do Warsu. Młodszym czytelnikom przypominam, że do wagonu takiego wchodzili na ogół desperaci, którym było już wszystko jedno. Uodpornieni na strychninę, kwas pruski i drut kolczasty, potrafili zjeść tam "tatara", popić go bydgoskim piwem i przeżyć ho, ho, jeszcze ze dwa tygodnie! Niestety, nie grzeszący rozwagą nasz psycholog, niczym na raucie w poznańskim ratuszu, podszedł do bufetu i bezczelnie poprosił (komu oni w tym Poznaniu dają dyplomy?) o herbatę!!! Było to działanie wołające o pomstę do nieba. Nie dość, że wyzywające i prowokujące kibiców pijących piwo. To na dodatek skromność zamówienia zdradzała jego poznańskie pochodzenie. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Zaraz podszedł do niego herszt szalikowców i wyzywająco chuchnął mu (1 l czystej, 1 wina owocowego "Mocarz", 4 piwa) do ucha: - A Lech to ch...! Nasz psycholog zastosował manewr iście napoleoński. Niczym Bonaparte stojący ze sztandarem na moście w Arcole, głuchy na wybuchające wokół kartacze, tak Jacek ze szklanką w dłoni z obojętnością potraktował ów casus belli. - A Lech to ch...! Powtórzył głośniej wrocławski kibic, po którym nie można się było spodziewać znajomości taktyki cesarza Francuzów. Sytuacja ta powtórzyła się jeszcze dwa, trzy razy, aż w końcu Jacek zastosował słynny manewr spod Wagram (przeprawa przez Dunaj), który odmienił losy bitwy. Przemówił! - Wie pan, nie znam się na piłce, i - prawdę mówiąc, sytuacja klubu Lech niewiele mnie obchodzi. Być może ma pan rację twierdząc, że Lech to ch..., ale mnie na tym nie zależy. Smak ciszy, która wówczas zapadła znali najlepiej ci, którzy w rozwiewającej się mgle pod Austerlitz czekali na pierwszą salwę kanonierów. (Przepraszam za te napoleońskie dygresje, które mnie nachodzą, ale opowieść ta jest rodem z wiadomego szpitala. Wydają się wiec być całkiem na miejscu). Kiedy większość kibiców w bufecie zasłoniła się już szalikami, by nie zostać obryzganymi krwią naszego psychologa, zaczepny kibic odsunął się na bezpieczną odległość jaką zachowuje przezorny turysta na widok tabliczki z napisem "Leprozorium" i pogardliwie wysyczał: - Ty nie jesteś nawet wart tego, żeby ci w twarz napluć! W tym momencie opowiadający ową historię aż zagwizdał z podziwu. - Patrz jaki mądry! Nie powiedział; w pysk, gębę, mordę, ale "w twarz"! W ten sposób odciął od swojej wcześniejszej wulgarnej prowokacji, jakby chciał zasugerować, że to, co do tej pory mówił, to tylko były żarty, a teraz wydaje na mnie wyrok całkiem serio. Na dodatek - czego już Jacek nie dostrzegł - ów kibic stawał się teraz obrońcą honoru Lecha, choć wcześniej wydusiłby gołymi rękoma słynne poznańskie koziołki. W pytającym wzroku pana psychologa dało się wyczuć oczekiwanie na komentarz z mojej strony. Oczywiście mógłbym opowiadać różne dyrdymały; o źle pojętym patriotyzmie przechodzącym w szowinizm. O agresji podszytej chęcią upokorzenia przeciwnika. O grupie rówieśniczej wywierającej presję na przywódcy....itd. Ostatecznie, cóż to dla mnie; doktora Wilczura socjologii. Zrezygnowałem jednak z popisywania się tymi rewelacjami rodem z magazynu "Echa stadionów", a jedyne co przyszło mi do głowy, to przykra konstatacja: - Wiesz, nie możemy wykluczyć i takiej hipotezy, że faktycznie Lech to ch...!

P.s. Przepraszam wszystkich kibiców drużyny Lecha Poznań za użycie nazwy ich klubu w dość niepochlebnym kontekście. Natomiast członków Komitetu w Obronie Praw i Uczuć Religijnych Ludzi Wierzących i Praktykujących w Poznaniu proszę o nie włączanie tego felietonu do akt procesu Ziobro kontra Miller. Nie moją jest winą, że Śląsk zremisował wtedy w Poznaniu z Lechem zero do zera!

Ten artykuł pochodzi z wydania: